O sztuce, wilkach i galaktycznej bransoletce

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie po drodze mi z zamykaniem sztuki w galeriach. Z barykadowaniem jej murami recenzji i zachwytów ekspertów, z okładaniem jej mądrymi słowami, blichtrem, trendami i całym tym hałasem, który może kusząco wygląda, ale w środku jest pusty jak cholera.

Czuję, że sztuka niewiele ma w sobie z takiego zamkniętego stworzenia, ograniczonego wąskim światem patrzącym na nią ludzi.

Jeśli miałabym do czegoś porównać tworzenie, to przede wszystkich – do krwi.

Do krwi, która wyznacza rytm życia organizmu. Do krwi, która łączy całe ciało w jedno, wszystkim częściom nadając jeden bieg. Do krwi, która pcha serce do przodu i pompuje ożywcze powietrze.

Gdzie tu miejsce na piedestał, zimne galerie i uczony bełkot krytyków?

Dlatego kocham opowieści, które czyta się przez pół nocy pod kołdrą, a potem drugie pół płacze.

Kocham muzykę, która ciągnie do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne, ale Lisa Gerrard czy Florence Welch śpiewają o tym najlepiej.

I to jest sztuka, którą chciałabym tworzyć.

Sztuka, której potrzebujemy jak powietrza do oddychania, a nie do wystudiowanego palenia papierosa.

***

Tak, dużo myślę ostatnio o tym, kim jestem i gdzie właściwie zmierzam.

Ze zdziwieniem – bo będzie mnie to dziwiło zawsze – stwierdzam, że siedzą we mnie te mityczne dwa wilki. Jeden wyje swoje opowieści do księżyca, macha łapami, opowiadając o tym, jak tworzy uniwersum, jak odkrywa, jak śni mu się to wszystko, jak jedzie na różowym jednorożcu przez galaktyki inspiracji.

A drugi – pewna tego jestem – jest jak księgowy. W krawacie chodzi, bo tam może sobie zawsze wpiąć długopis. Excela odpala wilczą łapką, pazurem rysuje wykresy i uczonym, acz wilczym pyskiem patrzy na bieg narysowanych ścieżek, wróżąc z nich z powagą giełdowego maklera. Pomysły spisuje, wątki porządkuje, a w jego mózgu zamiast szarych komórek są żółte, zielone i różowe fiszki.

Życie jest pocieszne, gdy ma się w głowie takie dwa wilczyska. Gdy jeden jest inspiracyjnym żywiołem, a drugi systematycznym taranem, tworzenie od razu staje się weselsze.

***

No więc, w tym myśleniu, kim jestem, mam już jakąś spójność. Gdzie zmierzam, to też jestem sobie w stanie odmalować. Nie ciągnie mnie blichtr, nie bawi mnie męcząca rozrywka, ja chciałabym tworzyć good, old-fashioned miejsce dla dusz, które czasem lubią uciekać do tajemniczych światów.

I kiedy już mój wewnętrzny wilk-księgowy łapką klepie ten wykres, a wilk-szaleniec patrzy na to, jak na ekscytującą mapę, to wtedy się wkrada on. Ten trzeci.

Kompleks fantasty.

Gdyby moje pisarskie życie było stołem na weselu, to kompleks fantasty byłby pijanym wujkiem Tadziem, Zdzisławem albo innym Marianem. Takim, co to przez całą imprezę włóczy się na podwórku, sępi o szluga, zajmuje się skrupulatnie łojeniem wódki i nękaniem ludzi za pomocą nieśmiesznych dowcipów. A kiedy przychodzi Ten Jeden Moment, on wygłasza Tę Jedną Uwagę i wtedy rozwala imprezę całemu towarzystwu.

Na wujka Tadzika nie ma łatwej rady, kompleks fantasty zawsze musi się odezwać.

A tym, kto z reguły daje mu w pysk, jest moja osobista, wewnętrzna czytelniczka.

To z kolei taka persona, która na rodzinne wesele przyszłaby w sukience w koty, ze złotym wisiorem z lumpeksu i z marzycielskim uśmiechem. Która śledziłaby wszystkich zza szkieł okularów, ale myślami błądziłaby po jednym albo kilku światach. Ale to ona, gdy przychodzi co do czego, sprząta syf po wystąpieniach wujka – kompleksu fantasty.

Dziewczyno, sama czytałaś poruszające opowieści. Laska, sama płakałaś na zakończeniach książek. Giiiiirl, Blanka Lipińska jakoś nie miała rozterek, gdy wydawała romanse o włoskich mafiosach, które na mózgi pozamieniały się  z pornosem. Pisz dalej!

To wszystkie książki, które ja przeczytałam, przypominają mi, jak bardzo ludziom potrzeba opowieści.

***

Ciągnę więc twórczy wózeczek przed siebie. Niepewną ręką rysuję swoje ścieżki, a sukienka księżniczki z kosmicznej galaktyki czasem mnie martwi swoim blaskiem. Ale potem – potem zdarzają się momenty, w których mogę o pisaniu mówić, a wtedy energia wygrywa ze strachem.

Pod tym względem maj i czerwiec był zupełnie szalony.

W maju zebrałam wszystkie swoje powieściowe wykresy i opowiadałam dziewczynom na platformie Iskra o tym, jak budowałam swój powieściowy świat. Ja może i mam drugie serce do strachu, ale zdecydowanie mam też drugą gębę do gadania, a do gadania o swoim świecie, to już zupełnie trzecią. Opowiedziałam więc o swojej drodze, a wieści o tym, komu dałam ognia do pieca, dostawałam przez kolejne pół tygodnia.

A potem, w czerwcu – w ramach zakończenia Szkoły Pisania Powieści – czytałam fragmenty swojej książki na żywo.

***  

Czarne jak noc kamienie, upstrzone lśniącymi drobinkami, jakby były galaktyką – tak wyglądała bransoletka, którą tego dnia mój mąż znalazł na targu u handlarki biżuterii z kamieniami.

Nie czaiłam się wtedy zanadto. Opowiedziałam pani swoją historię w wersji instant: czytam dzisiaj fragment swojej powieści w kawiarni Cheder, trochę się boję, a trochę chcę, żeby ten moment został ze mną już zawsze i pomyślałam o bransoletce. O bransoletce, która dołączy do innych zdobiących moją rękę i będzie mi przypominać ten wieczór zawsze – nieważne, jak mi na nim pójdzie. Ryzyko było spore, bo moje chore gardło balansowało między niskimi tonami czarnoskórej śpiewaczki, a trzaskami źle nastrojonego radia. Ale czy w gruncie rzeczy nie wszystko w życiu jest ryzykiem?

Pani wydobyła sfatygowany leksykon kamieni i zaczęłyśmy szukać tego, który będzie idealnie pasował do momentu i sytuacji. Zadumałyśmy się nad ametystem, nad kwarcem różowym, nad jeszcze kilkoma innymi tajemniczymi tworami. Ale to mój mąż wypatrzył bransoletkę z kamieni zwanych noc Kairu – a ja przez chwilę zapomniałam, że liczba mojego wieku ma jeszcze 3 na początku i jak podjarana pięciolatka wypaliłam: ON WYGLĄDA JAK GALAKTYKA.

Sami rozumiecie, z jaką biżuterią poszłam do Chederu.

Gdy przyszłam, wystrojona nie w bluzę z kapturem, tylko w złota, czernie i burgundy, w Chederze było już sporo ludzi. To zawsze miecz obosieczny – miło, że tyle osób się zjawiło, ale niemiło, jeśli tyle będzie musiało oglądać Twoją porażkę. Tego dnia jednak zdecydowanie na wierzchu był mój wewnętrzny ekstrawertyk, złakniony publicznych wystąpień, bycia wśród ludzi, pracy z publicznością – i czuję, że ten ekstrawertyk nie zawiódł mnie, gdy przyszło do czytania fragmentu mojej powieści.

Ja bardzo lubię bawić się w tekstach rytmem. Wydaje mi się, że robiłam to zawsze, ale odkąd nazwano mi to, co robię, robię już to bezczelnie świadomie. I teraz wyobraźcie sobie ten ship – z jednak strony tekst, który jest totalnie rytmiczny, jakby stworzony do głośnego czytania. Z drugiej strony ekstrawertyk, który tęskni za występowaniem.

Nawet wszystkie moje kompleksy – włącznie z wujkiem Marianem aka kompleksem fantasty – podejrzewały, że to się musi udać.

Przeczytałam. Bawiłam się rytmem. Słuchałam swojego głosu, a to nie budziło strachu, tylko zaciekawienie, chęć dalszego szukania i odkrywania, zabawy intonacją i reagowania na reakcje publiczności. Żeby było jasne – ja kocham pisać historie. Ale czuję, że równie mocno kocham je czytać i opowiadać – wśród ludzi, w kręgu, w blasku zaintrygowanych oczu.

Zeszłam ze sceny zajarana jak małe dziecko.

***

To takie momenty, w których nie liczy się kompleks fantasty, a dwa wilki tańczą pod rękę do jednego oberka.

Z Krakowa wywiozłam jeszcze więcej wspomnień. Leniwe śniadanie w ogródku pełnym krzaków, które przypomniało mi, że czasem warto się nie śpieszyć. Spacer po zakamarkach Kazimierza, który przypomniał mi, że czasem warto patrzeć w coś innego, niż w ekran. Morze ciepłych słów od moich sióstr w pisaniu, które sprawiły, że za każdym razem roniłam łezkę, dosłownie i w przenośni olewając makijaż. Bransoletkę z kamieni, które wyglądają jak esencja galaktyki i małą broszkę – lśniącego złotem ptaszka z targu staroci. Akwarelkę od Kali Jastrzębskiej, która służyła mi za podkładkę.

I myślę sobie o tym, że to wszystko wydarzyło się w moim życiu przez rok – bo rok temu postanowiłam wyjść z pisaniem na światło dzienne i poszłam na swoje pierwsze warsztaty, na Klub Otwartej Szuflady u Aleks Makulskiej.

A myśl ta rodzi kolejne, zuchwałe myślątka i myśliska.

