O rozstaniach i powrotach

Złotawe kruszyny piasku przesunęły się delikatnie pod naporem lśniącej w słońcu fali, a Stworzonko poczuło przyjemne łaskotanie w stopki. Podwinęło okrągłe paluszki, miękkie łapki wsadziło w piasek i zwinęło się jak cynamonowa bułeczka, by poczuć całym sobą to słońce, tę delikatność piasku i te ciepło, które miło grzało po stworzonkowym ciałku.

– Haloooo, kochaniutkie – usłyszało nagle jednak krzyk koło swojego uszka. – Co to jest za spanie? Nie ma żadnego spania!

Na grzbiecie poczuło ucisk kościstych łapek i zanim zdążyło zaprotestować, wylądowało w piasku i morskiej toni, która wdarła się do noska. Zerwało się, prychnęło i wypluło resztki słonej wody, strząsnęło krople z sierści i spojrzało przez siebie. Miał to być rozeźlony wzrok, ale umówmy się – trudno patrzeć rozeźlonym wzrokiem, jeśli jest się miękkim jak cynamonowa bułeczka.

– Ja nie wiem, jak ty tak możesz! – Towarzysz Stworzonka wyszczerzył się w uśmiechu. – Tylko leżeć i siedzieć, i zupełnie nie oglądać cudowności tego świata.

Z oczu Stworzonka resztki rozeźlenia uciekły razem ze łzami.

– Ja nie muszę oglądać. Wystarczy mi, że czuję.

– Czujesz to, co jest tu i teraz – prychnął jego towarzysz. – Ale nie wiesz, co poczułbyś za horyzontem.

Stworzonko spojrzało niepewnie na towarzysza.

– Myślisz, że za horyzontem tu i teraz wygląda inaczej?  – zapytało. – Inaczej świeci słońce, inaczej bije morze o brzeg?

Jego towarzysz się zmieszał, ale tylko na chwilę.

– Skąd wiesz? – burknął opryskliwie. – Nie było cię tam.

– A ty skąd wiesz? – odparło Stworzonko. – Ja przynajmniej znam na wylot tu i teraz. I… ono jest coraz piękniejsze, choć w gruncie rzeczy niewiele się zmienia. Czy to nie magia?

Towarzysz Stworzonka obrócił się na pięcie i zaczął krążyć po mokrym piasku, kopiąc co większe kamienie. Stworzonko stropiło się. Pamiętało czasy, kiedy obudzili się razem na morskim brzegu, dwa Stworzonka, wtulone w siebie, jakby były jednym. Ale te czasy się skończyły. Teraz drugie Stworzonko zakazało się tak nazywać, zaczęło szukać swojego imienia, krążyć po spokojnej plaży i nasze Stworzonko – które kochało swoje imię, plażę i bliskość drugiej istoty – zupełnie nie wiedziało co robić.

Patrzyło teraz na szybkie kroki swojego towarzysza, którymi zamiatał mokry piasek na plaży. Widziało zieleń lasu, który otwierał się tuż za złotymi piaskami. Wiedziało, że towarzysz tam był, że poznał pieśni leśnych drzew, śpiewy leśnych mchów i tajemnice owoców gęstego boru. A mimo to nadal mu było mało. Nadal chciał poznawać. Nadal łaknął tego, czego nie widział wcześniej.

On nadal tęskni, pomyślało Stworzonko, i ruszyło w stronę towarzysza.

Podeszło do niego, patrząc tęsknie to na linię mokrego piasku, to na linię drzew. Położyło mu łapkę na ramieniu.

– Czego chcesz? – burknął rozeźlony towarzysz, a Stworzonko posmutniało na myśl o tym, co ma powiedzieć.

Ale nie było już innego wyjścia.

– Wyrusz za horyzont – powiedziało smutno. – Sprawdź, jak tam smakuje tu i teraz, bo widzę, że jesteś nieszczęśliwy.

Na odpowiedź nawet nie musiało czekać.

***

Usiadło potem na plaży – łapki blisko nóg, broda blisko kolan – i patrzyło na sylwetkę towarzysza.

Najpierw widziało, jak towarzysz biegnie przez połacie piasku, które odsłonił przypływ. Morze jak zawsze odsłoniło najróżniejsze muszle, ale dzisiaj Stworzonko nie patrzyło na ich wymyślne kształty. Dzisiaj patrzyło na to, jak drobna sylwetka przemierza szare pola piasku, w których odbija się słońce, wyskakując raz na jakiś czas radośnie w górę.

Potem zobaczyło, jak towarzysz wskakuje na pierwszą skalistą wysepkę, zanurzoną prawie zupełnie w wodzie. Porośnięty zielenią ląd z wąską linią plaży zamykał morze z obu stron, ale serce zatoki należało do wysepek. Wznosiły się nad wodę, czerniały w świetle słońca jak leniwe foki, układały się aż po horyzont. I Stworzonko teraz widziało, jak sylwetka towarzysza wskakuje na kolejne wyspy, jak wdziera się po czarnych brzegach skał, jak wskakuje na czarne szczyty, na obłe grzbiety tych kamiennych morskich stworzeń. Towarzysz malał i malał, sięgał coraz to dalszych wysp, aż wreszcie…

Aż wreszcie Stworzonko nie umiało już odróżnić jego kształtu. Jego kształt zlał się w jedno z szarością tych najodleglejszych wysepek i siwymi smugami horyzontu. Zapatrzyło się na te linie, gdzie znikała woda, gdzie znikały wyspy, gdzie świat tracił swój tak dobrze mu znany kształt.

I wtedy Stworzonko poczuło coś, co do tej pory było dlań tak dalekie, jak horyzont.

Stworzonko zaczęło tęsknić.

***

Gdy minęły zimy i lata, gdy przez horyzont przetoczyły się najróżniejsze barwy, obie istoty spotkały się wreszcie znowu. Nie wyglądały już tak samo – towarzysz Stworzonka zrobił się smukły, jakby wichry morza i dale horyzontu wyostrzyły jego kształty. A Stworzonko? Dalej wyglądało jak cynamonowa bułeczka i dalej kochało chować paluszki do mokrego piasku.

Mimo to jednak okazało, że nadal mogą ze sobą rozmawiać.

– Możemy być dla siebie nawet, jeśli nie jesteśmy teraz razem. – zauważyło Stworzonko, gdy na rozmowach minęły im popołudnie, wieczór i noc.

– Możemy od siebie odchodzić, bo zawsze możemy wracać. – odparł towarzysz Stworzonka.

Od tamtej pory dwa Stworzonka odnalazły swoje imiona i miejsce w świecie.

Jedno nazwało się Blisko. Zamieszkało na plaży, przy swojej ulubionej stercie piasku, a tym, którzy je spotkali, opowiadało o przyjemnościach bliskości, o radościach świata, który pozornie zna się na wylot.

A drugie nazwało się Daleko. Ono krążyło między plażą a horyzontem, sprawdzało, jak świat wygląda za szarymi chmurami, gdzie kończy się morze, a tym, którzy je spotkali, opowiadało o rozkoszach odkrywania dali, o emocjach, które płoną, gdy przedziera się przez nieznane.

Ale przyjaźń została w ich życiu, choć zmieniło się wszystko inne.

Gdy tylko były razem, dalej spały ze sobą zwinięte jak kuleczka.

***

Może dlatego ludzie czasem potrzebują być blisko, a czasem chcą rzucić się gdzieś daleko? Może na sercu każdego z nas odciska się miękka łapka jak cynamonowa bułeczka i ostry kształt dłoni, która wie, jak piąć się po horyzont?

Tego nie wiem.

Ale wiem, że dobrze czasem odejść. I dobrze czasem wrócić.

A blisko i daleko przenikają się w życiu, jakby nadal bywały zwinięte razem jak kuleczka.

Dzienniki betonowe

Dzień 1342, popołudnie

Żyję z nimi tak długo, że zapominają o moim istnieniu.

Nie myślą o mnie.

Nie wspominają mnie.

Gdy mówią do istot wokół, nie ma tam słów dla mnie.

Czasem mnie to drażni. Irytuje. Boli. Czasami, gdy szary deszcz zalewa moje szare oczy, mam wrażenie, że płynie nie z chmur, tylko z mojego serca. Ale ja przecież nie mam serca. Ja jestem tylko szarością i ciężarem, konstrukcją i fizyką, nie ma we mnie ani grama żywej tkanki.

Poza nimi.

Nie mam swojego serca, bo posiadłem serca ich wszystkich.

To chyba jedyny plus istnienia, gdy jesteś starym, zniszczonym przez czas i ludzkie ręce wieżowcem.

Dzień 1343, poranek

O przepraszam, mam jeszcze jeden plus z bycia wieżowcem.

Wschody słońca.

Gdy masz 21 pięter, nikt Ci ich nie zasłoni. Żadna nowomodna galeria, żaden żywopłot z tujki, żadna szeregówka ani inny nowatorski wysryw zubożałych myślowo architektów. Wschody i zachody słońca są moje. Letnie i zimowe. Chłodne i gorące. Zatopione w chmurach i rozpalone światłami. Każdego dnia są inne, ja każdego dnia jestem taki sam, ale i tak każdy do mnie należy.

Wschody słońca i ich serca.

Tętnią przecież we mnie i żyją we mnie, a ja jak nikt znam ich problemy. Na pierwszym piętrze mężczyzna bije kobietę. Na trzynastym co noc odbywa się smutny spektakl seksu bez miłości. Osiemnaste piętro jest pełne muzyki, a ja przeczuwam, że żadne z tych dzieci nie zostanie pianistą, bo świat nie ma serca dla małych marzycieli.

Na dwudziestym piętrze co noc ludzki cień staje samotnie na parapecie, ale nigdy jeszcze nie zrobił kroku w stronę nocy.

Widzę ich wszystkich, ale nikt z nich nie dostrzega mnie.

Dzień 1345, wieczór

Dziś zobaczyłem człowieka, którego braknie w moich trzewiach. Macie tak czasem, że widzicie kogoś, kto jeszcze jest nikim, ale nagle staje się kimś? Ja spotkałem go dzisiaj. Szedł ulicą obok mnie, w dłoni trzymał podniszczoną marynarkę, w drugiej ręce miał staroświecką teczkę, a zza wielkich okularów patrzyła na mnie twarz człowieka, który wie. Człowieka, który umie czytać losy starych rzeczy i sam boryka się na granicy między istniejącym a minionym. Pisarz, pomyślałem, muzealnik, może antykwariusz.

Ktoś, kto kocha wszystko, co stare.

Gdybym miał serce, pękłoby na widok osób, które wyszły za nim zza rogu ulicy – kobiety i trójki małych dzieci.

Gdybym miał serce, zrosłoby się na dźwięk jego słów.

„Kochanie, a może w tym bloku poszukamy mieszkania?”

To szansa, której nie mogłem utracić.

Dzień 1345, noc

To noc, w której zapadłem się w tworzenie.

Wszyscy śpią. Słyszę ich oddechy. Słyszę ich sny i bicia serc. Czekam na moment. Na tę jedną chwilę, kiedy wszystko stanie się całością, a misterny mechanizm świata zagra sprzyjającą mi melodię.

Gdy to się dzieje, wiem doskonale, co robić. Moje ściany rozciągam, choć kamień nie może być w ruchu. W moich oknach odbijam inne okna. Sufity podnoszę ku niebu, wznoszę to, czego nie da się wznieść, mnożę to, czego nie można rozmnożyć, a oczy moich okien zachodzą parą od wysiłku.

Nad ranem przy ulicy słyszę głos:

„Dziwne, wydawało mi się, że jeszcze wczoraj nie było tego piętra”.

Wtedy zapadam w odpoczynek.

W kamienny sen.

Dzień 1347

A raczej – Bardzo Radosny Dzień.

W mieszkaniu na 22 piętrze, tym wydartym z moim trzewi, zamieszkał już mężczyzna ze staroświecką marynarką. Patrzyłem na niego długo. Obserwowałem go czule. Widziałem, jak robi herbatę i pedantycznie wyciska torebkę. Widziałem, jak pije kawę bez żadnego dźwięku. Widziałem, jak przegląda gazety i zakreśla je tylko granatowym mazakiem.

I zastanawiałem się, jakiego języka użyć, by opowiedzieć mu o swoich nieszczęściach.

O długich latach samotnego bycia wieżowcem, jedyną istotą, która sięga w podniebną dal, choć wszyscy twierdzą, że nie ma serca.

A potem – zjawiła się jego rodzina.

I tu się skończył Bardzo Radosny Dzień.

Dzień 1347

Już wiem, kogo nienawidzę najbardziej.

Już poznałem imię i twarz swojego wroga.

To imię i twarz kobiety, która krąży wokół mężczyzny zakochanego w przeszłości.

Gdy ona się pojawia, znika z jego twarzy wyraz uduchowionej zadumy. Odkłada wtedy swoje stare książki, odstawia kawę i zaczyna z nią rozmawiać o błahostkach. A ja tu jestem, ja stoję i czekam, ja cierpię i w każdej cegle czuję, że gdy przemówię, mój grobowy głos przegra z jej szczebiotem.

Choć nie wiem, czy ja mam grobowy głos – do tej pory słuchałem tylko głosów innych, ale dla niego znajdę sposób, by przemówić.

Dzień 1390, wieczór.

Długo nie było żadnego słowa w moim dzienniku, ale po cóż tracić czas na spisywanie dni zamiast cieszyć się codziennością? On tu nadal jest. Ja szukam swojego głosu. Ona się pojawia, ale nie myślę o niej, drażni mnie i budzi we mnie złe rzeczy, ale nie mogę przecież skupiać się na niej. To nie dla niej otworzę drzwi swojego serca.

 I byłbym najszczęśliwszy, gdyby nie to, że dzisiaj usłyszałem słowa, od których już nie ma odwrotu.

„Nie podoba mi się to mieszkanie. Wynajmijmy je. Sprzedajmy i zapomnijmy. Zasługujemy na życie w innym miejscu.”

Ta noc nie będzie dobrą nocą.

Dzień 1394, cały czas

Złe słowa zamieszkały na stale w moich trzewiach. Słyszę je każdego dnia.

„To dziura, dlaczego chcesz tu mieszkać”?

„To zabytek, kochanie, to budynek, który wiele przeżył. Ostatni, który wyszedł spod ręki tego architekta…”

„Nie mów mi o architektach, to rudera! Nie chcę jej ani chwili dłużej oglądać!”

„Ale jeśli…”

„Nie ma żadnego jeśli! Już i tak za dużo poświęcam dla Twojej pasji”.

Poświęcam? Myślę gorzko o tej nocy, kiedy wydałem z siebie 22 piętro, o ciężarze i bólu rozrywanej kamiennej tkanki.

To wspomnienie sprawia, że moje skrupuły pękają jak trzaśnięte młotem cegły.

Dzień 1395, poranek.

Czuliście kiedyś fantomowy ciężar zrzuconej właśnie okowy?

Ja go poczułem dzisiaj rano.

Spadł ze mnie tak lekko, jak ludzkie ciało spada z parapetu dwudziestego drugiego piętra.

A za jedną obawą podążyły trzy kolejne.

O wschodzie słońca dostrzegłem nie tylko czerwień nowego dnia, ale i czerwień ludzkiej, rozbryzganej na chodniku krwi.

A teraz on cały czas płacze. Ale ja się nie martwię. Wiem dużo o płaczu. Pomogę mu i razem będziemy szczęśliwi.

To ostatni wpis w moim dzienniku. Poczekam, aż mężczyzna ze staroświecką marynarką zostanie sam. Aż wszyscy wyjdą i wyniosą swoje śmieszne kondolencje, żale i formalności. Zawrę na zawsze drzwi dwudziestego drugiego piętra. Zamknę na wieki jego okna. Zostanę z nim sam na sam, płacz z płaczem, rozpacz z rozpaczą i pozwolę, by kamień przemówił.

Nie będę już więcej potrzebował dziennika.

Moim dziennikiem staną się przecież jego własne myśli.

O tym, jak stanęłam za ladą Sklepiku z Kosmosami

E-book i inne cuda

Mam takie zdjęcie w telefonie, które zawsze będzie mi przypominało czas, gdy powstawał mój pierwszy e-book. Na tym zdjęciu mam krótkie spodnie, bluzę w kwiaty i obłęd w oczach. Siedzę na swojej kanapie, w jednym ręku trzymam kawałek pizzy, w drugiej – złoty kubek, który kryje w sobie wino.

Zdjęcie robi mój mąż – jedną ręką, bo w drugiej także lawiruje z pizzą.

Czy to fotka z imprezy? Czy to fotka z kacowego poranka?

Ależ skąd!

Tą fotkę można by nazwać: jak naprawdę wyglądają pisarze po pracy.

Zrobiłam ją 37 minut po odpaleniu Sklepiku z Kosmosami.

***

Lata prowadzenia warsztatów nauczyły mnie, by na swojej liście Rzeczy Do Przygotowania się przed jakimkolwiek występem czy szkoleniem dodawać zawsze jeden, uniwersalny punkt.

Przygotuj się na to, że do czegoś na pewno nie zdołałaś się przygotować.

Wychowała mnie w tym myśleniu głównie technologia, która zawsze potrafiła zaskoczyć gorzkim zawodem. A to rzutniki nie działały, a to monitory miały nie te, co trzeba wejścia, a to ordynarnie nie działała drukarka i figa z drukowania materiałów. Nauczona zatem doświadczeniem spodziewałam się jakiejś spektakularnej klapy w przypadku Sklepiku. Mój wewnętrzny krytyk łapał oczywiście wiatr w żagle i krakał – a po co ci to, a na co ci to, a źle ci było w tej szufladzie, że tak nagle do ludzi i to od razu na bogato, że jakiś e-book?

Ale ja już zdążyłam poznać się na jego krakaniach.

On kracze, a moja pocieszna karawana jedzie dalej.

I tak 19 października odpaliłam swój własny Sklepik z Kosmosami.

***

Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałabym, że to nic takiego. Że miałam szczęście, nieee, wcale się nie napracowałam, to takie proste. Że udało mi się.

Ale coraz częściej mnie gryzie, ile wspaniałych rzeczy chowamy pod płaszczykiem wymuszonej skromności. Jak mało łaskawie patrzymy na siebie. Męczy mnie krygowanie się, zamykanie oczu na swoje dobre strony, krycie się przed swoimi własnymi sukcesami. Nie rozumiem, co złego jest w chwaleniu siebie, gdy robi się dobrze, na złoto i z brokatem. Robimy litanię z własnych porażek, modlitwy układamy z własnych niepowodzeń, ołtarze stawiamy tym najbardziej spektakularnym fakapom i rozpamiętujemy je jak legendy o stworzeniu świata.

A gdy coś nam wyjdzie?

Eeee, udało mi się.

No więc, Sklepik mi się nie udał. Sklepik otworzyłam z przytupem, zmajstrowaliśmy go we dwójkę z moim mężem, przedarliśmy się przez zapory biurokracji, regulaminów, informatyki i promocji. Mało tego, nauczyliśmy się lepszej pracy zespołowej i podskoczyliśmy kilka oczek wyżej w komunikacji i ogarnianiu przypałów. Zwłaszcza w ogarnianiu przypałów.

Przypomnieliśmy sobie, jak dobrze jest się różnić i jak to super, gdy jedno rozumie subtelną mowę plemienia prawników i księgowych, a drugie potrafi wymyślić wideo z krokodylem, który przegryza wstęgę (JEST TUTAJ). Być może jest gdzieś alternatywna rzeczywistość, w której wszystko trzeba jak najlepiej i samemu. Ale ja o wiele lepiej się czuję tam, gdzie można się dzielić swoimi najmocniejszymi stronami. My się dzieliliśmy i było to ekscytujące doświadczenie.

I w efekcie…  Sklepik jest! A razem z nim rozwijają się kolejne plany, bo dużo historii tłoczy się w mojej szufladzie.

W Sklepiku zaś na razie czeka na Was jedna – e-book „Za Siedmioma Światami”, zbiór opowiadań o kosmicznym weterynarzu i jego galaktycznych perypetiach (o, tutaj).

Gdy e-book poleciał w świat 19 października, zrozumiałam dokładnie, co czują pączki na Tłusty Czwartek, oblewane słodziutkim, kolorowym lukrem. Dostałam mnóstwo ciepłych słów, miłych wiadomości, pogodnych gratulacji. I wiecie co?

To jest świat, w którym chciałabym żyć.

Świat, w którym dzielimy się dobrymi słowami, chwalimy ludzi za ich sukcesy, a to chwalenie zaczynamy od chwalenia… siebie.

***

We środę Sklepik stawiał pierwsze kroki, e-book krążył, a w piątek ja już ruszałam w drogę. Pierwsze jesienne mgły i szarości powitałam na warsztatach w Villi Podlachia z Aleks Makulską i dziewczynami z Pisalni.

Strasznie lubię to wrażenie, kiedy wchodzi się do zupełnie nieznanej kuchni, widzi się kobiety – niektóre pierwszy raz na żywo, inne może drugi lub trzeci – a jednak od razu można poczuć się jak w domu. W takiej domowej atmosferze spędziłyśmy weekend, pisałyśmy i gadałyśmy o życiu, grałyśmy w kalambury i nawet strzeliłyśmy profesjonalną Witch Party (jak bardzo profesjonalną, to możecie zobaczyć TUTAJ), a ja wróciłam do domu z poczuciem, że jak to tylko dwa dni, jak ja bym mogła tak siedzieć i dwadzieścia.

A kolejne jesienne mgły i szarości witałam na kolejnych warsztatach – na spotkaniu z improwizacją teatralną dla pisarek, które poprowadziła Chela Mydas.

Wyjechałam z nich jak mała kuleczka energii. Po dwóch dniach ćwiczeń, zadań, rozkmin nie padałam na pysk – wręcz przeciwnie. Piszę już od wielu lat i dużo wiem o pisaniu. Ale strasznie kocham te momenty, gdy mogę spojrzeć na pisanie z innej strony i mówić o nim innym językiem. 

Miałam ciarki, gdy zaczęłam rysować scenki ze swoich tekstów i powieści. I tak samo poczułam się na warsztatach z impro, gdy grałyśmy scenki o naszych bohaterach. Jaka to była magia – już nie szukać słów, już nie obrazów, tylko faktycznych gestów i odruchowych słów. Łapać to, co postać zrobi tu i teraz, a nie w mojej głowie. Iść za głosem ruchu, za głosem ciała, czuć to, co moja postać mogłaby poczuć faktycznie. Może cały czas stoi i zakłada ręce, ale bolą ją od tego plecy? Może niepotrzebnie wzrusza tak często ramionami, bo nikt w życiu by tak nie wzruszał? Jedna rzecz, to o tym myśleć, a inna rzecz – to czuć na własnym ciele.

fot. Chela Mydas

Wróciłam z warsztatów z poczuciem, że zakochałam się w pisaniu na nowo, że chcę więcej i bardziej, że chcę na własnej skórze czuć tworzone światy.