***

Ostatnio przeczytałam opis książki, gdzie pisarz chwalił się tym, że została ona uprzednio wysłana na solidny roast do innych kolegów-pisarzy. No fajnie, myślę sobie. Może to faktycznie działa, takie wieczne skupianie się na tym, co słabe, dopatrywanie błędów i niedoskonałości, kopanie pod sobą samym dołka.

Ale ja czuję, że o wiele większe cuda dzieją się wtedy, gdy skupiamy się na tym, co już jest dobre. Gdy rozwijamy to, co już umiemy. Gdy mówimy innym o tym, co w nich jest mocne.

Gdy pozwalamy latać nieopierzonemu pisklątku i dmuchamy w jego skrzydełka zamiast patrzeć, czy odcień szarości piórek jest na pewno w porządku.

Coś wam podpowiem, perfekcjoniści i kompleksy.

Nigdy nie będzie w porządku.

Zawsze coś się znajdzie, jeśli chcecie, żeby się znalazło.

Dlatego możemy się od siebie odwalić i robić rzeczy, które ciągną do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne.

Po prostu piękne, wypływające z serca rzeczy.

Jak krew, która w całe ciało pompuje życie.

Rytuał Alberta Gżegżółki

Albert Gżegżółka, rektor Wyższej Szkoły Mediów, niechętnie zasiadał do wieczornego rytuału. To nie końca znaczyło, że rektor Gżegżółka nie lubił rutyny – wręcz przeciwnie, Albert Gżegżółka pasjami kochał przewidywalność i spokój, nawet jeśli sam z natury był hipochondrykiem i panikarzem, który topił strachy w tanim winie, pitym z butelki po drogiej whisky.

W końcu Gżegżółka w Wyższej Szkole Mediów uczył ludzi, jak być medium i słyszeć głosy z zaświatów, a to przecież poważny zawód.

Powagi temu zawodowi nie odbierał fakt, że Albert Gżegżółka był szynszylą. To znaczy, kiedyś w zamierzchłych czasach Albert był germańskim wojownikiem, ale skrył się w ciało gryzonia i tak już sobie radośnie pozostał na wieki. Mały może więcej, mamrotał zawsze, zgrzytając zębami, gdy ktoś się pytał o powody tej decyzji.

Ale teraz nikt o nic nie pytał Alberta Gżegżółki.

Teraz Albert Gżegżółka otwierał starą księgę z pomocą nieporadnej szynszylej łapki. Ogonkiem zmiótł kurz, zazgrzytał zębami, widząc nadgryzione brzegi starego manuskryptu, a potem wskoczył na rozłożone karty i zaczął czytać.

Miał na dzisiaj wielkie cele.

Jutro czekała go wizytacja Urzędu Skarbowego. Dzisiaj musiał wywołać Widmo Golema Gniewu.

Pora nie była najlepsza ku temu. W gabineciku Alberta tlił się tylko jeden, malutki kandelabr, wiszący nad biurkiem. Okna zasłonięte były zawsze czerwonymi, zamszowymi zasłonami – Albert wiedział doskonale, że studenci Szkoły śmieją się, że jest to czerwień rodem z burdelu, ale on to zdecydowanie lekceważył.

Chodził do burdeli, gdy genotypy rodzin tych studentów krążyły jeszcze w galaktycznym pyle, mogą mu chujki naskoczyć.

Pogrążył się w lekturze manuskryptu, ale dopisek na brzegu, ustylizowany na średniowieczne monstrum, powiedział mu więcej, niż cały uczony opis. Zapamiętaj medium młode, czerwień krwi lej najpierw w wodę – przeczytał, a lata alchemicznych szkoleń stanęły mu jak żywo przed oczami.

Zeskoczył z księgi i podreptał w kąt gabineciku, gdzie miał przenośne, miniaturowe laboratorium. Wskoczył na niski blacik, rozejrzał się dookoła, po miseczkach, alembiczkach, rureczkach i słoiczkach z substancjami. Woda już tam stała w małej, cynowej balijce – Albert wydobył ze szkatuły niewielki nożyk, dostosowany do szynszylej łapki i raz jeszcze spojrzał na przyrządy. Musiał zamówić je w sklepie z zabawkami, specjalnym, rzemieślniczym i drogim jak cholera. Ale wciąż miał przed oczami minę rzemieślnika, któremu jeden z nauczycieli Szkoły – oczywiście z Albertem w wykładanej pluszem klatce – tłumaczył, że chce zestaw małej alchemiczki dla swojej córeczki. Żebyś ty widział, przygłupie, co ja z tym do tej pory zrobiłem, pomyślał chełpliwie Albert, bo jego duma była jak dobre wino: im starsza, tym w lepszej kondycji.

Teraz chciał robić rzeczy równie wspaniałe.

Skupił się. Szynszylim pyszczkiem wymamrotał inkantację i wkurwił się jak zawsze, gdy „R” wyszło mu chujowo przez przednie zęby. Odśpiewał Starożytną Pieśń Umarłych od tyłu, sypnął księżycowego proszku na taflę wody, chwycił w pazurki suszonego żabiego płodu i zanurzył go do wody.

A potem złapał w pazurki nożyk, odgarnął sobie futerko i delikatnie, bardzo delikatnie, naciął skórę przy łapce.

Kropla szynszylowej krwi spłynęła na taflę wody, a uderzenie zmiotło Alberta Gżegżółkę na drugą stronę pokoju.

Padł w kąt i nakrył się własnym tyłkiem. Wygrzebał się spod niego akurat wtedy, gdy czerwony kłąb wzbijał się w powietrze. Formował się z rozmachem jak atomowy grzyb – najpierw węzły mięśni na ramionach, potem potężne, gruzłowate piersi, dwie kolumny nóg, aż wreszcie głowa. Wielka głowa z czarnymi dziurami oczu i rozwartym szeroko pyskiem zatrzęsła się jak łeb lwa. Pięści widma ścisnęły się, jakby już czuły pod sobą szyje wrogów, a pysk rozwarł się jeszcze szerzej.

Nakurwiaj, Golemie Gniewu, pomyślał mściwie Gżegżółka.

Rozpierdol ten urząd w cholerę.

Idź i wchłoń ich w swoje trzewia, zalej rozpaczą i napełnij lękiem serca ich wszystkich, bo jesteś…

– CZERWONYYYY JAK CEEEGŁA! – zawyło widmo z entuzjazmem i wygięło widmowe ciało w pozie godnej piosenkarza – ROZGRZANY JAK PIEEEEC…

Albert Gżegżółka zaklął.

***

Następnego dnia na korytarzu woźna Lucyna pierwsza zagadała do rektora, gdy zmierzał na zajęciach po balustradzie eleganckich schodów.

– A co to tak śpiewało przez pół nocy rektorze? – woźna oparła się o szczotkę gestem, który Albert uznałby za zalotny, gdyby nie był szynszylą.

– Absolutnie nic.

– Ja słyszałam, rektorze. Najpierw Czerwony jak cegła, potem Lady in Red, była też sekcja piosenki patriotycznej w postaci Czerwony Maków, polski pop i Czerwone Korale, a nawet…

– To Poskrobko jest na rauszu – rzucił zdawkowo Albert, wykrzywiając pyszczek w półuśmiechu diabolicznym nawet jak na szynszylę.

– To brzmi, jakby ktoś wyczarował Widmo Golema Śpiewu – oboje usłyszeli głos Romana Poskrobki, nauczyciela wabienia zmarłych, za swoimi plecami.

Roman schodził po schodach lekkim krokiem, a Albert znów zaklął pod szynszylim nosem, ponure myśli śląc pod adresem autora starego manuskryptu.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu. – oświadczył zimno i już miał ruszać dalej, gdy pijackie wycie znów poniosło się po korytarzu szkoły.

Red, red, wine – śpiewał znajomy głos widma, ale oprócz niego słychać było trzy zapijaczone alty i jeden rozedrgany sopran.

– Niezłe te Widmo – dodał Poskrobko – Nie wiem, skąd się wzięło, ale zdążyło rozpić wizytację, wciągnąć je na karaoke i nikt nie siedzi z nosem z papierach. Czy coś rektorowi o tym wiadomo?

W swoim szynszylowym sercu Albert zmienił osąd sytuacji.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu – powtórzył i uśmiechnął się tajemniczo – Ale znajomy znajomego ma manuskrypt, który potrafi jego sprowadzić. Wiecie, gdzie mnie szukać, jeśli ten potwór będzie kiedyś jeszcze potrzebny.

Powlókł się w górę balustrady z godnością, a wszyscy, którzy go później spotykali, zgodnie twierdzili, że dla rektora musiał to być dobry dzień.

Baśń o Duszy Drzewa

Stare drzewo rosło nad morskim brzegiem.

Misterna siatka korzeni mocno wgryzała się w ziemię, by dzikie wichry nie porwały drzewa w swój szaleńczy tan. Chropowaty pień widział już wiele wschodów i zachodów słońca, a ciemne igły chłonęły mądrość z soków, krążących w drzewnym ciele jak krew. Ale nikt nie wiedział, co kryje się między zwojami drzewnych słojów, nikt nie znał tajemnicy zaklętej w rachitycznej roślinie.

Stare drzewo miało młodą, dziką duszę.

W słoneczne poranki wypuszczało ją ze swoich objęć. Pozwalało jej hulać z wichrami w blaskach jutrzenki i tęsknie patrzyło, jak wzbija się pod złotawe chmury. Dusze już tak mają, mruczało drzewo, czując, jak korzenie drżą lekko od wgryzania się w głębiny ziemi. Dusze potrzebują ruchu i powietrza, świateł i radości, a mrowiącym szczęściem napawał je fakt, że jego dusza zawsze do niego powracała.
Zawsze się bało, że jego dusza – szalona dusza, dzika dusza – któregoś dnia podąży gdzieś dalej, złoży pocałunek na ustach wichru i zniknie za horyzontem.

Ale nigdy nie podejrzewałoby, że to ono opuści ją pierwsze i na zawsze.

***

Tego ranka, gdy Dusza Starego Drzewa wracała z nadmorskich harców, czekała już na to, by zatopić się w labiryntach słojów. Kochała hulać z wichrem i tańczyć ze światła, ale to mądrość i czułość starego drzewa przynosiła Duszy uczucie, na które nie umiała znaleźć słowa. Tego ranka jednak wszystko było inaczej.

Wśród setek innych pni i tysięcy innych gałęzi Dusza nie znalazła swojego Drzewa.

Zamiast niego zobaczyła tylko okaleczony pniak, sterczący z ziemi jak martwy odprysk.

A zamiast szumu starych gałęzi usłyszała tylko dalekie głosy drwali.

Wtedy jej płacz przeszył plątaninę nadmorskiego lasu. Rzuciła się między wichry, wzbiła się między chmury, a jej gorycz rozpętała nad taflą morza najdzikszą, najstraszliwszą burzę. Szalała jak zraniona kochanka, rozpaczała jak osierocone dziecko, a kiedy opadła na piaski złotej plaży – wyczerpana jak chory ptak – tylko jedna myśl i potrzeba w niej tętniła.

Postanowiła sama stać się Drzewem.

Rozsiadła się na piasku i przywołała do siebie Czas. Zwiewne dłonie wpuściła w ziarenka piasku, a oczy wzniosła ku niebu. I zastygła, znieruchomiała, oddała całą swoją energię Czasowi – by zamienił ją w to, co pokochała najbardziej.

Ale czy Jedno może stać się tym, czym było Dwoje?

***

Spotkałam Duszę Starego Drzewa, gdy sama krążyłam nad morskim brzegiem. Jej pień nie miał w sobie strzelistości – wyginał się jak kręgosłup chorego zwierzęcia, jak most, któremu zabrakło oka architekta. Wątłe gałęzie sterczały na boki. Zżółkłe igły ledwo trzymały się drzewnej tkanki, a część z nich opadła już zupełnie – tam słońce prześwietlało się jak przez kostki szkieletu. Nie czułam zapachu tej Duszy, nie pachniała orzeźwiająco jak inne drzewa w lesie – zamiast tego znaczyła ją słona woń morza, jakby o swój własny zapach Dusza już nie miała siły walczyć.

A jej cień rozkładał się na piasku jak cień wygłodniałego stworzenia.

Widziałam, że Dusza Starego Drzewa drapieżnie wysuwa nadłamane szpony gałęzi ku tafli wody. Widziałam, że ostatkiem sił wznosi się ku niebu, jakby chciała mu się oddać w zupełnie. Wzlecieć tak, jak wzlatywała kiedyś. Ale teraz to nie było możliwe. Oddała się przecież Czasowi i stworzyła swoje drzewne ciało, choć nie mogła stać się tym Drzewem, które pokochała najbardziej.

Czułam jej rozpacz. Miałam wrażenie, że ciągnie ją do morza, do dzikości, do nieba. Patrzyłam na nią jak na zwierzę uwięzione w stworzonej przez siebie klatce, księżniczkę zamkniętą w zbudowanej przez siebie wieży, wędrowca, który skazał się na drogę bez odwrotu.

Czy Jedno może stać się tym, czym było Dwoje?

Tego nie wiem.

Ale wiem, że własny duch jest jak skarb, którego żadnym mocom nie wolno oddawać.

Kochanica Mgieł

Kochanica Mgieł wyrosła na granicy mojego świata bez najmniejszego ostrzeżenia. Pojawiła się któregoś dnia – albo któregoś dnia po prostu ją zauważyłem – ale już następnego ranka, gdy spojrzałem na lekką koronkę jej kształtów, poczułem się tak, jakby miejsce na nią od zawsze tu było.

Ale czy to możliwe, by żywy duch tkwił w czymś, co wyrasta z martwej ziemi?

***

Zawiśniesz, Mosa, mówili wtedy w moim mieście wszyscy, którzy mnie spotykali. O moim stryczku gadały baby na targach i mieszczanie w oberżach, rzemieślnicy w warsztatach i altarystki w nawach Kawerny. Będziesz wisiał, kręcił głową mój szczery przyjaciel Agarion i wyjątkowo żaden przepis miejskiego prawa nie przychodził mu do głowy, choć Agarion miał dyplomatyczny łeb do prawnych kruczków. Będziesz wisiał, mruczała moja szczera przyjaciółka Animede, a w jej oczach błyszczał wtedy ogień, taki sam, który tańczył na jej rękach, gdy wzywała swoją moc magii. Będziesz wisiał, mamrotał jej kochanek, Anneir Esster, a jemu to ja się kłaniałem i mruczałem dwornie: byleby by razem z tobą, bo strasznie się żeśmy z tym bucem nie lubili.

A potem po mnie przyszli.

Czułem już w kościach, że to tak się skończy, gdy pewnego deszczowego popołudnia pełniłem swoją posługę. Wezwali mnie rano bez ostrzeżenia. Kazali mi grać moje pieśni i moje melodie, a kiedy szczury wylazły ze wszystkich kątów – otępiałe, uśpione, z czarnym koralikami oczu zalanymi dziwną rozkoszą – po szuraniu ich nagich ogonów i chrobocie ich pazurzastych łapek rozległy się mniej subtelne hałasy buciorów strażników.

Ja byłem szczurołapem miasta Veira. Ostatnim stworzeniem swojej profesji, które potrafiło rytm życia zaklinać rytmem muzyki.

A jaśnie książę mojego miasta był pierwszym stworzeniem swojej profesji, które magii na ulicach wypowiedziało wojnę.

Myślę, że mógłbym wymienić parę rzeczy, które stało na przeszkodzie naszego dogadania się. Po pierwsze, była to moja pyskata morda. Po drugie, była to moja pyskata morda. Po trzecie, był to mój absolutny brak tolerancji dla tych sytuacji, w których słuchać się musiałem idiotów, w skrócie – moja pyskata morda. Działał w mieście cech magiczny, który układał się z księciem. Żyli magicy, którzy dali się wpisać w rejestry i prawa, zasady i zarządzenia, cenniki i katalogi – ale ja do nich nie należałem. Ja nosiłem z godnością moją pyskatą mordę i wszystkie honory, jakie przynosiła: uliczne pieśni, uśmiechy dziewcząt, zniżki w oberżach i te mniej przyjemne – urazy księcia, fochy miejskiej władzy i hordy wkurwionych strażników.

Tamtego deszczowego popołudnia uciekałem zatem przez tunele ulic mojego miasta, gnałem między wąwozami zaułków i pod czujnym okiem kamienic, a potem dalej i dalej, byle za mury, byle za horyzont, byle tam, gdzie nie dostrzeże mnie czujne oko śmierci, dla zmylenia ubrane w bordowy kubrak strażnika.

Tamtego deszczowego popołudnia spotkałem Kochanicę.

***

Najpierw jej pajęcze kształty dostrzegłem na jednym z miejskich dziedzińców. Rosła przy murze, niemal wtulała się w kamienną tkankę, a jej rachityczne linie wznosiły się ku niebu jak ramiona omdlewającej kobiety. Wtedy spojrzałem na nią i pognałem dalej – mógłbym po jej ciele wspiąć się na mur, ale było zbyt wątłe, nie utrzymałoby mojego ciała lekkością swojego bytu.

Potem minąłem ją w jednej z wioseczek – rosła przy drodze, wznosiła się leniwie znad zarośli i krzaków, a ja zatrzymałem się na chwilę, choć byłem ofiarą pościgu. Poznałem delikatny rysunek gałęzi, zdziwiło mnie, że parę godzin wcześniej ten sam szkic dostrzegłem wśród ulic mego miasta.

A potem znalazłem chatę na bagnach, skryłem się tam, oddałem drewnianej ruince siebie i swoje bezpieczeństwo.

Po kilku dniach ona już tam była – choć przysiągłbym, że poprzedniego wieczoru nic nie znaczyło przestrzeni w tym miejscu.

Nie wiem, dlaczego nazwałem ją Kochanicą Mgieł. Może w głuchych ostępach brakło mi drugiego człowieka. A może po prostu nasz pierwszy poranek we mnie został – ten, w którym dostrzegłem jej wątły rysunek gałęzi i spowijające ją mleczne kłęby. Mgły otulały ją jak sukienka, jak lekki tiul, jak delikatny szal, który tańczył wśród czerni jej kształtów w rytm melodii wichrów. Pamiętam, że patrzyłem wtedy długo. Na jej taniec, na misterną plątaninę suchych traw, które naokoło niej wznosiły się ledwo ku górze. Na czarny pierścień lasu, który z jednej strony zamykał horyzont jak cicha, choć poruszona widownia. Na szarości nieba, które otwierało się po jej drugiej stronie jak najwspanialsza scena.

Patrzyłem w jej stronę rano i żegnałem się z nią wieczorem. Widziałem jej czarne kreski w złotych światłach zachodu i różowych blaskach jutrzenki. Drżałem, gdy ona rzucała się na wietrze i oddychałem spokojniej, gdy ona rozprostowywała swoje koronki.

Czasem, gdy księżyc zalewał blaskiem ziemię, zdawało mi się, że widzę jej cień bliżej.

A czasem, gdy noc przynosiła aksamitną ciemność, wołałem ją przez sen do siebie.

– Śledzisz mnie, Kochanico? Przyjdź do mnie, Kochanico. Wiem, że tam jesteś, wśród pustek i mgieł – któregoś razu obudziłem się z tym krzykiem na ustach i pierwszy raz od dawna przestraszyłem się siebie.

Kilka dni później pierwszy śnieg spadł na bagnach, a Kochanica oprócz mgielnej sukienki przybrała ciężki kubrak śniegu. Jej czarne witki ugięły się ku ziemi, jej kształty zatraciły swoją ostrość, jej czerń ukryła się w jasności. Ale to nadal była ona. Nadal tańcowała, nadal kusiła i wabiła. Jej cienie stały w okienku zrujnowanej chatki, która kryła rumowisko tajemnic dawnych mieszkańców i moje własne życie. Jej ciało świszczało razem z wichrem, zawodząc żałobne piosenki, aż któregoś ponurego wieczoru poczułem, że straszno mi zerkać przez okienko.