A przede wszystkim: skopałam tam tyłek dla mojego wewnętrznego krytyka.

*** 

Dużo mówiłyśmy na warsztatach o zabawie. O odłączaniu tego głosu, który przychodzi razem z wymyślonym pomysłem. Czy to wyjdzie dobrze? Czy to będzie właściwe? A może to jednak jakiś szajs, ja przecież nie mam kompetencji, ja nie umiem, ostatni raz to robiłam w podstawówce.

A może tak… chrzanić kompetencje i podstawówkę?

To chyba najcenniejsza rzecz, którą wyniosłam z tego spotkania z improwizacją – że mogę ,postawić na działanie zamiast wsłuchiwać się w głos wewnętrznego krytyka. Zacząć działać bez oczekiwań i wymagań, pozwolić pracować głowie, sercu, ciału, kreatywności – a efekt sam nagle przejdzie moje oczekiwania. Bo jednak ta głowa, serce, ciało, kreatywność pracują całkiem nieźle, mają się zupełnie dobrze, tylko my im przeszkadzamy, bełkocząc jakieś pytania i pieprząc samym sobie w głowie o kompetencjach i podstawówce.

No więc, pomyślałam sobie – dość tego przeszkadzania.

*** 

Na miękko wjechałam w listopad z tą myślą. Godzę się z tym, że szaro, że czasem trzeba dłużej pospać, czasem boli głowa, a czasem – nie pomaga nawet te reklamowane osiem godzin snu.

Na listopad nic nie pomaga.

Trzeba go po prostu przetrwać. Przetoczyć się w mgłach, deszczach i szarościach. Czasem to ma swój urok. Czasem ma swoje przekleństwo. Ale i tak z żadnym nic nie zrobię, więc z emocjonalnością psa labradora skupiam się na urokach.

Odrzuciłam też rozterki i niepewnostki. Chęć krakania sobie samej do ucha opadła ze mnie jak jesienne liście. Utopiłam ją gdzieś we mgłach i szarościach.

Po prostu piszę.

E-book jest w świecie, a ja zabrałam się za drugi tom powieści o mieście V. i jaram się historią, emocjami bohaterów, budowaniem świata. Narysuję coś czasem, pomiącham kota, jak skończę zawodową pracę. Na instagramie robimy sobie #strachopad (tu zobaczysz, co to) i cała się ostatnio staję opowieścią.

Zmieniłam całkiem mocno swój świat zewnętrzny ostatnio.

Pora zatopić się w tych wewnętrznych rzeczywistościach.

O deszczu, wilkach i Profesjonalnej Pisarce

Gdybym nie wpadła na pomysł zarabiania za pomocą takiej czynności jak pisanie, mogłabym dorabiać jako barometr. Serio. Mogłabym być papugą, która siedzi na ramieniu kapitana piratów i drze mordę, jak ma iść deszcz. Wyczuwałabym go znikąd. Dookoła piękne morze, bezchmurne niebo, spokój i łagodny wietrzyk, a tu nagle rozlega się mój wrzask.

I już wiadomo, że idzie na burzę, wichurę i ogólnie armaggedon.

Niestety jednak, życie nie zaproponowało mi posady papugi kapitana piratów, tylko codzienność zwykłej Sylwii. W efekcie odkąd świat zmienił się na bardziej jesienny, mój mózg budzi się około godziny dwunastej. Moja głowa reaguje migreną na każdy deszczyk. A jeśli pada na przykład trzy razy dziennie, to ja trzy razy dziennie przechodzę cykl od euforii do migrenowego upodlenia.

Jeśli jestem jesieniarą, to wyłącznie z charakteru.

Bo i owszem, kocham kocyki, herbatki, kawusie i kakałka. Niesamowite jest pisanie o pierwszej w nocy, gdy deszcz łomocze w szyby, a świeczki dogasają powoli. Ale gdyby ktoś, kto obsługuje maila porządkinaświecie@gmail.com zostawił mi opcję jesieniarstwa bez opcji migrenowego upodlenia, to mogłabym nawet wynajmować tej osobie swojego kota na sesje mruczenia w ramach wynagrodzenia i wdzięczności.

Więc sami rozumiecie, że jest poważnie, jak jestem gotowa na kupczenie kocią walutą.

A ponieważ bycie dwoma wilkami jest moją stałą cechą istnienia, to oprócz tego wilka, który ledwo łeb podnosi znad legowiska, gdy deszcz łomocze o szyby, jest też we mnie drugi wilk.

Ten, który biega radośnie jak labrador i Wymyśla Rzeczy.

***

Najmądrzejszym, co zrobiłam w tym roku, było rozplanowanie działań w wakacje. W zasadzie ja nawet nie musiałam ich planować. Siedziałam któregoś dnia na słońcu. Gapiłam się na balkonowe kwiaty. Chłonęłam zapachy, energię i wszystko to, co piękne w lecie. A plan w mojej głowie ułożył się sam. Może wykrystalizował się z moich myśli i tęsknot pod wpływem słońca. Może w tej jednej, słonecznej chwili nabrałam odwagi by wypuścić go z czyśćca podświadomości na salony świadomego umysłu. Nie wiem. Ale wymyśliłam sobie Plan, Profesjonalny Plan, zapisałam go w sercu i kalendarzu, i postanowiłam według niego działać.

I bardzo dobrze, że to zrobiłam w lato. Na jesień nie wymyśliłabym go zupełnie. Pogrzebałabym go między jedną migreną a drugą, by nie wylazł na pewno spod mojego zwątpienia i warstw argumentów wewnętrznego krytyka.

W efekcie wrzesień upłynął mi na kilku wesołych rzeczach, których nie robiłam nigdy wcześniej.

Po pierwsze, przygotowałam propozycje wydawnicze i rozesłałam swoją powieść o mieście Veira w świat.

Na kilka tygodni przestałam być twórczynią, a zamieniłam się w opiekunkę swojej twórczości. Spisałam wszystkie potrzebne dokumenty – bio i streszczenia, konspekty i informacje o targetowych grupach. Zapomniałam o tym, że to ja napisałam moją książkę i spojrzałam na nią zewnętrznym, chłodnym okiem, które mierzy plusy i minusy.

A moje zewnętrzne oko powiedziało mi: EJ, FAJNA TA KSIĄŻKA.

To znaczy: wiem, co jest jej mocną stroną. Wiem, że ma małą garść słabszych – jak wszystko w życiu. Ale mam wrażenie, że życie nie jest już pierwszą klasą szkoły podstawowej, a ja nie muszę mieć szóstki z polaka i z matematyki. To, co jest mocną stroną książki jest wspaniałe. Wciąga, ryje beret, karmi wyobraźnię i rozdziera serca. I ja nie wiem, jak to się wydarzyło, że ja umiem tworzyć takie rzeczy. A raczej wiem – to czas, praca i jeszcze raz moja konsekwencja.

Więc wysłałam powieść w świat.

Proszę bardzo trzymać kciuki.

Ale czy byłabym sobą, gdybym poprzestała na jednym?

***

Doświadczenie życiowe pokazuje mi się, że ja się dobrze bawię w dziwnych miejscach. I w wielu miejscach.

Potrzebuję skakać między rzeczywistościami, tematami i sprawami, więc równolegle nad ostatnimi szlifami powieści działałam przy innym projekcie.

Zgoła innym projekcie.

Nie pamiętam momentu, kiedy wymyśliłam gabinet doktora Enneriesa. Pewnie przyszedł do mnie w słońcu, jak wszystkie najlepsze rzeczy. Pamiętam za to moment, kiedy na Pisalni postanowiłam wrócić do starego bohatera. Wtedy wszystkie chochliki z mojego mózgu przeskoczyły do statecznego dokumentu Worda i rozpoczęła się jazda.

W efekcie powstała seria opowiadań o kosmicznym weterynarzu. Nie da się ich czytać bez opluwania klawiatury, krztuszenia się kawą i straszenia kota nagłymi napadami śmiechu. Najlepsze z nich pisałam po pracy, gdy mój mózg potrzebował oderwania, odpoczynku, relaksu. I mam wrażenie, że to oderwanie i odpoczynek jest zaklęte w tych opowiadaniach, jakby były eliksirem na ponurość tego świata.

I wiecie, co jest najlepsze?

Złożyłam je wszystkie  w e-booka i już w październiku poszybują do Was.

Złożyłam to może być odrobinę duże słowo, bo na potrzeby technicznych rzeczy dokonaliśmy z moim szanownym mężem połączenia kompetencji i działaliśmy razem. Ale tak, jak powiedziałam, nie obchodzi mnie już posiadanie szóstki z polaka i matematyki. Wystarczająco długo żyłam w przekonaniu, że trzeba być albo samowystarczalnym, albo nie być wcale – i opiekę nad moim e-bookiem powierzyłam kumatym duszyczkom.

Arek złożył go pięknie w całość. Gosia – moja Koleżanka Spod Namiotu, która jest korektorką – go sprawdziła i wrzuciła mi drobne, ale piekielnie istotne uwagi. A zanim puściłam tekst ku tak poważnym rzeczom jak skład i korekta, to jeszcze Ada Jama-Lipa spojrzała na niego czytelniczym okiem i opowiedziała mi o swoim wrażeniach.

A ja – cóż, ja go napisałam i machnęłam do niego grafiki.

Tak, są tam kotki w kosmosie.

Już 19 października otwieram podwoje weterynarskiego gabinetu. Szykujcie klawiatury do opluwania, koty do straszenia śmiechem i szarości do przegonienia.

A jeśli zastanawiacie się, gdzie otworzą się podwoje tegoż gabinetu – cóż, to materiał na kolejną opowieść.

***

Nazwę wymyśliłam któregoś słonecznego dnia i pamiętam, jak opowiadałam o niej rzeczonej Gosi, Koleżance Spod Namiotu, gdy szłyśmy przez las. Na początku byłam trochę onieśmielona, bo to już jednak brzmiało Bardzo Poważnie. Ale ponosiłam tę nazwę w serduszku i uznałam, że basta, to jest coś, co mogę robić w swoim życiu.

Mogę być właścicielką Sklepiku z Kosmosami.

W efekcie Sklepik z Kosmosami pojawi się w październiku na mojej stronie i tam dostaniecie weterynarskiego e-booka. To będzie malutkie miejsce. Miłe miejsce. Przytulne miejsce. Będę tam rozpieszczać Was kosmicznym tekstami, opowieściami o magii i historiami z nutką nostalgii.

I choć z jednej strony jestem mocno przestraszona, to z drugiej strony cieszy mi się pyszcz.

Przecież to superfajna rzecz – stać za ladą Sklepiku z Kosmosami nawet, jeśli jest wirtualny.

A skoro już zostałam Profesjonalną Pisarką, która rozsyła powieści, robi e-booki i rozstawia lady Sklepiku, to ostatnia rzecz była czystą formalnością.