Wtedy zacząłem znajdować na śniegu krew.

Któregoś ranka rozwleczone ciało myszy powitało mnie na progu. Potem ranna sarna konała na śniegu, choć jej krew nie zwabiła żadnego drapieżnika. Kilka dni później czyste śnieżne białości skalała czerń rozdartego wpół ptaka. Wziąłem jego zmarznięte ciało ostrożnie do ręki, schowałem w kieszenie za dużego płaszcza, który znalazłem wśród rupieci chatynki i przy ogniu dopiero dostrzegłem, co kryło się w jego sercu.

Czarny oścień, potężna drzazga wystawała jak skaza z zastygniętej krwi, a ja po raz pierwszy poczułem, że na tych bagnach nie żyję w samotności.

I nie było to wcale przyjemne uczucie.

Tej samej nocy krzyk śmierci wyrwał mnie z niespokojnego spania. Zerwałem się, jakbym na nowo poczuł oddech pościgu na karku, ale te wrzaski nie wyrywały się z gardła żadnego człowieka. Wydzierały się w ciemność zdławione, zduszone, jakby podlane krwią ginącego stworzenia i ściśnięte tkanką umierającego ciała. Serce mi łomotało, oddech nie mógł się uspokoić, a gardło same chciało razem z nimi krzyczeć.

I zakrzyczało, gdy wichry i wrzaski za oknem nagle ułożyły się w słowo.

Gdy wśród symfonii śmierci usłyszałem wycie, co ułożyło się w moje własne imię.

Zerwałem się, jakbym nagle narodził się na nowo. Chwyciłem ostatni płonący szczap drewna. Wypadłem z chatynki, wskoczyłem między śniegi. Cisza bezgwiezdnej nocy wisiała naokoło mnie jak kir, ale ja bez omyłki dopadłem do Kochanicy.

Stanąłem przed jej chropowatym ciałem i w blasku swojego ognia dostrzegłem rys jej koronki. Machnąłem ogniem, który cisnął w jej stronę iskry, a ja ze wszystkich swoich myśli, strachów i przerażeń wycisnąłem jedno, rozedrgane słowo.

– Dosyć.

Nad ranem już jej tam nie było.

***

Rzuciłem się wtedy w bagienne ostępy. Zacząłem jej szukać, tropić każdą polanę, zaglądać w truchła zarośli, przyglądać się wszystkim kształtom, napotkanym na drodze. Ale żaden nie miał w sobie lekkości Kochanicy. Żaden nie był nawet cieniem.

Wróciłem do chatki.

Stanąłem na progu zrujnowanego domostwa, gdzie tliły się ostatnie iskry paleniska.

Nie byłem sam.

W pierwszej chwili serce stanęło mi na moment, a krew zatętniła szybciej w moich żyłach. Ktoś tu był, ciemne kształty rysowały się nad ogniem, a sylwetka sięgała aż do krzywego sufitu.

W drugiej chwili rozpoznałem człowieka.

– Niech cię szlag, Mosa – moja szczera przyjaciółka Animede odwróciła się od ognia, a mi nagły zawrót uderzył do głowy. Myślałem, że Animede mnie chwyci w objęcia, ale ona zatrzymała się przede mną, ujęła moją twarz w swoje zimne dłonie i przyjrzała mi się uważnie – Wyglądasz, jakbyś wyszedł z siebie. I przynajmniej połowę siebie zostawił.

Chciałem jej coś powiedzieć. Zażartować, powitać. Przytulić ją, uścisnąć ludzkie ciało na powitanie.

Byłem w stanie jedynie krzywo się uśmiechnąć.

– Na przyszłość, jak będziesz szukał kryjówki, to zlituj się i zostaw mi chociaż pół śladu – parsknęła Animede – Teraz wszyscy w mieście pytają się o ciebie, a książę nie śpi po nocach i przez sen błaga cię o wybaczenie.

– Żartujesz – westchnąłem słabo.

– Żartuję – Animede wyszczerzyła się bezczelnie – Ale możesz bezpiecznie już wracać.

Rozejrzałem się bezradnie po chatynce, której wnętrznościom powierzyłem swoje ciało. Spojrzałem bacznie w okienko.

– Chyba, że nie chcesz – usłyszałem drwiący głos Animede – Kto ciebie tam wie, może masz wśród tych mgieł jakąś kochanicę.

***

Jeszcze tego samego dnia Animede, mistrzyni ogniowej magii, wyprowadziła swojego przyjaciela z bagiennych ostępów. Szczurołap Mosa szedł obok niej, kulił wątłe ramiona w za dużym płaszczu na mrozie, a jego czarne, duże oczy wydawały się jeszcze większe w wychudzonego twarzy. Nie mówił nic. Nie śmiał się, nie pyskował, nie pytał się, czy Anneir Esster już kopnął w kalendarz, albo dostał po ryju – jak to Mosa miał zawsze we zwyczaju.

Zamiast tego gapił się smętnie przed siebie.

A Animede mogłaby przysiąc, że blednie jeszcze bardziej, gdy łąki przy drodze zmieniały się w czeluści lasu.

I zupełnie nie mogła się domyślić, dlaczego.

– Łypiesz w te krzaki, jakby tam siedziało co złego – odezwała się, gdy wychodzili z małego gaiku, a Mosa strzelał niepewnym spojrzeniem na boki.

– Powiedzmy, że ich kształty są z lekka niepokojące – mruknął wymijająco i przyspieszył kroku, jakby chciał szybciej znaleźć się wśród uschłych łąk, które zaraz za gaikiem słały się aż po horyzont.

– Mam lekarstwo na niepokój – Animede zatrzymała go – to kształty martwe, jak sama ziemia, nie ma w nich nic żywego.

Wyciągnęła dłoń ku chaszczom, przywołała ogień, a iskry rozbłysnęły na jej palcach. Mosa spojrzał na nią zdziwiony jak kot, któremu ktoś ośmieli się stanąć na drodze. Przyskoczył do niej, złapał ją za rękę, a iskierki odbiły się w blaskiem w czarnych, rozszerzonych oczach.

– Zostaw – powiedział ostrożnie i odsunął jej rękę – ja już wiem, że żywy duch wyrasta także z martwej ziemi.

Studnia od dech

Studnia od dech, tak na nią mówili w sąsiedztwie.

Nikt nie pamiętał, dlaczego tu stała i kto z niej ostatni korzystał. Żaden znany mi człowiek nie wydobył z niej nawet kropli ożywczej wody, przesyconej słonym smakiem podziemi. Studnia od dech sterczała od lat na środku kamienicznego dziedzińca, gardziel miała zawaloną starych dechami, belami i innym rumowiskiem, a jej smętny kształt przypominał widmo, czające pod oknem.

Któregoś razu skusiła mnie studnia od dech. Któregoś dnia – posępnego dnia, mokrego dnia – gdy wracałem do domu mojej matki, zatrzymałem się przy niej chwilę za długo. W okręgu dziedzińca widziałem matczyne okno, widziałem, jak wydobywa się z niego strużka dymu, zwiastująca posiłek, w którym moja matka zaklinała najlepsze smaki i uczucia. A jednak zatrzymałem się nad studnią od dech i delikatnym ruchem uchyliłem jej klapę. Znałem jej wnętrze, bo odkąd pamiętam, zerkaliśmy tam z okolicznymi chłopakami – my dorastaliśmy i zmieniały się nasze twarz, a ona stała niezmiennie.

W ten ponury dzień jednak kanciaste trzewia studni wydały mi się inne.

W czarnym kręgu widziałem te same ślady dziesiątek lat ludzkiej egzystencji, które sterczały tu zawsze. Kto to wymyślił, mówiła zawsze moja matka, robić ze studni śmietnisko to jak ucinać drzewo na pustyni – choć sama na żadnej pustyni nie była. Ale dzisiaj ten chaos rzeczy miał w sobie jakąś niespotykaną głębię, zupełnie tak, jakby próbował coś do mnie powiedzieć w rozpaczliwie kanciastych kształtach rumowiska.

Wróciłem do domu.

Przywitałem się z matką tak, jakby nie witał się z nikim. Zjadłem obiad tak, jakby nie miał przed sobą żadnego jedzenia. Mała Seffe coś paplała, ale moje myśli otulone były obrazem zaklętego w kręgu rumowiska i żadne z jej słów nie przebiło tej powłoki. Zaszyłem się w swoim kąciku i nie wyszedłem z niego do momentu, w którym noc rozpostarła swoje dłonie nad miastem, opuszkami snu zamykając oczy Seffe i mojej matki.

Wyszedłem z domu, gdy ciszę przerywał tylko rytm ich uśpionych oddechów.

Studnia czekała na mnie. Znów do niej podszedłem, znów podniosłem jej klapę, a widok rumowiska przywitał mnie jak tajemnicza kochanka.

Pierwsze krzywizny porzuconych desek były całkiem nisko.

Przywołałem swoją drugą postać i wlazłem.

Lubiłem swoją magiczną właściwość, choć nie rozumiałem jej wcale. Dookoła mnie żyło przecież mnóstwo ludzi, starych i młodych, pięknych i brzydkich, a żaden z nich nie umiał stawać się zwierzęciem. Ale tej nocy nie protestowałem – gdy kocie pazury wpiły się we wpółzmurszałe drewno, poczułem na grzbiecie dreszcz tajemnicy.

Ostrożnie zszedłem w dół po starej desce. Zanurzyłem się w rumowisko, przesmyrgnąłem się między jedną arkadą śmietniska, a drugą. Zagłębiłem się w kolejne warstwy. Ogryzki ludzkiego świata, wyrzutki ludzkich domów, resztki ludzkich światów miały wąskie luki między sobą, malutkie przejścia, niewielkie przestrzenie, które moje kocie ciało wypełniało z łatwością. Schodziłem w dół precyzyjnie, kuliłem kark, obniżałem łapy, kręciłem wąsem i okiem przebijałem ciemność – jakbym był na postronku tajemnicy.

Trzask, który zdławionym echem poszedł w kamiennym gardle, spłoszył mnie o chwilę za późno.

***

Gdy obudziłem się, leżałem w tępych objęciach bólu i kałuży własnej krwi. Podniosłem łeb, a za nim mozolnie stanęło całe ciało. Najpierw kark i przednie łapy, potem ściśnięty brzuch, za nim tylne łapy i ogon, który bolał tak, jakby ktoś mi go złożył w harmonijkę. Wpieprzyłeś się, pomyślałem, bo kocie oko po jednej stronie widziało hałdę śmiecia – tę, która gdzieś na górze musiała sięgać wylotu studni od dech – a po drugiej stronie otwierający się w ciemność korytarz.

A co najgorsze, w tej ciemności nie byłem samotny.

Słyszałem to wyraźnie i czułem, że ten rytm nie wydobywa się z moich wnętrzności. Och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – byłem przekonany, że ktoś tu oddychał.

Zastygłem, czekając na atak, ale żaden nie nadchodził. Tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, lekki rytm, który tańczył w miejskich podziemiach. Cicho, cichutko, zrobiłem parę kroków w głąb osobliwego korytarza. Znów och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, jak odwieczne echo, kołaczące się w trzewiach miasta. Wspomniałem na wszystkie legendy, na wszystkie historie z mojego miasta o tym, jak magiczne siły wyrwały jego tkankę z ziemi, wznosząc budowle na powierzchni i korytarze pod powierzchnią. To musiał być jeden z nich, ale nic – tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – towarzyszyły mi w tym spotkaniu z jego tajemnicą.

Dałem się wciągnąć w ten rytm, by gorzka myśl o śmierci nie rozgościła się w mojej głowie. Ruszyłem w głąb korytarza, bo na podróż w górę sterty raczej nie mogłem liczyć. Zdawało mi się, że jest wydarty w samej ziemi, nie miał płaszczyzn sklepienia, tylko poharatane skaliska, a wznosił się nie za wysoko, jakby stworzony był mocą niezbyt wysokiego człowieka.

Rytm nie ustawał mimo moich kroków – mało tego, w pewnej chwili zorientowałem się, że biec zaczyna kilkoma głosami, że tu jeszcze och i ach, a tam już wydech i wdech, a jeszcze gdzie indziej: wciągnięcie i luz. Po kolejnych kilku krokach słyszałem już wyraźnie, jakby to płuca kilku istot tłoczyły swoją pieśń, jakby to głosy kilku stworzeń odbijały się echem.

Po następnych krokach wtopiłem się zupełnie w ten rytm.

W mojej głowie wybuchły wszystkie głosy – już nie wdechy i wydechy, ale słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jakbym nagle znalazł się w samym sercu tłumu. Słuchałem, chłonąłem, byłem, nie patrzyłem już na ciemność i nie obchodził mnie mrok. Tylko słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jak wielka symfonia miasta, jak rytmy wszystkich płuc i serc, które biły na powierzchni.

A może i rytmy z przeszłości, pomyślałem nagle, gdy zacząłem rozróżniać słowa w mroku. Niektóre żaliły się, niektóre cieszyły się, niektóre nawoływały do boju, a ja, w samym sercu ciemnego korytarza bez nadziei, tonąłem w nich, tuliłem się w nich i każdą moją myśl oddawałem tym bezcielesnym myślom.

Nie poczułem, gdy do głosów w mroku dołączył mój głos.

A potem wszystko stało się rytmem.

***

Matka mi powiedziała, że znaleźli mnie na drugim końcu miasta, wybrudzonego i skrwawionego jak rozbitek. Seffe mi powiedziała, że pięć srebrców zapłaciła lokalnej żulerii, by pomogli mnie szukać w zakazanych rewirach kwartału nieboraków. Ale to i tak ona dostrzegła mnie pierwsza – ona znalazła mnie w piwnicach opuszczonej kamienicy, których gardziel głęboko wpijała się w mrok.

Ponoć, gdy mnie znaleźli, szeptałem jeszcze jakieś słowa.

Och i ach, wydech i wdech, rytm i tajemnica.

Domkruszki: Tajemne ścieżki wszystkich moich kotów

Nie umiałabym teraz wymienić ich imion, choć wiem, że wszystkie je nazywałam.

Nie umiałabym opowiedzieć o futerkach i ich plamach, o ogonkach i ich łapkach, o tym, jak im się kładły na pyszczku wibrysy i czy reagowały na „kici-kici”. Gdzieś zgubiłam pamięć ich pomruków, tony ich pomiaukiwań, nie wiedziałabym, który koci gest przypisać do kociego ciała.

Ale przecież były.

Koty wałęsały się całymi czeredami wokół domu. Panoszyły się w ogrodzie i na grządkach, wyłaziły z zakamarków chlewika i spomiędzy drzewek. Były małe i duże, łaciate i pręgowane, a czasem przyprowadzały za sobą równy rządek piszczących, puchatych kulek. Przynosiły nam myszy. Spotykały mnie, gdy bawiłam się przy innym domu – wychodziły wtedy z obcych krzaków z taką miną, jakbym to ja wpadała do nich w odwiedziny. A czasem znikały, rozpływały się bez miauknięcia po to, by kilka dni później objawić się w martwej materii przy brzegu ulicy.

Raz w taki sposób zajrzałam w  oczko śmierci – pełne białych larw wśród skropionego czerwienią krwi kociego ciała.

Koty rozpanoszyły się wszędzie. Nawet w moich wspomnieniach ułożyły się wygodnie jak na słonecznej kanapie. Jedno z pierwszych zdjęć, jakie pamiętam, jedno z ulubionych, do których wracam jest przecież naznaczone ich doskonałością. Na tym zdjęciu siedzę na ławce – ja i moje na oko cztery lata, ja i moja słodka sukieneczka w bordowo-czarne pasy, do dziś pozostające kolorami mojego serca. W dłoni mam kijek ze sznurkiem i papierową witką, skręcony najpewniej przez tatę i dziadka, a dookoła mnie…

Oczywiście, że koty.

Koty skupione i rozstawione, czyhające na tle wiosennego buroszarego podwórka. Wpisane w moją historię razem ze wszystkimi zakamarkami stuletniego domu.

Patrzę czasem na trzy kociszcza, które teraz mruczą w moim życiu. Nie wiem, czy one wiedzą. Nie wiem, czy czują, że nie wzięły się znikąd. A może gdzieś między ludzkimi dźwiękami i kosmosem kocich spraw słyszą mruczenia kocich pokoleń, tych, które już przetoczyły się przez moje życie.

Może mój ludzki głos otacza mgławica kocich mruczeń, z kocią nonszalancją krążących na granicach żyć i śmierci.

Anatomia kariery

Do naszego gabinetu poczta przychodziła dwa razy w tygodniu. Z reguły były to: rachunki (na chuj z nimi), holoulotki (diabli nadali to ustrojstwo) albo pogróżki dla Neurina, jeśli jakaś matka odkryła tatuaż, który pociecha strzeliła sobie u niego, udając, że ma powyżej osiemnastu lat.

Ale tego dnia listonosz przyniósł przesyłkę do mnie. Stary robot pocztowy, który braki smaru w złączach nadrabiał sowicie alkoholem, zapukał do drzwi naszego gabinetu i wręczył mi paczuszkę.

– Pan pokwituje, panie Enneries – zaburczały trybiki, udające dźwięk mowy.

Totalnie zgłupiałem.

Nie chodzi o to, że zapomniałem, jak się podpisywać przy tradycyjnych listach. Ostatni list, jaki dostałem to ten, w którym Dyrekcja Astrouniwersytetu informuje moją matkę, że albo się ogarnę, albo moja rodzina zostanie zmuszona do zapłaty kary w wysokości… i tu leciała jakaś niebotyczna liczba astrodolarów, taka na dwie lub trzy linijki, bo na tyle szanowna Dyrekcja wyceniła sobie kłopoty z moją osobistością.

– No, otwórz ten list – łysy łeb Neurina wepchnął się między mnie a przesyłkę, gdy tylko robot poszedł – Może to kobieta?

Wynajmowaliśmy razem z Neurinem gabinet od wielu lat – ja, weterynarz kosmicznych kreatur, i on, tatuażysta kosmicznych kreatur. Do różnych jego dziwactw zdołałem się przyzwyczaić. Wiedziałem, że jego nerwy mają konsystencję galarety i wpada w panikę średnio co 3,5 sekundy. Wiedziałem, że zbiera uranogranaty w naszym gabinecie, a gdy nikt nie widzi: dzwoni do matki i opowiada jej o swojej karierze prawnika. Mało tego – raz nawet przearanżowaliśmy na łeb, na szyję nasz gabinet na prawniczą kancelarię, gdy szanowna madre postanowiła nas osobiście odwiedzić. Mieliśmy co prawda lekki problem, gdy maman dogrzebała się do tatuatorskich maszynek Neurina i moich serc szeklożuczków w formalinie, ale wykpiliśmy się tajemnicą śledztwa.

Ale poza tym wszystkim, Neurin był okropnym plotkarzem, a to już czasem ciężko szło mi zdzierżyć.

Szczególnie w takich chwilach, jak ta.

– Czy ty znasz taki kontrowersyjny termin jak tajemnica korespondencji? – zezłościłem się, ale wewnętrzny panikarz Neurina był zbyt zajęty lekturą.

– To z jakiejś szkoły? – mruknął, a ja odskoczyłem i zabrałem list sprzed jego nosa – Dogrzebali się, że razem podrobiliśmy Twój dyplom?

Kurwica mnie strzeliła i zalała całego.

– Nie podrobiliśmy mojego dyplomu, Neurin – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. W zasadzie to zmieniliśmy tylko „nie dopuszczony” na „dopuszczony”, czy to jednak warto toczyć aferę o trzy znaki?

– Ale jakaś szkoła do ciebie pisze – Neurin przezornie przesunął się w stronę swojego stanowiska – To co oni mogą chcieć innego?