***

Kiedyś myślałam, że nigdy tego nie zrobię. Że na IG wygodnie mi właśnie z taką nazwą konta, która mówi coś, ale jednak nic. Która kryje mnie i moje pisanie jak atrakcyjny, ale jednak maskujący twarz woal. Ale któregoś dnia poczułam, że to już nie wystarczy – że to za mało, za ciasno, nie tak.

I zmieniłam swoją nazwę konta na autorka_sylwia_dec.

Mam wrażenie, że to najlepsze podsumowanie tego roku.

Rok temu mniej więcej na home office w Gdyni odbierałam maila od Marty Mareckiej o tym, że dostałam się do Szkoły Pisania Powieści i szykowałam się na pierwszą Pisalnię u Aleks Makulskiej. Nie wiedziałam wtedy nic poza tym, że chcę iść dalej. Że pisanie to moja pasja, która może mnie ratować, nawet, gdy zamknie się cały świat.

Rok później ciskam w świat konspekty powieści, żongluję wersjami okładki e-booka, a na hasło: nazwa konta bez imienia i nazwiska mówię: NO GDZIEŻ.

Jeśli to nie jest rozwój, to ja nie wiem, co jest.

Coraz mniej mi dogryza kompleks fantasty. Mało tego, myślę sobie nieśmiało, że w zalewie szaleństw świata fajnie być autorem fantastyki i zabierać ludzi w podróże po magicznych światach. Dalej się boję klikać przycisk “wyślij”, ale z drugiej strony: jest to coraz bardziej ekscytujące. I tak, jak kiedyś się bałam, że ja już nic zupełnie nie dam rady opublikować pod swoim nazwiskiem, to widzę, że jest wręcz przeciwnie.

Czuję, że im mocniej moją pasję karmię, tym mocniejsza ona się staje. I mało tego – zaczyna się odwdzięczać. Chronić mnie. Dawać stabilne rusztowanie i odwagę, która płynie z tego, że nie ukrywam rzeczy, które kocham.

Tak, nie ukrywam ich.

A one dają mi energię, napęd i zwykłe poczucie szczęścia.

***

Co jeszcze we wrześniu? Małe smaczki. Pierwsze pisanie w deszcz. Pisanie w kawiarniach. Pisanie drugiej części powieści o mieście V, jak już wreszcie wysłałam pierwszą w świat. We wrześniu też znów ruszyłyśmy z Pisalnią. A na Iskrze poprowadziłam warsztat o światach fantastycznych – godzina, która dla mnie mogłaby trwać pół dnia. I znów stałam się Pisarką, która jeździ koleją – z fotografką Karoliną Pszczołą spotkałyśmy na krakowskim Kazimierzu i zrobiłyśmy sesję fotograficzną, której inspiracją było moje pisanie. Jej efekty już możecie oglądać na stronie, a ja dalej jestem urzeczona tym popołudniem i talentem Karoliny.

Na kolejny rok życzę sobie zatem: oby tak dalej. Oby z tymi ludźmi. Dla mnie wrzesień to zdecydowanie nowy styczeń. W styczniu myślę tylko o tym jak przetrwać, styczeń jest dla mnie najczarniejszą z dziur w kalendarzu i jest tam miejsce tylko na to, żeby zagrzebać się w kocu, albo wyjechać w cieplejsze strony świata.

A we wrześniu dzieją się rzeczy. Zaczynają się cuda.

I mam nadzieję, że w tym momencie ja zaczynam właśnie kolejny set zjawisk, o których napiszę za rok tak, jak teraz – ależ się kosmicznie wydarzyło!

Huśtawka starego domu

W starym, bardzo starym domu, w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie huśtawka skrzypiała jak koło od wozu, który wiezie trumnę. Dokładnie tak i nie inaczej – to skrzypienie miało w sobie skrzek umierającego drewna, trzask załamującej się szubienicy i tę nutę zawodzenia, która rozlega się w pierwszej chwili po śmierci, gdy ktoś trzyma rękę bliskiej osoby i dociera do niego, że w tej chwili, w dokładnie tej chwili ta osoba umiera, a jej dusza bezpowrotnie rozłącza z ciałem, zostawiając tylko martwe kręgi źrenic za sobą.

Dokładnie tak skrzypiała huśtawka, który bujała się na wietrze w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie, naokoło starego, bardzo starego domu.

Gdyby drzewa rosnące w ogrodzie umiały mówić, śpiewały by każdemu pieśni o ucieczce. Gdyby krzewy pnące się do góry już bez ręki ogrodnika mogły szeptać, ostrzegałyby każde żywe stworzenie i każdą istotę ludzką.

Ale drzewa milczały, krzewy nie szeptały i nawet wiatr nie muskał twarzy w rytm ostrzeżeń.

I nikt nie wiedział, dlaczego nie wolno wchodzić do starego, bardzo starego ogrodu.

Bo nikt nigdy do tej pory stąd nie wrócił.

Nikt żywy nie zszedł z huśtawki, która skrzeczała jak szubienica.

*

– Patrz, braciszku! – mała, rudowłosa dziewczynka krzyknęła radośnie, gdy tylko wpadli na tyły domostwa – Jaka świetna huśtawka!

Byli nowi w hrabstwie Somerset i nie znali tajemnic tutejszych miejsc. Sprowadzili do dworu zwanego Angel’s Tear kilka tygodni temu, ona i on, siostrzyczka i brat, jedno i drugie tak samo rudowłose, jedno i drugie ubrane w falbany i białe koszule, zwiastujące dzieci ludzi, którym się udało. Tak, ich rodzicom się udało. Ojciec kapelusznik wyprowadził rodzinę na prostą, warsztat zostawił w rękach najemników i opuścił duszny Londyn, zaszywając się na zarośniętej lasami, mchem i plątaniną roślin wsi.

Gdyby wiedział, nigdy nie opuszczałby wielkiego miasta.

Gdyby wiedział, nigdy nie wybrałby dworu Angel’s Tear.

Angel’s Tear znajdowało się zdecydowanie zbyt blisko starego, bardzo starego domu, którego ogród przeszywały trzaski i skrzypienia.

Gdy dziewczynka popruła przez wybujały trawnik starego domu, brat popędził za nią, choć był już w tym wieku, w którym nie wolno było biegać. Ale to miejsce, skryte w sercu czarnego lasu miało w sobie czar i urok, który działał każdemu na wyobraźnię.

– Chcę na huśtawkę – rzuciła butnie dziewczynka, stając wśród traw, które sięgały jej do pasa. Cały plac zabaw wznosił się nieopodal, ponury jak grobowce na cmentarzu, pordzewiały i splątany roślinnością.

– Nie możesz na huśtawkę – głos brata zabrzmiał niepewnie – nie wiesz, czy do kogoś nie należy.

– Tu i teraz należy tylko do mnie! – dziewczynka tupnęła nóżką, ale trawy stłumiły dźwięk – Pójdę na huśtawkę.

Pobiegła w stronę huśtawki, wskoczyła w kałużę, która otwierała się przed konstrukcją jak czarne oko stawu, jak przepaść i bezdenna głębina, a w tej samej chwili na najwyższym punkcie huśtawki usiadł kruk.

Był cały czarny, ale jasne pasmo miał na skrzydle. Jego łapki były przykurczone, jego dziób przypominał trochę zakrzywiony nos ludzki, a z oczy patrzyło zdecydowanie zbyt mądrze.

Ale brat nie patrzył na oczy kruka.

Brat nie spuszczał wzroku ze swojej siostry.

– Nie rób tego – rzucił, gdy mała wskoczyła na siodło huśtawki.

– Zrobię! Nikogo tu nie ma. Jest tylko to stare kruczysko.

Ptak na huśtawce przekręcił łepek, a ponure zawodzenie mechanizmu wzbiło się w stronę zachmurzonego nieba.

– Nie huśtaj się! – zawołał brat, a jego głosik zadrżał – Ona tak dziwnie skrzypi.

– Sam tak dziwnie skrzypisz. – parsknęła siostrzyczka – jesteś starszy, a zachowujesz się jak baba.

Zaczęła się huśtać. Najpierw powoli i spokojnie, potem mocniej i mocniej, silniej i silniej, aż nagle wiatr zaczął szarpać na wszystkie strony sukienką i brat ledwo widział pokraśniałą od radości twarzyczkę.

Ale niebo było ciemne, drzewa dookoła czerniały i ta sama czerń zdobiła krucze skrzydła.

Nie wiedzieć czemu, brat poczuł nagle zimną strużkę na plecach.

– Przestań już! Wystarczy!

– Nie! Tu i teraz to moja huśtawka! I nikt mi jej nie zabierze, nawet to stare, potworne kruczysko!

Ptak po raz kolejny przekręcił łebek, a dziobem pogmerał w okolicy skrzydła.

I wtedy noga dziewczynki odbiła się nagle od kałuży. Wpadła bucikiem w burą toń, wzburzyła ją jak taflę oceanu, a odbicie kruka zniknęło w okamgnieniu.

Brat odetchnął z ulgą. Zrobił krok w stronę huśtawki, jakby uradowało go pozbycie się nieproszonego gościa i z wahaniem pomyślał o tym, że może jednak warto oddać się zabawie, jak już znaleźli to miejsce, tak inne od rodzinnego Angel’s Tear.

Dopiero po chwili zorientował się, że kruczysko nie odleciało daleko. Że cały czas tu jest.

I siedzi jego siostrze na ramieniu.

*

To stało się szybciej niż mgnienie oka. Nagle poczuła zaciskające się pazury na ramieniu. Nagle poczuła, jak coś ostrego wbija się w jej szyję, dziko, rozdzierająco, boleśnie, jakby całą siłę wkładało w to, by dostać się do jej środka, by ją rozerwać i rozsadzić, by wydobyć każdy mięsień ciała na światło pochmurnego dnia. A potem – znowu i nagle znowu, i raz i drugi, aż w końcu poczuła ciepłe strugi, które w jednej chwili zaczęły ją oblewać z każdej strony.

Krzyknęła tak przeraźliwie, że niebo powinno rozpęknąć się na pół i ją ukryć.

Ale niebo nie pękło.

Niebo jej nie ukryło.

Na krzyk było już za późno.

*

Zobaczyl tylko czerwień i czerń, kruka i krew, której odcień złączył się z rudością lekkich loków. I nagle wrzasnął, bo kruk poderwał się od siostry, wzbił się do góry, zapikował i zanim brat cokolwiek zdążył zrobić, kruk już leciał z góry, już dotykał siostry, już ją prawie strącał.

Brat wpadł w kałużę chwilę po tym, jak zlana krwią dziewczynka runęła z siodła huśtawki.

Nie spadła jednak do kałuży.

Dookoła niego nie było żadnego ciała.

A na huśtawce nie było już kruka.

Za to w wodnej toni brat widział wyraźnie odbicie – kształty czarnego lasu i chmurnego nieba, odbicie huśtawki, która skrzypiała jak szubienica. I czarnego, wysokiego mężczyznę z nosem krzywym jak dziób ptaka, który w tafli wody stał obok huśtawki i w ramionach trzymał zakrwawioną dziewczynkę. Krople krwi ściekały z jej sukienki, ciężkie, czerwone, wyraziste.

I był to jedyny kolor, jak brat widział w tym odbiciu.

– Tu i teraz – wychrypiał lekko skrzeczącym głosem, a chłopczyk usłyszał go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok – Tu i teraz należysz tylko do mnie.