Usiadłem za swoim biurkiem, lekceważąc parę wodnistych oczu, które śledziły mnie z psią wiernością i spojrzałem raz jeszcze na elektroniczny arkusz.

Przeczytałem to, co tam do mnie napisano.

Literka po literce, znak po znaku.

A potem zrozumiałem, że muszę się napić.

Poszedłem na zaplecze i wygrzebałem ostatnie piwo z lodówki. Kopie jak stąd do gwiazd, głosił szumny napis na etykiecie, a ja pożałowałem swoich wyborów. Do kurwy, mogłem zostać kolesiem, który pisze denne teksty na butelkach piwa i mój świat z pewnością byłby lepszy.

Ale nie był.

Ja zostałem kosmicznym weterynarzem i jak zawsze ściągnęło to na mnie nieszczęście.

– Jakie to miłe z ich strony – Neurin rozpromieniał się właśnie nad moim listem, gdy wróciłem – Uważam, że powinieneś być zachwycony.

Miałem nadzieję, że moja kwaśna mina wyraża coś zupełnie innego.

Poprosili mnie o poprowadzenie zajęć z weterynarii dla młodzieży najbogatszego gwiezdnego liceum.

To musiało się skończyć katastrofą.

***

To nie jest tak, że ja nie lubię szkół. Albo, że nie lubię młodzieży. Po prostu zęby mi w drugą stronę rosną od obcowania z przestarzałymi, zatwardziałymi organizacjami, których jedynym orężem jest hierarchia. A kociej mordy dostawałem od przebywania w towarzystwie nabuzowanej hormonami dziczy, której jedynym celem jest napić się astrowódki tak, żeby matka nie widziała.

No dobra, to jednak nie lubiłem szkół. I stanowczo nie cierpiałem młodzieży.

Do tego jeszcze drażnił mnie świat prestiżu, blichtru, modnych trendów i zasad, a autorytetom lubiłem udowadniać, że się mylą. Moja matka mogła twierdzić, że szkoła chciała mnie wywalić w deszczu zapłaconych pieniędzy, bo byłem leniem i nieukiem, ale ja doskonale pamiętałem każdą ciętą ripostę, jaką raczyłem swoich profesorów – starych dziadów we frakach, którzy ostatni raz oglądali na własne oczy zwierzę, gdy ich kot zeszczał się im na dywan i nigdzie nie było pokojówki.

Podsumowując, najbogatsze gwiezdne liceum brzmiało jak ostatnie miejsce, w którym chciałbym się znaleźć.

Gdy przyszedł ten nieszczęsny dzień, wyruszyłem z gabinetu zakutany w garnitur jak ostatni idiota. Poprzedniego wieczora próbowaliśmy namierzyć z Neurinem ten idealny strój na tę pieprzoną okazję, ale pokłóciliśmy się przy ocenie mojego ulubionego T-shirtu.

Ja twierdziłem, że będzie idealny, Neurin z wprawą stylistki dowodził, że zrobię z siebie jeszcze większego durnia, o ile to w ogóle możliwe. Nie rozumiałem jego uwag. Koszulka była solidna, miała nadruk z kotem, który ujeżdżał jednorożca na kręcącej się pizzy i ja nie miałem jej nic do zarzucenia.

Ale stchórzyłem ostatecznie i wziąłem garnitur.

Już w astrobusie ludzie patrzyli się na mnie jak na ważnego człowieka – a raczej, lustrowali takim wzrokiem mój garnitur. Miny pełne szacunku gasły, gdy ich wzrok zatrzymywał się na mojej twarzy. Pierwsze „dzień dobry” usłyszałem już na drodze do liceum – a kiedy winda wywiozła mnie wysoko do przeszklonego gmachu, na jego korytarzu czekało już na mnie trzech starych dziadów.

O, przepraszam, trzech szacownych nauczycieli.

– Czy pan Enneries? – zagadnął jeden z nich, zerkający krzywo zza najmodniejszych astrokularów.

– We własnej osobie – potwierdziłem i podałem rękę dziadydze, a reszta jego koleżków przyjrzała mi się znacząco.

– Mamy nadzieję, że zdaje sobie pan sprawę, gdzie pan został zaproszony – dziad uścisnął mi dłoń z wahaniem, a grymas wygiął jego starcze usta.

– Mam nadzieję, że zdają sobie państwo sprawę, kto został zaproszony – wypaliłem, jakby mój język ułożył się w słowa szybciej od moich myśli.

Zanim dotarłem do klasy, już byliśmy wrogami.

***

Spóźniłem się na te zajęcia o 1,5 minuty. Mówię o tym, bo uczniowie od progu powitali mnie tym wyrzutem – 1,5 minuty oddzieliło ich przecież od ich kariery i świetlanej ścieżki rozwoju, to 1,5 minuty w tyle za konkurencją, świat nie spał przez te 1,5 minuty.

Nie zesrajcie się z tymi minutami, miałem ochotę im odpowiedzieć.

Zamiast tego jednak powiedziałem:

– Dzień dobry.

Przed sobą miałem trzydziestkę z pewnością najbardziej zblazowanych stworzeń, jakie spotkałem w swoim życiu. Rozpoznawałem te typy bez wahania. Na ostatnich ławkach: cheerleaderki i chłopaki ze szkolnej drużyny, otoczeni wyziewami swoich nastoletnich hormonów. Na pierwszych ławkach: mściwe kujony, gotowe zabić, by nie pożyczyć notatek. W środkowych ławkach: wzgardliwe nerdy, chowające się w swoich klikach przed całym światem.

Wszyscy różni, ale połączeni najnowocześniejszym wnętrzem klasy, najmodniejszymi gadżetami i wyrachowaniem w nastoletnich oczach.

– Na dzisiejszych zajęciach chciałbym wam opowiedzieć o bogactwie gatunków w naszej galaktyce – zacząłem zajęcia, nagle jednak podniosła się wrzawa.

– Nie obchodzą nas gatunki w galaktyce – rzuciła sztunia z kategorii: dziewczyna kapitana drużyny – Wiadomo, że i tak za dwadzieścia lat to wszystko przestanie istnieć, poprosimy o temat istotny dla naszej kariery.

– My tu musimy mieć same piątki – dodał chłopak, który z pewnością prowadził sportową drużynę – Pan rozumie, prestiż i dobre oceny, nie po to moja stara płaci za tę szkołę.

– No dobrze, w takim zajmijmy się ludźmi, którym udało się zrobić coś niebywałego – nadal siliłem się na spokój – Odkrywcy pulsaromotyli.

– Kogo tam obchodzi odkrywanie jakichś bzdur – rzucił chłopaczek z kategorii: mściwe kujony – Zajmijmy się czymś perspektywicznym dla naszej kariery.

– Piątki i prestiż, panie weterynarz – przypomniał drużynowy mięśniak.

Zacisnąłem zęby i sięgnąłem do torby żałując, że nie podpieprzyłem Neurinowi kilku uranogranatów.

– W porządku, w takim razie praktyka. Praktyka zawsze jest perspektywiczna – wyciągnąłem z torby słów z formaliną – Rozbiór serca meteorożca, czy ktoś odważy się zacząć?

Otworzyłem słój i wyciągnąłem potężny mięsień, a klasa spojrzała na mnie z obrzydzeniem.

– Babranie się w bebechach? – wyraził swoją wątpliwość jeden ze wzgardliwych nerdów – To…

– … nie jest zajęcie zgodne z profilem waszej kariery? – przerwałem mu, a moje myśli oddały walkowerem władzę dla języka. – To ja wam coś powiem, moi drodzy, coś być może wywrotowego:  wiecie, że żaden pracodawca w galaktyce nie będzie zwracał uwagi na wasze piątki, a światu trzeba innych rzeczy niż waszej bufonowatej kariery?

I wtedy rozpętało się piekło.

***  

Okrężną drogą wracałem do naszego gabinetu, lekceważąc spojrzenia ludzi w astrobusie. Zazdrościłem szczerze spokoju dla serca meteorożca, a widok galaktyk za szybami pojazdu napełniał moje myśli eskapistycznym pierdoleniem.

Gdy wróciłem do naszego gabinetu, Neurin wypuścił z rąk maszynkę na mój widok. Umknąłem od razu na zaplecze, nie chcąc mu płoszyć klienta, ale dopadł mnie, zanim zdążyłem zdjąć krawat.

– Poszedłeś prowadzić lekcję czy napierdalać się z połową szkoły? – rzucił z ekscytacją strachliwego plotkarza, a ja spochmurniałem.

– A na co ci to wygląda?

Neurin zmierzył wodnistymi oczami moją obitą gębę, siniaki wokoło oczu i rozdarty garnitur, na którego kołnierzu odcisnęła się krwawy ślad szczęki.

– Zarywałeś do laski kapitana drużyny? – zakpił, a ja pokręciłem głową.

– Gorzej – odparłem – Próbowałem im uświadomić, jakie to wszystko ma znaczenie.

Neurin przejął się absolutnie. Wyciągnął z lodówki piwo, którego zapasy musiał uzupełnić, przyłożył mi najpierw puszkę do najbardziej obitych partii gęby, a potem wetknął mi ją do ręki.

Zaniepokoiłem się, gdy ją otworzył i zaczął mówić.

– Na luzie, stary. Kolejnym razem ja pójdę, przebiorę się za ciebie, zrobię im parę dziarek i nikt nie będzie narzekał – spojrzałem na niego zdziwiony, bo mój koleżka rzadko kiedy wypowiadał tak złożone zdania. – Nawet mogę założyć tę twoją koszulkę, najgorzej tylko będzie z włosami, ale ja już…

Chłód podejrzenia objął mnie szponowatą ręką.

– Neurin, czy ty coś wiesz?

Wodniste oczy wbiły spojrzenie w ziemię.

– No… bo… zanim ty zdążyłeś wrócić, to już przyszło pięć kolejnych szybkobieżnych listów.

Puszka piwa wypadła mi z dłoni. Ale nie zwróciłem uwagi ani na denny napis, ani na żółtą, cieknącą po podłodze strudze.