Zrobił dwa kroki i przepadł, zniknął z odbicia.

A kiedy w niebo poniósł się płacz chłopca, wtórowała mu tylko huśtawka skrzypiąca jak szubienica.

O tym, jak (nie) zostać Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy

Ostatnio poczułam, że męczą mnie czarne scenariusze.

Ale jakie czarne scenariusze? – myślicie pewnie. Czy człowiek, który tak się uśmiecha, jest zdolny do snucia jakichkolwiek scenariuszy, ciemniejszych choć odrobinę od żółtego, pięknego słonecznika?

Ha-ha. Zdziwilibyście się.

Cały czas dyskutuję sobie z moją wewnętrzną krytyczką na temat tego, jak bardzo źle/dobrze piszę teksty, ale w kwestii czarnych scenariuszy nie mam nawet cienia wątpliwości. Jestem Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy. Moje czarne scenariusze wjeżdżają w moje życie jak góra lodowa w Titanica, a patent żeglarza po morzu zwątpienia wyssałam razem z mlekiem matki.

Są ludzie, którzy na każdą szklankę w połowie pustą znajdą radosne uzasadnienie.

Ja węszę podstęp i nieszczęście, gdy nadmiar wody w szklance podtapia stolik i śpiącego na nim kota.

A jednak zmęczyły mnie czarne scenariusze. Pomyślałam: koniec żeglowania, koniec tarantinowania, niech szlag trafi wszelkie szklanki. I wiecie co? Znalazłam takie miejsce, do którego mogę uciekać od czarnych scenariuszy.

***

Lipiec usponsorowała mi literka L jak Ludzie.

Gdyby lipiec był kapelą, stworzyłby najlepszy przebój mojego życia. Taki, który okupowałby długo moje osobiste muzyczne TOP 1.

Tydzień spędziłam u Ady w Irlandii. Myślę o nim różnie: ten tydzień, w którym byłam kosmicznie kreatywna, ten tydzień, w którym przegadałyśmy większość ważnych spraw w życiu, ten tydzień z haulem na charity shopach. Przywiozłam z niego kilkanaście stron w dzienniku, 2 kilogramy rozkosznych staroci, kilkanaście stron tekstów i morze nowych myśli. Łaziłyśmy po knajpach i pisałyśmy, łaziłyśmy nad morzem i gadałyśmy, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie, że mistrzem w organizowaniu przestrzeni barowej są dla mnie Anglicy i Irlandczycy.

A po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak to super pisać tekst z kimś obok, potem przeczytać go na głos i jeszcze pogadać o tym, co się napisało.

Jest to ogień.

Dla równowagi jednak spędziłam także dwa najbardziej leniwe dni swojego życia – takie dni, w trakcie których zamelinowałyśmy się z kotem i z Koleżanką Spod Namiotu (:D) pod kocykami, naprzeciw lasu, z książkami pod ręką i rozkminkami do snucia, gdy zacznie padać deszcz. I tak dwa dni: kocyk, książki, rozkminki, las na wyciągnięcie ręki.

A potem przyszedł moment, gdzie z dziewczynami z Pisalni zaszyłyśmy się u Aleks Makulskiej w przytulnych Dwóch Brzozach na pisarsko-ogrodnicze warsztaty. Parę lat temu pewnie nie pomyślałabym o tym połączeniu – co ma piernik do wiatraka, co ma ogród do pisania. A jednak ten weekend, te malutkie dwa dni zaczarowały mnie, skradły mi serce, wpakowały je w ziemię i sprawiły, że wyrosło na nowo.

Tak mniej więcej widzę to, co działo się na warsztatach.

Pozornie – niby nic. Ot, jednego dnia piszemy, drugiego dnia sadzimy kwiaty. W międzyczasie łazimy nad Bugiem, pijemy wino, oglądamy spadające, sierpniowe gwiazdy. Ale to wszystko razem sprawiło, że ja wspomnienia o warsztatach najchętniej zamknęłabym w butelce i piła jak lekarstwo w gorszych, szarych czasach.

I bez wątpienia to magia ludzi.

Wspaniałych kobiet z Pisalni, które trafiły na moją drogę.

Bo to z nimi pisałam, sadziłam kwiaty, łaziłam nad Bugiem, piłam wino, oglądałam spadające gwiazdy. Krążyły między nami słowa i emocje, historie i uśmiechy i łzy, a to wszystko było na swoim miejscu tak bardzo i tak pięknie, że tutaj kończą mi się słowa.

Po tym wszystkim czułam się tak, jakbym dostała nową głowę.

Czy ta nowa głowa zaprowadziła mnie do miejsca, gdzie nie chce mi się snuć czarnych scenariuszy?

Nie tylko.

***

W te wakacje zaczęłam też robić nowe rzeczy. Czytałam swoje teksty na Pisalni na żywo od dawna, ale dopiero w sierpniu odważyłam się je nagrywać. A jak już nagrałam, to pomyślałam – hola, bez sensu żeby leżało na dysku. I poszłam z tym w świat.

W efekcie stałam się matką-posiadaczką własnego podcastu Sylwia Dec Czyta i jest to dla mnie rzecz, której nie spodziewałam się zupełnie. Ale zajęłam się tym dzieckiem. Czapeczkę mu założyłam, buzię mu wymyłam i wpakowałam na wózeczek Spotifaja, gdzie możecie go posłuchać.

Ale to nie Spotifaj mnie w tym wszystkim jara najbardziej.

Najbardziej jara mnie to, czego się dzięki temu dowiedziałam.

Nigdy nie sądziłam, że pauza w zdaniu może mieć takie moce. Nigdy nie sądziłam, jak bardzo kręci mnie intonacja i układanie rytmów, przeciąganie słów albo ich skracanie, czytanie szybko albo wolno, albo dokładnie tak, by słuchacz wiedział, że dzieje się coś dziwnego. O matko! Pierwsze zdania nagrywałam, machając łapami jakbym była starodawnym samolotem, bo te rytmy w zdaniach to było coś kosmicznego.

Teraz macham już mniej. Bardziej siebie słucham. Pozwalam sobie czuć, jak pracuje mój brzuch, moje gardło i to jest jakaś totalna magia, gdy historia rodzi się z ludzkiego ciała, z mojego ciała, gdy to głos jednego człowieka sprawia, że drugi czuje ciarki.

Polubiłam to spotifajowe dziecko.

Ono też pokazało mi drogę do miejsca, gdzie kapitulują czarne scenariusze.

Ale ta droga nie byłaby kompletna, gdyby nie jeszcze jedno.

***

Gdy w internetach dogorywał ogień dyskusji, czy książki są dla idiotów, ja rozkosznie wskakiwałam w eskapistyczne narracje. Jestem totalnie człowiekiem powieści i historii. Literaturę faktu lubię czytać, ale nie patrzę na nią w kategoriach 100% prawdziwych opowieści, bo za wszystkimi reportażami i tak stoi ich autor. Literatura obyczajowa kusi mnie rzadko, bo nie lubię czytać o tym, co z równą energią dzieje się tuż obok. Ale światom fantastycznym robię w swoim sercu szczególne miejsce, a raczej – one je sobie same tam uwiły, wskoczyły i rozgościły się, nie pytając mnie o zdanie zupełnie.

A ja zupełnie ich stamtąd nie ganiam.

I to chyba przez te czułe serduszko i wszystkie jego struny, cały sierpień spędziłam z pierwszym sezonem „Sandmana”.

Czy „Sandman” ma zatem trzydzieści odcinków? – zapytacie pewnie.

Ależ skąd.

Ma dziesięć, ale ja je sobie obejrzałam po trzy razy.

Pierwszy raz obejrzałam cały sezon, bo wiadomo, trzeba. Drugi raz obejrzałam z nowopoznanej miłości. Trzeci raz – by dostrzec narracyjne szwy, zobaczyć warsztat, wyłapać intrygujące niuanse.

Losy czwartego razu są jeszcze dyskutowane.

Ale mówię o tym dlatego, że oglądałam nie tylko kolejne odcinki w sierpniowe, ciepłe noce.

Ja także oglądałam samą siebie.

Swoje reakcje, uczucia i myśli. Swoje refleksje, budzone przez fantastyczną opowieść. Pytania, jakie przychodzą po pewnych kwestiach i pomysły, jakie budzą się po obrazach. I choć moja wewnętrzna krytyczka ma profesurę z pracoholizmu, to jednak nawet ona nie miała nic do gadania.

Sierpniowy trzykrotny seans przypomniał mi, dlaczego ja chcę opowiadać historie.

Bo kocham tworzyć światy, w których można oglądać swoje reakcje, uczucia i myśli. Swoje refleksje, budzone przez fantastyczną opowieść. Pytania, jakie przychodzą po pewnych kwestiach i pomysły, jakie budzą się po obrazach.

Kocham tworzyć fantastyczne lustra do oglądania swojego własnego serca i myśli.

A ta miłość zamyka pysk nawet mojej wewnętrznej krytyczce.

***

Wiecie, gdzie w końcu zmęczyły mnie moje czarne scenariusze?

Tu i teraz.

Gdybym teraz pisała fantastyczną opowieść, nazwałabym to miejsce Tuiteraz, dałabym mu dobrego króla i miłą królową, a moją wewnętrzną krytyczkę obsadziła w roli czarnego charakteru.

Ale teraz jest o realnym świecie i o tym, co w nim odkryłam.

A odkryłam, że mój strach rodzi się z myśli o przyszłości. O tym, co może pójść nie tak i co może się nie udać. Albo z przeszłości. Z tych momentów, kiedy coś poszło nie tak, albo się nie udało.

Ale tu i teraz, gdy po prostu robię, tego strachu nie ma.

Tu i teraz, w tej jednej chwili, kiedy skupiam się na byciu albo na działaniu, tego strachu nie ma.

Jest radość z pięknie połączonego słowa, jest frajda z pauzy, która odmienia teksty, zadowolenie z czystego pokoju albo dobrej zupy. Może być złość ze słabo połączonego słowa, złość z nieudanej pauzy, z syfu w pokoju albo zupy, którą można co najwyżej truć swoich wrogów. Błogość na widok kolorowego kwiatu, śpiącego kota albo bliskiego człowieka.

I to jest kategoria, w której zachciało mi się zdobywać medale.

Bycie Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy uczę się zamieniać na bycie małą Dorotką w krainie Tuiteraz, która sama swój domek wykopała z czarnoscenariuszowego Kansas.

***

Czy mimo tego mam plany? Oczywiście!

Na dniach roześlę w świat pierwszy tom mojej powieści. Na razie kończę propozycję wydawniczą i o tym powiem krótko – trudniejsze od napisania książki jest tylko napisanie streszczenia.

Jesień będzie także szczególnym momentem, bo wtedy prawdopodobnie ujrzycie mojego pierwszego e-booka. O czym będzie? O czym, co już znacie – tyle Wam powiem, znacie już i najprawdopodobniej opluwacie klawiaturę ze śmiechu, kiedy czytacie teksty o tym bohaterze.

Tak sądzę, bo ja ją opluwam, kiedy je piszę.

Czy się tego wszystkiego boję? No jasne! Nie wydawałam jeszcze powieści, nie składałam e-booków, nie robiłam wielu nowych rzeczy.

Ale tym razem już o tym nie myślę. Co najwyżej – patrzę na to, przyjmuję ryzyko do wiadomości i idę dalej.

Do małych kroków. Do prostych czynności. Do tego wszystkiego, co tworzy Tu i Teraz.

I z Tu i Teraz was najcieplej pozdrawiam.

PS A jak traficie kiedyś na błąkający się samotnie tytuł Quentina Tarantino czarnych scenariuszy, nie dajcie mu się złapać. Będzie kusił miłym słówkiem, mamił miłym pyszczkiem, wabił renomą ogarniętego, zapobiegliwego typa. Ale to kłamczuszek – ewidentnie sprawdziłam to za was.

Piekło Niemądrych Powiedzeń

Opowiadania fantastyczne

Pracowałam już długo w Głównym Urzędzie ds. Mechanizmów Świata. Poznałam na wylot wszystkie komórki i departamenty, wszystkie magistraty i okręgi, mało tego – wiedziałam nawet, jakie pączki lubi pani Gienia z księgowości.

Ale gdy dostałam wezwanie na kolejną kontrolę, zdałam sobie sprawę, że w tym jednym miejscu nie byłam jeszcze nigdy.

Nigdy nie byłam w Piekle Niemądrych Powiedzeń.

Zszokowała mnie już sama nazwa. Bo wiecie, my tu tak na poważnie zarządzamy tymi mechanizmami, mamy urzędy i przełożonych, kierowników i procedury, te wszystkie profesjonalne rzeczy, które w ryzach trzymają świat. A tu masz: Piekło. Jak w taniej opowiastce dla niegrzecznych dzieci.

I za pewną ironię losu uznałam fakt, że Piekło znajdowało się w… piwnicy.

***

Gdy jednak się tam zjawiłam, okazało się, że mam chyba mylne wyobrażenie o piwnicy.

W tej piwnicy nie było wąskiego korytarza. Nie było rowerów sąsiadów i słoików z dżemem. Ta piwnica powitała mnie solidną bramą, wysoką jak dwóch chłopa, ogniem, dymem i wyciem uciskanych istot, które na pewno nie było puszczane dla czczego postrachu z kasety. Na szczycie bramy złotym, gotyckim fontem czyjaś dłoń wygrawerowała napis, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, jak go zobaczyłam.

Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

A jakże.

– Pani jest z tego urzędu? – usłyszałam nagle czyjś głos. Obejrzałam się. Za mną stał facet w średnim wieku, ubrany w ten rodzaj czarnego T-shirtu, który wygląda swojsko, ale zapewne kosztował miliony. Ręce krzyżował na piersi, siwizna znaczyła jego skronie i miał taką zadumaną minę, jakby chciał powiedzieć coś, co jest czystą filozofią, metaforą i tanią poezją jednocześnie.

– Gerdi Morales – przedstawiłam się – Przychodzę na kontrolę.

Mężczyzna zadumał się jeszcze bardziej.

– Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak panią zaprosić – wskazał na bramę, a ona sama uchyliła się. – Ja jestem Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów. Proszę nie pytać, jak się tutaj znalazłem, ale jestem jedyną osobą, która poświęca teraz uwagę temu miejscu.

Wyprężył dumnie pierś, a ja spojrzałam nań z powątpiewaniem. To miejsce nie wyglądało na miłe stanowisko pracy.

– I pan tak daje radę w pojedynkę? – zapytałam, a Paulo obruszył się.

– To nie dawanie rady. To powołanie i misja. Dobry artysta zawsze jest samotny.

Uśmiechnął się cierpko, jakby siedział nad brzegiem rzeki i miał już zacząć płakać, po czym wkroczył za bramę.

A razem z nim – ja.

***

Wbrew pozorom, Piekło Niemądrych Powiedzeń było całkiem dobrze poukładane.

– Tu mamy pierwszego delikwenta – powiedział Paulo, dalej krzyżując ręce na piersi.

Podeszłam bliżej. Przy stanowisku tabliczka głosiła: Only Sky Is The Limit, ale nie dostrzegłam nikogo. Za tabliczką stał tylko potężny zwój grubej liny, który rozwijał się do góry, jakby na jego końcu wisiał balon. Ale choć zadzierałam głowę do góry i wytężałam wzrok, nie widziałam nikogo pod ginącym w mroku sufitem.

– Skazany go na to, by szybował w niebo – powiedział Paulo flegmatycznie – i rozpieprzał się po kolei o te wszystkie planety, meteory i komety. Nawet w najwyższych partiach nieba można się przecież roztrzaskać, ale on tego jeszcze nie rozumie.

Poszliśmy dalej. Przy kolejnym stanowisku tabliczka głosiła „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni”, a za tabliczką czarno ubrana, wychudła kobieta próbowała robić szalik na drutach.

Szłoby jej pewnie łatwiej, gdyby nie to, że nie miała jednej ręki, a krew jeszcze kapała z okręconego bandażem kikuta.

– Ta tutaj uczy się, że to, co cię nie zabije, może cię jednak zniszczyć – podszepnął Paulo – Jak widać, również bez skutku.

Przy kolejnych stanowiskach było jeszcze ciekawiej. Tam, gdzie tabliczka głosiła „Gdyby Kóżka Nie Skakała, To By Nóżki Nie Złamała”, dorosły facet skakał na trampolinie jak dziecko, a łamał nogę, kiedy już schodził z niej i szedł po trawniku. Nieszczęścia mogą przydarzyć się wszędzie, podszeptywał mi Paulo, nie ma sensu wiązać ich z sytuacjami, w których jesteśmy radośni. Dalej, przy „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy”, wypieczone bułki spadały na bogacza, a zapracowany człowiek zerkał na to tęsknie znad pola. A tam, gdzie widniała tabliczka „Pieniądze Szczęścia Nie Dają”, młody chłopak próbował zrealizować receptę w aptece, nie posiadając ani grosza w portfelu.

Nie powiem, dobrze się tutaj bawili.

Gdy doszliśmy do następnego stanowiska, nie było tam niczego. Ale tak zupełnie niczego. Po prostu za tabliczką wisiała ciemność gęsta jak burzowa chmura i żaden głos nie przerywał ciszy.

Tabliczka głosiła: „Jak Kocha, To Się Zmieni”.

– To czysty mrok i groza – powiedział Paulo – ale nikt jeszcze nie wymyślił mu odpowiedniej kary za te nieszczęścia, które spowodował.

Pomyślałam, że nie chciałabym mieć do czynienia z przełożonym mojego przewodnika.

Za to przy ostatnim stanowisku wszystko wyglądało zdumiewająco przyjemnie. Trawka rosła, wiatr delikatnie ruszał fałdami obrusa na stoliku, a trzy cytrynowe drzewka dawały cień. Przy tym stanowisku pachniało włoskim latem, rozgrzanym powietrzem, lekko owocową, cierpką nutą i domyśliłam się, jaki napis widnieje na tabliczce.

– Gdy Życie Daje Ci Cytryny, Wyciśnij z Nich Lemoniadę – Paulo przerwał moje myśli, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.

– A co wy tu w piekle macie do cytryn? – zapytałam, a Paulo aż się zatchnął.

– Są kwaśne. Są niedobre. Jak życie daje ci cytryny, to i tak już jesteś na przegranej pozycji. Nawet, jak wyciśniesz z nich kwaśną, niedobrą lemoniadę.

– Lemoniada jest w porządku – wzruszyłam ramionami. – Lubię lemoniadę. O ile tylko ktoś zadba o to, by dodać do niej cukier.

Paulo zbladł. Spojrzał się na mnie, jakbym przynajmniej odkryła nową planetę w układzie, zaczął dyszeć, jakby się dusił i wyjąkał:

– A może… może ja to wszystko robiłem źle?

***

Zaliczyłam tę kontrolę. Dałam tyle pieczątek, ile trzeba, podpisałam się wszędzie i odłożyłam akta na półkę.

Tę w moim gabinecie i tę w mojej pamięci.

I dopiero pół roku później u pani Gieni w księgowości dobiegły mnie plotki o błyskawicznym awansie pewnego urzędnika. O rewolucji, jaka wydarzyła się w jednej z naszych komórek. Pani Genia mlaskała mi o tym znad pączka, ja zerkałam na artykuł z tabloidu i bez wątpienia rozpoznawałam twarz z pierwszej strony gazety.

Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów.

Okazało się, że moja wizyta otworzyła tam w Piekle parę klapek w głowach. Zamiast stawiać na system kar i nieszczęść, postawili na resocjalizację. Pracę terapeutyczną, społeczne działanie, obcowanie z roślinami i zwierzętami.  „Only Sky Is The Limit” pracowało jako wolontariusz w hospicjum i poznawało historie ludzi, którym granice jednak zawęziły nieco wszechświat. „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni” prowadziło zajęcia sportowe z byłymi żołnierzami, którzy zmagali się z PTSD. A „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy” zajęło się aktywizacją bezrobotnych i gazeta pisała, że teraz bułki walają się po wszystkich przestrzeniach Piekła Niemądrych Powiedzeń. Wyzwanie tylko stanowiło nadal „On Nie Gryzie”, ale tu gremium zgodnie uznało, że to nie problem psów, a właścicieli.

No i przede wszystkim – do swojego działu Paulo C. zatrudnił kilkoro ludzi, którzy pomagali mu tworzyć nowe pomysły.

– Zobaczy pani, jakie to wszystko mądre – westchnęła Gienia, wycierając ręce w haftowaną chusteczkę – Ciekawe, skąd ten Paulo to nawymyślał.

Uśmiechnęłam się enigmatycznie i nie powiedziałam nic. Najwyraźniej mój przewodnik sprzed pół roku rozprawił się z jeszcze jednym Niemądrym Powiedzeniem, choć nie pisały o tym żadne  gazety.

Z tym, które mówi, że dobry artysta zawsze jest samotny.

Pod namiotem

Albert Gżegżółka wiedział, że z zaproszenia Rodryka nie wyniknie nic dobrego. Rodryk – zwany teraz Ryszardem, Rysiem, pysiulkiem, szwagrem albo mordo-ty-moja-kiedy-ostatnio-piliśmy – był kiedyś potężnym germańskim magiem, tak jak Albert. Ale Albert postawił na rozsądek. Przed swoimi wrogami skrył się w ciele szynszyli i teraz z godnością, którą może mieć w sobie tylko stworzenie trzymane w pionie przez ogon, pełnił obowiązki rektora Wyższej Szkoły Mediów, ucząc młodych ludzi, jak pełnić ten wymagający zawód.

Bycie medium to przecież nie w kij dmuchał.

A Rodryk wybrał o wiele gorszą ścieżkę.

Rodryk ukrył się przed swoimi magicznymi wrogami w ciele białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści.

Rodryk miał głupawą żonę, wkurwiające dzieci, dom na kredyt i samochód od – skądinąd – Niemca, a tuje rosły przycięte tak równo na jego trawniku, jak równo niegdyś były przycinane głowy jego wrogów. Rodryk chodził na wesela, komunie, zjawiał się w pracy i miał w zasadzie wszystko, czego biały, heteroseksualny mężczyzna może pragnąć w życiu.

Nie miał tylko jednego.

Poczucia sensu.

Dlatego zabrał Alberta na męski wypad do lasu. Rozstawił namiot, rozpalił ognisko wśród drzew i pieprzył przez pół nocy o kredytach, tujach i wełnie-mineralnej-na-dach-znów-podnieśli-cenę-skurwysyny, a Albert siedział przed nim, tarł łapką szynszyle oczka i nie mógł się nadziwić, co mu się porypało we łbie, że przyjął te zaproszenie.