– W jednym dyrektor szkoły gratuluje Ci sprowokowania młodzieży do rozważań – wymamrotał Neurin – Napisał ci tam, że młodzież nigdy jeszcze nie była taka pobudzona, a kontakt z ryzykownych ideami sprawił, że tym bardziej zrozumieli wagę…

– … piątek i kariery? – skończyłem ponuro, a Neurin spojrzał na mnie zaskoczony.

– Kolejne cztery to zaproszenia z innych szkół na lekcje.

Na dzień dobry

Nazywam się Sylwia i dorosłam do siebie.

Paradoksalnie znaczy to, że sięgnęłam po złote gwiazdki i bordowe plamy akwarelowych chmur, a swoje misterne fantazje wypuściłam z szuflady.

Tak, pisałam od zawsze.

Tak, mówię o tym dopiero teraz.

Dorosłam do sukni księżniczki z kosmicznej galaktyki, do cyrkla i linijki konstruktorki magicznego miasta, do zamyślonego uśmiechu nostalgicznej duszy. To taki moment, kiedy czuję się jak te dwie połówki mitycznej pomarańczy, które trafiają na siebie – tylko one wszystkie są we mnie, a tak poza tym, to w zasadzie jest ich trzy: ta nostalgiczna, ta magiczna i ta galaktyczna. A ponieważ ja kocham rytm słów i rytm zdań, to nawet te trzy przymiotniki muszą być w jednym rytmie – skoro zaś coś jest w jednym rytmie, to wiadomo, że to prawda 😀

Swój pierwszy tekst napisałam, jak miałam osiem lat. Nie pamiętam, o czym był. Pamiętam, w czym go napisałam i to w zasadzie głupie, jakby materia liczyła się bardziej od ducha, a narzędzie od dzieła.

Ale materię i dzieło pamiętam.

Był to zeszycik w dwie linie, granatowe i porządne, w kropy na okładce, które już wtedy na moje ośmioletnie oko wydawały mi się szpetne. Napisałam tam powieść na CAŁE CZTERY STRONY i pewna byłam – taką ośmioletnią pewnością siebie – że skasuję za to Nobla, niech no tylko rodzice podeślą to do Norwegii.

Ale oni jednak nie podesłali i dlatego dzisiaj widzicie się na tej stronie z jeszcze-nie-sławną-pisarką.

Od tamtej pory pisałam prawie zawsze. Wymyślałam historie, zawsze fantastyczne – nawet jak sobie zakładałam, że: ej, realny tekst, to efekt wychodził jeszcze bardziej magiczny niż zwykle. Wiadomo, że najpiękniejsze auto jest w garażu u sąsiada, najgrzeczniejsze dziecko to nie moje własne, a najlepszy tekst to ten, którego nie zamierzałam napisać.

Swoje fantazje, wyobrażenia i światy zamykałam w szufladach, kryłam w dorosłościach, maskowałam poważnymi sprawami. Aż wreszcie przyszła pandemia i całą mnie schowała w szufladzie, a ponieważ ja jestem ruchem i włóczykijem, kocham się nosić po świecie, to był to czas zdecydowanie gorszy niż lepszy i mniej miły, niż miły, a w zasadzie: zupełnie niemiły i zły jak cholera.

Przysłowia jednak mówią, że nie ma tego złego, i ja się czasem z nich śmieję, czasem mam do nich żal o dystrybucję głupot, ale tym razem jednak klaszczę im brokatowe brawka, bo gdyby nie to złe, to nas by tutaj nie było.

W pandemii zaczęłam myśleć, że ej, może bezpiecznie byłoby znaleźć coś, co można robić nawet, jak zamkną pół kraju. A ponieważ najciemniej pod latarnią, to potrzebowałam trochę czasu, by dostrzec, że HALO, jest taka zakurzona pasja, nazywa się pisanie i w zasadzie to można robić, nie ruszając z domu dupska.

A potem trafiłam na Aleks.

O naszych początkach zawsze mówię tak: BOŻE, GDYBYM JA NIE KLIKNĘŁA. Post o Klubie Otwartej Szuflady wyświetlił mi się przypadkiem, któregoś lutowego wieczora, gdy oglądaliśmy z mężem Doktora Who pod kołderką z naszych trzech kotów (uwaga dla fandomu: sezon z Capaldim, najbardziej groźny moim zdaniem doktor, choć #teamtennantforever). Kliknęłam tego posta, przeczytałam, że jest jakiś kurs i ja – mistrzyni rozkmin, planowania, szacowania, liczenia jak kot przed skokiem – pomyślałam w 1,5 sekundy: AAA, PÓJDĘ, a w kolejne 2 sekundy się zapisałam.

Kiedy piszę te słowa, jest już wiele miesięcy potem, ja rozsiadłam się wśród zakręconych pisarskich dusz, odwiedzam warsztaty i mam swoją watahę wrażliwców, dziwaków i rozkosznie zaskakujących twórczyń, sióstr w pisaniu, które czasem znają mniej lepiej niż ja (a na pewno: lepiej niż mój wewnętrzny krytyk).

Tak, to babska wataha wyciągnęła mnie za uszy z mojej szuflady.

***

Dlatego teraz czuję, że wreszcie dojrzałam do siebie. Do tego szalonego, żywego umysłu, który tak, jak ciało, kocha się nosić po światach.

I dlatego chcę Was tu częstować brokatem, śmietanką i wiśniami z tortu wszystkich moich fantastycznych światów.

Cieszę się, że tu jesteście.

Obiecuję, że będzie pysznie!

Przypadek Czesi Pazurek

To będzie proste, powiedzieli mi kiedyś, najtrudniej to tylko sprowadzić pannę młodą do piwnicy.

Wpadłam na wesele jak zawsze mocno spóźniona. Eliksiry zdrady, detektory podłości, odczynniki kłamstwa i mierniki przyrodzenia swoje ważyły, dość ciężko ukrywało się je w koktajlowej torebce albo za stanikiem. Zza cekinowego brzegu mojej sukienki i tak zresztą wystawała rurka do testera jakości nasienia, ale w pewnej chwili przestałam się nią przejmować.

To cudeńko wyglądało zupełnie jak złoty e-papieros, a ja zawsze lubiłam uchodzić za ekstrawagancką i bogatą.

No więc, wpadam na wesele. Mam cekinową sukienkę, złote buty, burzę loków i burzę w sercu, bo ja niczego się nie boję. Aj, ta wariatka, mówili o mnie, aj, Czesia Pazurek, jak wjedzie, to poziom testosteronu spada poniżej zera – a ja zawsze wtedy mówiłam: pierdolicie, kochaneczki, pierdolicie i nie chodzi mi o to, co robiliście wczoraj pod kołderką.

Na weselu rypie już muzyka. Kapela rzępoli smętne disco polo, laska za mikrofonem ma taką minę jak ja na szkolnej akademii, ale niestety nie śpiewa o opłotkach i kransoludkach. Koleś napieprza w klawisze z gracją drwala rąbiącego las sekwoi, a typ od gitary gra tak, jakby zamiast gitary macał kogoś po cyckach.

Wnioskując po płynności melodii, nie są to zbyt równe cycki.

Zdejmuję wysadzane brylantami okulary i rozglądam się. Na lewo – typ z cyklu: wuja Marian, wąs, łysina i morze obleśnych żartów za pazuchą. Obok niego – ciocia Grażyna, albo inna Wiesława, a może nawet Gienia. Na głowie ma fryzurę inspirowaną wdziękiem kalafiora, na twarzy resztki podkładu pierwszy raz w tym wieku, a garsonka zaraz po weselu powędruje niechybnie na półkę z oznaczeniem: użyć drugi raz w dniu pogrzebu. Dzieciaki biegają chmarą, młodziki łypią póki co po kątach, a jedna, pucołowata dziewczynka z różowymi gumkami bezczelnie leje wódkę do kubeczka z sokiem, ozdobioną słomeczką z różowawym misiem.

Znam ja ich wszystkich zbyt dobrze.

Pannę młodą dostrzegam na końcu, odgrodzoną chmarą ludzi. Podbiegam do niej, dziewczyna ma grzywkę, ciemne włosy i jest mocno przestraszona. Odciągam ją na bok, udaję przyjaciółkę, ona w smutnym umpa-umpa muzyki nie umie mi odmówić.

A kiedy lądujemy w kiblu w piwnicy, zaśmiewając się jak dwie przyjaciółki – choć tylko jedna z nas naprawdę rechocze – mówię dziewczynie, o co tu chodzi naprawdę.

– Muszę tam wejść w Twojej sukni. Odebrałam cynk, że dzieją się tutaj złe rzeczy.

***

Ile czasu zajmuje mi przekonanie dziewczyny? Za długo. Laska opiera się, ale kibel ma metr na metr i to ja stoję bliżej wyjścia. Wychodzę po długiej chwili, eliksir zmiennokształtu już się odpalił, więc mam grzywkę i ciemne włosy. Wpadam na salę w sam środek rejwachu, licząc, że goła panna młoda nie ucieknie z kabiny w akcie desperacji.

Za pończochą mam detektor podłości. Jak perfumę rozpyliłam sobie eliksiry na zdradę. Odczynniki kłamstwa tkwią mi za stanikiem, a miernik przyrodzenia udaje, że jest bransoletką.

Dość długą bransoletką, bo musi mieć skalę na najróżniejsze przypadki.

Tanecznym krokiem mijam wuja Mariana i wszystkie inne ciotki. Dopadam pana młodego – wygolony typo o wodnistych oczach patrzy się na mnie zaskoczony, a ja klnę sama na siebie w myślach. Gdzie z tymi zębiskami, gdzie z tym uśmiechem, gdzie z tą brawurą myślę sobie – ta panna młoda była cicha jak myszka.

No więc ja też jestem cicha jak myszka. Łypię spod grzywki, ruszam do tańca, a moje skarby cichutko pracują.