A potem było jeszcze gorzej.

Potem Rodryk wyciągnął wódkę.

– Pij, Albert – wymamrotał, a jego łysina zdawała się świecić od taniej lampki z Decathlonu.

– Kurwa, jestem szynszylą – burknął Albert, a R jak zawsze słabo mu wyszło przez przednie zęby – Gwint mi nie wlezie do pyszczka.

– No to zmień postać – parsknął Rodryk – Stary, ze mną się nie napijesz?

– Nie jestem twoim szwagrem, żeby słuchać takich rzeczy – obruszył się Albert, bo choć w samotności pijał tanie wino z butelek po drogiej whisky, to jednak lubił dbać o pozory. No i przede wszystkim: do wina miał swoją słomkę, wielorazową słomeczkę w różowe flamingi, bo za życia germańskiego mściciela nigdy nie widział tych słodziaków na żywo.

Zalane tłuszczem i nieszczęściem przedmieści oczy Rodryka błysnęły przebiegle.

– Rozumiem stary. To proste, że się boisz. Nie musisz tego robić, jeśli strach jest od ciebie większy. W sumie strach zawsze jest większy, gdy jesteś szynszylą.

Albert przypierdoliłby mu w sam środek ryja, gdyby nie to, że jego łapka była cienka jak zapałka.

– Wiesz, że mnie znajdą – odparł jednak tylko, siląc się na wyżyny ogłady. Tkwił przecież przez stulecia w ciele szynszyli, by kryć się przecież przed swoimi wrogami.

– Tutaj? W tym lesie? Chuja, a nie Ciebie znajdą. Zmieniaj postać, żaden jeden się nie dowie.

Rodryk odkręcił korek w butelce i gryzący zapach alkoholu poniósł się w namiocie. Albert zamrugał szynszylim oczkiem, spojrzał na udręczonego białego, heteroseksualnego mężczyznę z przedmieści i na wódkę, na mężczyznę i na wódkę, a potem wymamrotał z rezygnacją pradawne zaklęcie.

Buchnęło wtedy w powietrzu, huknęło, zapach pradawnej germańskiej magii wypełnił namiot,  a lampka z Decathlonu na chwilę zgasła.

Gdy zapaliła się na nowo, na karimacie siedział blondwłosy, postawny mężczyzna w szarawej tunice i tylko podejrzanie równe żęby mogły zdradzać, że chwilę temu był szynszylą.

Ale Rodryk nie był zachwycony.

Rodryk wypuścił z ręki butelkę, a wódka polała się smętną strugą na karimatę.

Na żółtej płachcie namiotu widać było dwa cienie.

I tylko jeden z nich należał do Alberta.

***

– Rusz się – wybełkotał Rodryk, jakby już się napierdolił – Rusz się, Albert!

– Kurwa, Rodryk – Albert skorzystał z ludzkiej żuchwy, by wyartykułować przekleństwo – Mieliśmy pić, a nie grać w twistera pod namiotem.

Rodryk nie odpowiedział. Patrzył się martwo w punkt nad Albertem, a jego pełne wargi zaczęły miotać bezgłośne przekleństwa. Widział wyraźnie cień Alberta – a ta druga smuga, która wznosiła się od ziemi aż po szczyt namiotu, nie mogła należeć do żadnego człowieka. Przez myśl Rodryka – tudzież Ryszarda, tudzież misia-pysia albo szwagra – przemknęły wszystkie znajome legendy i opowieści, wszystkie artykuły z gazet o zwyrodnialcach i gwałcicielach, a na końcu tego kołowrotka myśli pojawiła się ta najstraszniejsza.

Kurwa, faktycznie znaleźli Alberta.

Albert tymczasem odwrócił się i Rodryk miał wrażenie, że postawna sylwetka skurczyła się od razu. Patrzył długo na nieruchomy cień. Ruszył jedną ręką. Widmo się nie ruszyło. Ruszył drugą. Smuga pozostała w bezruchu. Wstał w namiocie, strzelił głową w sufit i zaklął, usiadł.

Smuga cienia nadal wisiała ponuro, nieruchoma i groźna jak obietnica śmierci.

– Znaleźli mnie – głos Alberta wydał się nagle zimny i obcy, jakby rozbrzmiał przed wiekami i dopiero teraz go dopadł – Znaleźli mnie. Jesteś gotów na to, by umierać? – obrócił się w stronę Rodryka, a w jego niebieskich oczach lśniło coś, czego Rodryk nie widział do stuleci.

Żaden z jego kolegów – białych, heteroseksualnych mężczyzn z przedmieści – nie patrzył na świat w taki sposób.

Było to spojrzenie istoty ruszające na ścinanie łbów swoich wrogów.

– Albert, ja mam kredyt – zajęczał Rodryk – Żona sama nie spłaci hipoteki, a zajęcia dzieci…

– Pierdol dzieci – rzucił Albert nieobyczajnie – On wypruje im flaki i powiesi sobie na szyi, jak się zorientuje, że ich ojciec pił ze mną. Czy jesteś gotów, by umierać?

Rodryk poczuł nagły ucisk serca i pęcherza.

– Nnnnie… – wyjęczał, paląc się ze wstydu jak niewierne wioski w 1345 – nie mogę teraz umierać.

Spojrzenie Alberta było nieodgadnione.

– No to nie wyłaź chociaż z namiotu.

***

Gdy Albert otworzył wejście do namiotu, zapach mokrego lasu uderzył go w nozdrza. Ale poza gryzącą wonią śmierci i paproci, było tam coś jeszcze – nieuchwytny zapach magii, który Albert wyczuwał zawsze, gdy obok niego się znajdował.

To od niego uciekał przecież od stuleci.

Wziął głęboki oddech i pomyślał, że to pewnie ostatni ludzki oddech w jego życiu. Spojrzał w gwiazdy, które lśniły nad czarnymi kształtami świerków. Przypomniał sobie najsroższe zaklęcia – te, o których nawet nie myślał na osierszczonym fotelu dyrektora szkoły mediów i wyszedł z namiotu.

A widmo już tam było.

Potężne, wysokie jak świerk, ciemne jak noc, z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa. Ptaki ucichły, wiatr ustał i słodkawy zapach zwłok wisiał w powietrzu jak cisza, która zalega w przestworzach przed burzą. Albert spojrzał na nie od góry do dołu, zmierzył wzrokiem nieruchomą posturę, pomyślał z żalem o przytulnych zakamarkach szkoły mediów, wziął głęboki oddech i rzucił hardo:

– Więc przychodzisz, by mnie zabić, widmowy skurwielu?

Nieruchoma do tej pory postura drgnęła. Wstrząs przeszedł przez strunowate ciało widma i Albert sam zadrżał. Co ten skurwiel szykuje? Jakie zaklęcie jest tak potężne, że rusza całe ciało widma? Co on do cholery chce odjebać?

Zimna strużka potu spłynęła mu przez całe plecy, zostawiając gryzące igiełki na kręgosłupie. Ręce mu zadrżały i nagle Albert zorientował się, że powietrze mu zalega w piersiach, a serce zaczyna łomotać w przyspieszonym rytmie.

Pora umierać, pomyślał z godnością dawnego germańskiego wojownika. Szkoda tylko, że nikt nie pochowa mnie w obrzędzie ognia i wody, bo ten debil Rodryk zaraz też zginie.

I wtedy widmo zrobiło kolejny ruch. Następny wstrząs. I jeszcze jeden, i drugi.

A Albert patrzył na to zastygnięty i własnym oczom nie wierzył.

Widmo nie ruszyło do walki.

Po widmowym pysku trupa zaczęły płynąć łzy.

***

Gdy Albert z powrotem wlazł do namiotu, Rodryk był już w połowie siwy. To znaczy – tak mu się wydawało, że osiwiał, bo gra cieni na płachcie namiotu była najgorszą rzeczą, którą oglądał, gorszą, niż przegrana polskiej reprezentacji i jubileuszowy odcinek Klanu, oglądany z pięcioma koleżankami żony.

Ale zrozumiał, że pierdoli – i że dopiero teraz osiwieje naprawdę, gdy za Albertem do namiotu zaczął się wciskać ktoś jeszcze.

Potężne, ciemne jak noc widmo z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa.

– Przepraszam najmocniej – wymamrotało widmo, próbując upakować swoje strzeliste kończymy w namiocie-trójce z Decathlonu – Jestem widmem białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści i nie mogę znaleźć za grosz poczucia sensu. Czy panowie mają może wódkę?

Zajrzyj także na Spotify, by poznać wersję czytaną tekstu:

O namiotach, balkonach i wyspach na horyzoncie

Przez prawie cały miesiąc dozowałam sobie internet jak najpyszniejszą, acz szkodliwą bezę.

Moje zdrowie mnie dopadło i musiałam się zatrzymać – zadbać o siebie i doleczyć ostatecznie to, co było niedoleczone. No więc zatrzymałam się, włączyłam tryb odpoczywania i im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że to świat, w którym chciałabym żyć w przyszłości. Nie jarają mnie technologiczne utopie, samochody jeżdżące bez paliwa, androidy o intelekcie większym niż połączone zdolności umysłowe połowy małego miasteczka – zacznijmy lepszą rzeczywistość od tego, że normalnym będzie odpoczynek i równowaga zamiast dzikiego zapierdolu.

I mówię to ja – osoba, która jeszcze parę lat temu chronicznie nie lubiła się zatrzymywać.

Zrobiłam więc sobie kokon z tabletek, dziennika, farb i otwartego worda. Gapiłam się na kota, który liże łapkę i na kwiaty, które rosną. Łapałam myśli i zapisywałam je, a nad tymi notatkami jak srebrna mgła unosiła się myśl, która jednocześnie mogła być uczuciem: no przewspaniała jest ze mnie dla siebie samej towarzyszka.

A poza tym zatrzymaniem, zdarzyła mi się Szkocja.

***

Gdybym była Zbigniewem Wodeckim, piosenka „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, odnosiłaby się do Szkocji.

Swojej własnej piosenki o niej nie umiem wymyślić. Wszystkie moje myśli w temacie Szkocji skupiają się w zdaniu: „to niemożliwe, że coś takiego istnieje”, a te sześć słów to jednak za mało, jak na piosenkę.

Pojechałyśmy tam z koleżanką (wiem, że to przeczytasz :D) bo wymyśliłyśmy sobie tę podróż dwa lata temu. Dwa lata temu miała się ona wydarzyć 29 kwietnia, ale – o ile tylko rachujecie szybciej ode mnie –  2022 minus 2 daje 2020, a wszyscy wiemy, co się wtedy wydarzyło.

Zamiast podróży i szlajaczki z namiotem po najbardziej odludnym szlaku Wielkiej Brytanii zostało nam smętne kasowanie rezerwacji w rytm pikających newsów o pandemii koronawirusa.

Teraz jednak zebrałyśmy siebie i plecaki wypchane campingowym pierdoletem, i ruszyłyśmy na szlak. Fun fact – końcem kijka nie ruszyłyśmy tego najbardziej odludnego szlaku. Zrobiłyśmy z niego pięć kilometrów, zmokłyśmy tak, jak tylko w Szkocji można zmoknąć i zawróciłyśmy.