Eliksiry pylą się i widzę, jak w moim pierścionku zmienia się kolor oczka. Detektor napieprza mi wciąż za udem, tak mocno, że boję się o jego burczenie. Odczynniki kłamstwa robią się ciepłe, a miernik przyrodzenia – no tym razem nie jest mi zupełnie potrzebny.

– Skąd masz taką piękną biżuterię? – sapie mi do ucha pan młody, a ja widzę, jak łypie nad moją głową na inne panienki, szczególnie: na jedną rudą w kusej, czerwonej sukience.

– Wujek mi dał.

– Jaki wujek?

– Przecież wiesz, jaki wujek. Tylko jeden wujek może mi dać taką… taką… no taka długą biżuterię – kluczę i rumienię się, bo ta panna młoda nigdy w życiu nie powiedziałaby: biżuterię w kształcie potężnego chuja.

– Niezły wariat ten wujek Marian – rechocze pan młody, a wtedy moje mierniki kończą swoją pracę.

I ja już wszystko wiem.

***

– Nie panikuj – mówię potem do nieśmiałej dziewczyny, gdy ona już odzyskała swoją suknię, a ja wbiłam się na nowo w cekinowe szmatki – Ja jestem Czesia Pazurek, ze mną nie zginiesz. Jestem Wykrywaczką Łobuzów i Tropicielką Męskiej Szumowiny.

Dziewczyna gapi się na mnie spod grzywki, jakbym zesrała się złotem, które od razu zmieniło się w jednorożca i zaczęło płynnie mówić po angielsku.

– Ale mój misio… – szepcze naiwnie, a ja kiwam głową ze zrozumieniem.

Ach, te misie. Te pieprzone, zasrane niedźwiedzie, których morale jest płaskie jak skóra zwierzaka, rozlozona przed telewizorem.

Zza uda wyciągam malutki paragon z kartami pomiaru i zaczynam tłumaczyć dziewczynie parametry.

A potem jest tak, jak zawsze: trochę krzyku, trochę płaczu, trochę wspomnień, aż wreszcie panna młoda siada pod ścianą wśród swoich falban jak zżarta i wypluta beza, a łzy zaczynają płynąć i rzeźbić wąwozy w jej makijażu.

Zawsze jest mi ich szkoda w tej chwili, ale do jasnej anielki, nie po to zostałam Wykrywaczką Łobuzów, by skazywać kobiety na draństwa męskiej szumowiny. Siadam obok niej. Ze stanika wyciągam piersiówkę i żelki. Łoimy wódkę, która ma smak misia haribo, a z góry dochodzą nas śpiewacze jęki. Zaczyna mi mówić o Kaśce spod piątki, o późnych powrotach, o zużytej gumce, którą raz czy dwa znalazła na tyle samochodu, o wieczorach, w których nie znaleźli żadnego tematu i urlopach, które dla niej bliższe były udręki. Mówi o matce, która wspominała o jej weselu odkąd skończyła podstawówkę, o ojcu, który od matury odlicza, aż się zjawią wnuki, o całej wsi z wujem Marianem na czele, która zawsze łapie ją za brzuch, gdy tylko się pojawi, a ja wciąż kiwam głową ze zrozumieniem.

– I co ja mam teraz zrobić? – mówi mi na koniec – Mówili mi, że łobuz to kocha najbardziej – mruczy, a ja ze schowka pod zlewem wyciągam same niezbędne teraz rzeczy.

Gaśnicę, wiadro pomyj i ogromną siekierę.

– Myślę, że teraz, na tym weselu, to ty moja droga, powinnaś zostać największym łobuzem.

 Po siekierę i wiadro pomyj sięga jeszcze jak cicha myszka. Ale gdy razem wychodzimy na schody, mam obok siebie najdzikszą szczurzycę.

Kartografka Nieistniejących Oceanów

Poznałam Nieistniejące Oceany tak dobrze, że zapomniałam, czym jest dobrze znany ląd. Gdy dzień otwierał podwoje nad moją pracownią, ja otwierałam swoje mapy. Gdy noc rozsypywała gwiazdy na czarnym obrusie nieba, ja składałam swoje lśniące cuda i zapadałam w sen, który mijał szybko jak błyskawica. Byle do rana, byle do świtu, byle do momentu, gdy mapa Nieistniejących Oceanów otworzy się po raz kolejny.

A kiedy chciałam na własne oko zmierzyć się z tajemnicą, wyciągałam z piwnicy łódź i wypływałam na Ocean.

Nie umiem powiedzieć, czy to lubię – bo to tak, jakby lubić albo nie lubić oddech, krążenie krwi czy bicie własnego serca. Ja spędzałam miriady chwil i nieprzebrane ułamki sekund w swojej pracowni, na szczycie latarni, która snopem światła oświetlała fale Oceanu. A Nieobecni tam byli – jeszcze nie urodzeni i jeszcze nie stworzeni, nie czekali na mnie, ani na nikogo, ale gdy wypływałam między fale, śpiewali mi swoje pieśni.

Moje mapy nie były zwykłymi mapami, moje kompasy czy lunety nic wspólnego nie miały z marynarskimi sprzętami, a Ocean wokoło mnie tylko pozornie utkany był z wody. Wiedziałam o tym, czułam to, oddychałam tym – ale dopiero, gdy w małej łupinie wypływałam między oceaniczne fale, każda komórka w moim ciele przypominała mi, kim ja jestem i co się kryje w falach.

Ja byłam Kartografką Nieistniejących Oceanów.

Ocean był przestworem przyszłych chwil.

Wśród białogrzbietych fal wyłapywałam szumy przyszłości, łowiłam cuda niedokonanych czasów i w głębokich toniach widziałam to, co jeszcze szykowały krótkie chwile albo długie wieki. Mój kompas wyznaczał mi kierunek, moje koło sternicze kilkoma zamachami wyprawiało mnie w drogę, a moje mapy czuwały nade mną jak czułe przyjaciółki, przekazane przez pokolenia poprzednich Kartografek. A potem wracałam do swojej latarni, brałam w dłoń papier, ołówek i linijkę, wszystkie trybiki mechanizmów mojego kartograficznego świata i pływy przyszłości układałam na mapach tak, jak pisarz kreśli swoje słowa.

Tak było do momentu, w którym napotkałam Wyspę.

***

Czy spodziewałam się tego? Nie. Czy liczyłam na to? Nigdy. Czy jakakolwiek fala zdradziła mi jej istnienie? Wszystkie milczały.

Ale już tego dnia, gdy wyciągałam z piwnicy łódkę, mrużąc od słońca oczy, podskórnie czułam, że coś będzie nie tak.

Wsiadłam jednak do łodzi. Moja dłoń dotknęła kompasu i koła, moje oczy popieściły mapy. Ruszyłam przez spokojne jak nigdy fale, czując, że pruję przez płaszczyznę swojego królestwa, opisanego przez pokolenia Kartografek. Będę pamiętała już zawsze biel grzbietów, turkus zawirowań i słony smak wody – te wszystkie cuda, które towarzyszyły tego dnia moim pewnym siebie myślom.

A potem – zobaczyłam Wyspę.

Najpierw nie dowierzałam, że to ona. Daleko na horyzoncie zobaczyłam przecież tylko szary ślad, lekkie muśnięcie, wznoszące się nad fale, nic szczególnego i nic niezwykłego. Moje mapy milczały, moje mapy w tym miejscu wskazywały ogrom wody i pusty czas, a ja im przecież zwykłam ufać najbardziej.

Ale ona tam była.

Zobaczyłam ją, gdy podpłynęłam bliżej – skalny ząb wyrastający z lekko falującej tafli oceanu, twardy kamień rozdzierający suknię wody, tak brutalny i namacalny, że nic innego to być nie mogło. Złapałam za mapy i kompas, wstrzymałam sternicze koło, a pustki Oceanu nagle zakrzyczały do mnie najstraszliwszym śpiewem.

Ale to śpiewało tylko w mojej głowie, bo dzisiaj nie było tu Nieobecnych. W mojej głowy coś zawyło i zapłakało, a serce roztrzaskało mi się na kawałki tak drobne, jak skalny pył na plaży.

W tym miejscu nie mogło być Wyspy.

***

Nie wierzyłam w nią nawet, gdy postawiłam stopy na rozgrzanym kamieniu, a mięśnie tępo bolały od wspinaczki przez skały. Nie wierzyłam, gdy krążyłam po ścieżkach między czarnymi zwałami kamienia, które piętrzyły się jak zrzucone skóry przedwiecznych bestii. Nie wierzyłam, gdy przysiadłam na rozgrzanym głazie i gdy moje łzy pociekły na jego chropowatą powierzchnię.

Mapy, które zostały w łodzi, nagle wydały mi się zdrajcami, kompas najgorszym kłamcą, a pokolenia Kartografek – podstępnymi widmami, których pazury wyrysowały mi klęskę.

Wszystko mi mówiło, że tu jest pustka i przestwór, że tu fale tańczą z wiatrem i nie rośnie żadna wyspa.

A ona jednak tu była i to jej głazy oddawały mi teraz swoje ciepło, przyjmując w zamian łzy płynące z serca potrzaskanego świata.

I nawet promienie słońca, które hojnie rozlewało swoje blaski, nie mogło ugasić tych łez.

***

Tego samego wieczora przed latarnią rozpaliłam potężne ognisko. Nie żałowałam drewna na zimę, bo żadnej zimy nie miało już przecież być. Płomień rozgorzał jak dziki, przyćmił sobą latarnię i wszystkie kolory zachodzącego słońca, które rozlewało złoto i krew na roztańczone fale.

Jedną ręką wrzuciłam do ognia kompas i słuchałam, jak trzaska kruche szkiełko.

Drugą ręką wrzuciłam do ognia mapy i patrzyłam, jak żarłoczny pysk ognia pożera czuły papier pełen rysowanych przez pokolenia ścieżek.

A potem wzięłam swoją łódź – ja, Kartografka, ja, zaklinająca pływy przyszłości w rozrysowanych planach i popłynęłam przed siebie.

W przestwór nocy, fal i oceanu.

A mojej drogi po raz pierwszy nie wyznaczał żaden plan ani żadna mapa.