A ja byłam z nas, z siebie dumna jak matka niemowlaka, który właśnie zaczyna chodzić, bo – omamusiu! – ile wody w rzekach i po moim karku musiało spłynąć, żebym ja się nauczyła odpuszczać.

Ale nauczyłam się i reszta wyjazdu minęła nam na zacnych aktywnościach. Spanie pod namiotem. Spanie przed namiotem. Gapienie się na niebo. Gapienie się na góry. Piwo na pikniku. Piwo w knajpie. Łażenie po plaży i zbieranie muszli. Łażenie po plaży i niezbieranie muszli. Dziennikowanie z widokiem na przestwór oceanu. Spacerowanie z widokiem na koronkę gór i wysp nad morzem – tę koronkę, która sprawia, że moje włóczykijskie serce dostaje kręćka.

Poznałyśmy na pamięć menu jednego baru w Mallaig i menu kawiarni na promach CalMacBrayne, a sztukę elastyczności doprowadziłyśmy do mistrzostwa. Ta sztuka elastyczności sprawiała, że raz na dwa dni złaziłyśmy spod namiotu, kierunek wybierałyśmy, kierując się prognozą pogody, a ja po raz kolejny zrozumiałam, że jeśli wszystko w życiu będzie mi tak wychodziło, jak szukanie noclegów na pałę w Szkocji, to będę ustawiona. Gdy mój mąż dojechał do nas z samochodem, zyskałyśmy nieco więcej rozmachu i wylądowałyśmy na Hebrydach Zewnętrznych, na polu namiotowym, które rozkładało się nad lazurową plażą.

A potem, w myśl elastyczności, zawinęliśmy stamtąd kolejnego dnia, gdy okazało się, że do końca tygodnia nie ma już miejsca na powrotnych promach.

Chyba za to najbardziej lubię Szkocję.

Za to, że pierwszy raz w życiu pojechałam bez żadnego zaklepanego noclegu, za to z namiotem na plecach.

Za to, że sztywne plany mogłam zamienić na leniwe słuchanie rzeczywistości i swoich potrzeb. Pada? Szukamy hotelu. Nie pada? Śpimy pod namiotem. Nie mamy auta? Zrobimy krótszą drogę. Mamy auto? Jedziemy z koksem.

Wtedy przydarzają się kosmiczne i niesamowite rzeczy.

***

Półwysep z latarnią.

Po nim krążyłam jakieś trzy lata temu, a w mojej głowie roiło się od pytań z kategorii: Kim Być i Dokąd Zmierzać. A teraz znalazłam się tam znowu, morze znów tańczyło w objęciach wysp na horyzoncie, a ja już miałam w głowie odpowiedzi na te pytania. Może bardziej na Kim Być, niż Dokąd Zmierzać, ale umówmy się – jak się zna swoją naturę, to łatwiej wyznaczyć dalszą drogę.

Nie czułam tam fajerwerków, nie grał mi w głowie hymn z Rydwanów Ognia.

Po prostu zdałam sobie z tego sprawę i pomyślałam: Sylwuniu, zajebista robota. Idźmy ją robić dalej.

***

Kościół na końcu świata.

Musicie coś o mnie wiedzieć: ja nie mam żadnych obaw w mieście, ale czasem nieswojo czuję się na wsi. Bardziej od natłoku ludzkich głosów płoszy mnie samotność i cisza, a moja miłość do natury pełna jest respektu.

Takiego respektu, jaki się ma przed czymś, co budzi obawę.

Tym bardziej zatem dumna byłam z siebie, że ostatniego dnia poszłam na wieczorny spacer sama. Spaliśmy w małej wsi Kilvater, widok mieliśmy na dalekie morze i pas wysp na horyzoncie, a pogoda – jak to bywa z ostatnimi dniami w Szkocji – była idealna. Poszłam więc główną drogą, potem zboczyłam w mniej główną drogę, a potem w jeszcze mniej główną, aż dotarłam do ruin kościoła.

Z gotyckiego okna widać było morze i pas wysp na horyzoncie, które zbierały już złoto zachodzącego słońca.

Piękniej nie mogła się ze mną Szkocja pożegnać.

***

W sercu będę też zawsze miała Glenfinnan i jego okolice – to miasteczko, w którym porzuciłyśmy nasz Supertrudny Szlak. Zamiast niego po nocy w górskim schronisku wybrałyśmy dwa dni w przytulnym hoteliku w Mallaig, a potem bezczelnie popłynęłyśmy na końcowy punkt Supertrudnego Szlaku, małą wieś na najbardziej odludnym półwyspie i mieszczące się tam pole namiotowe.

Pole zaiste było złotem, z jednej strony miało morze, z drugiej góry, a ja, patrząc na te szczyty, nie żałowałam w ogóle, że to nie z nich przyszłam.

Gdybym z nich przyszła, prawdopodobnie nie miałabym sił nawet na to, by gapić się na morze.

A przecież nie o to chodzi w życiu, by sił zabrakło na to, co najlepsze.

Zamiast wspomnień o dzikiej wędrówce przywiozłam z Glenfinnan serię retrografik z kotami, spalony od leżenia na słońcu nos i kilogram muszel, bezwstydnie przeszmuglowanych w bagażu nadanym Ryanaira.

Nie zamieniłabym tego na żadne kilometry.

No i trzy razy mijałyśmy rozpędzony pociąg do Hogwartu, how cool is that?

***

A żeby współczynnik magii rozpieprzył wszystkie moje magiometry, po przylocie ze Szkocji trafiłam prosto na pierwsze spotkanie kreatywnych dziewczyn z Iskry. I tam znów – niby nic, a jednak wszystko, niby cisza w cieniu drzew, a jednak gwar myśli twórczych stworzeń, łączenie słów, zaklinanie rzeczywistości w obrazach i to niesamowite poczucie, że wrażliwych, kreatywnych stworzeń jest więcej.

I halo, dostałam najpiękniejszy tort urodzinowy w swoim życiu – to tak wspaniałe, jak pociąg do Hogwartu!

***

Przyznaję więc sama sobie medal z odpuszczania i zatapiam się w dalsze rewiry kuracyjnego lipca. Dalej będę patrzeć na to, jak kot liże łapkę (skubany robi to na milion sposobów!), jak kwiaty rosną na balkonie (niby sama je sadziłam, a każdego dnia wyglądają inaczej!) i na to, jak czas przeze mnie płynie chwila po chwili, jak moja własna krew.

I choć w zasadzie poza Szkocją prawie nie ruszyłam się z balkonu, to o matko, te dni na balkonie budzą moją największą ekscytację.

To nie do końca jest kwestia miejsca. Że dalej kocham podróżować, nadal uwielbiam poznawać światy, a pasmo wysp na horyzoncie działa na mnie jak kocimiętka na kota. Ale nie mam ochoty już na zaliczanie zabytków, na dzikie biegi, szalone szlaki. Zamiast tego – cały dzień w kawiarni i gapienie się na ludzi. Cały dzień nad morzem i gapienie się na wodę. Znajdowanie miejsc, w których lepiej robi mi się na sercu nawet, jeśli nie piszą o nich w żadnym przewodniku.

Dlatego będę wracać powoli do życia. To czas eksperymentów i szukania tego, co nowe, a ja mam drugie serce do bycia poszukiwaczką.

Więc będę tu.

Mam w zanadrzu teksty, które czekają grzecznie od czerwca i nie zawaham się ich użyć.

***

Jest we mnie taka część, która nie dowierza. To ta część, która kiedyś czerpała energię z bycia w stu miejscach na raz. Z dzielenia uwagi. Ze stania dwiema nogami w dwóch różnych rzekach.

Druga część zaś odkrywa właśnie, że czasem nie trzeba być wszędzie. Że wystarczy ułożyć swój świat tak, by mieć wokoło siebie wszystko.

A sekret leży w definicji słowa “wszystko”.

Z ogrodu mojej babci

Gdy byłam mała, wierzyłam, że inny świat zaczyna się za progiem naszego stuletniego domu. Dorośli nazywali go słowami ze zdecydowanie nudnego słownika: ogród, krzaki, działka.

Ale w moich oczach od pierwszego kroku za drzwiami rozbłyskiwała magia.

Po jednej stronie domu słały się cienie starych jabłoni o nazwach tak tajemniczych jak nazwy nieuchwytnych istnień. Glogierówki i renety, mówili dorośli, królowe wszelkiego sekretu, mówiłam ja. Malinówki, pomarańczówki, papierówki, mówili dorośli. Księżniczki wśród pałacu króla, mówiłam ja.

Potężne korony i delikatne diademy ich gałęzi dawały cień całemu ogrodowi. U ich stóp rosły truskawki w równych rzędach, marchewki, buraki czy pietruszki o chropowatych skórkach, na które natrafiałam podczas pielenia tak często, jak na pancerzyki owadów. A tam, gdzie kończyło się ich królestwo, władzę przejmowały boginie koloru – kwiaty.

Pachnące oszałamiająco floksy. Proste i urocze rumianki. Tulipany, które z ziemi wyciągały uśpioną wiosnę. A nade wszystko – cynie. Ich kolorowe główki pięły się dzielnie ku niebu, a ja lubiłam się wśród nich chować, oglądać z bliska ich tajemnicze trzewia. Te same cynie babcia nosiła co sobotę na cmentarz, stawiała się na naszym rodzinnym grobie, a ja, niewielka towarzyszka rytuału, nie wiedziałam jeszcze, że dzięki temu na zawsze nabiorę odrobiny ciepłych myśli do życiowego cienia.

Ale nie na barwach, nie na zapachach i nie na cieniu polegała magia ogrodu.

Magia ogrodu polegała na tym, że mieszkały w nim tajemnicze stworzenia.

Oczywiście, jak to z tajemniczymi stworzeniami bywało, że nie objawiały się byle komu. W zasadzie objawiały się tylko dla mnie.

Tylko ja biegałam z nimi między grządkami. Tylko ja walczyłam z ich wrogami, poznawałam ich sekrety i rzucałam się do walki. Tylko ja wiedziałam, że w starej wieży ciśnień, która wznosiła się tuż za naszym płotem, na terenie starej, rozhuczanej i błyskającej nocą fabryki, mieszka zło. Jakie zło?

Tego na szczęście nie musieliśmy nigdy się dowiedzieć.

Do tego zawsze udawało nam się nie dopuścić.

Pamiętam jedną z historii miłosnych, jaka wydarzyła się w tym ogrodzie. Pan Kawałek Kijka poznał Panią Listeczek o zielonej głowie, a miłość spadła na nich tak pięknie, jak barwy zachodzącego słońca kładą się na świecie. Ale niestety, na drodze Pana Kijka stanęła Pani Wanna – potężna stworzenie, które pamiętało kilkadziesiąt lat i wiosen, kilka pokoleń kijków, listeczków i innych ogrodowych stworzeń. Do dziś mam przed oczami proste ciało Pana Kijka, które płynie już martwo po powierzchni wody – a Pani Listeczek rwie sobie zielone włosy na strzępy.

Czy się uśmiecham, kiedy to piszę? Oczywiście. Zawsze będę się uśmiechała.

I choćbym nie wiem, jakie jeszcze napisała słowa, jakie wymyśliła światy i stworzenia, zawsze będzie w nich ziarno tego pierwszego.

Magicznego ogrodu.

Magicznych stworzeń.

I prostych uczuć, jakie moc wyobraźni może wykrzesać z liścia, wody i kijka.