Ostatni na ziemi

Nie czuj presji.

Nie czuj presji.

NIE-CZUJ-ŻADNEJ-PRESJI.

Ale czy można nie czuć presji w moim położeniu? W moim opłakanym, przekichanym, zaplutym położeniu, a raczej – w moim locie, w moim pędzie, w moim szybowaniu do ziemi?

Nazywam się Żorżo, strach mnie rypie na przełaj i właśnie spadam z macierzystego drzewa.

Jestem ostatnim żołędziem na ziemi.

***

Jak to się stało? Nie wiem. Gdy byłem małym żołądkiem, gałęzie mruczały mi do snu, że kiedyś było nas więcej. Ach, te żołędzie – szumiały liście między sobą, gdy chlorofil uderzał im do głowy – w sześćdziesiątym siódmym żołędzie takiego guza nabiły kotu, że wyglądał jakby miał trzy łby!

Ale to nie był sześćdziesiąty siódmy.

Był dwa tysiące sto siedemnasty i populacja żołędzia wynosiła jeden. Słownie jeden. Dosłownie – ja.

Myślałem, że umrę, gdy wreszcie rypnąłem o ziemię, a moja szypułka zaryła w glebę. Co robić, kurwa, co robić, jak to właściwie leciało, próbowałem pozbierać myśli, gdy ziemisty zapach wbijał mi się w żołędziowe zmysły.

Musisz wypuścić z siebie kiełek do ziemi, podszepnął rozsądek.

ALEJAKTOOOO, zawyła panika.

A potem mnie kopnęli.

***

Jak mnie kopnęli? Boleśnie mnie kopnęli! Bezczelnie mnie kopnęli! Poleciałem przed siebie, tracąc resztki orientacji. Pęd! Szybkość! Turlanie! Świat zlany w jedno! I jak ja tu mam pracować, piszczała panika, jak mam się rozmnażać, OMATKOMATKO RÓD ŻOŁĘDZI WYMRZE!

Zatrzymałem się wreszcie.

Odetchnąłem z ulgą.

Teraz, Żorżo, będziemy się rozmnażać.

Teraz…

OKUUURWA!

Ja przecież zatrzymałem się na ulicy!

Jeden dziki pojazd myknął tuż obok mnie. Podmuch zerwał się okrutny. Cisnął mnie na drugą stronę asfaltu. I wziuuum, drugi pojazd wyrwał obok, a ja dawaaaj, znowu przed siebie. I raz! I drugi! I kolejny! I ryk, i światła, i chaos, jak w brzuchu bestii, niech ktoś wyłączy te…

Po pierwszych dwóch sekundach bez szumów i światła zrozumiałem, że zatrzymałem się w jakiś dziwny sposób.

W trzeciej sekundzie ktoś podniósł mnie z ziemi.

***

To człowiek! Wziął mnie do ręki, zacisnął mnie w dłoni, w mokrej, obleśnej dłoni i gdzieś powlókł! Ciemność mnie ogarnęła, ciemność i ludzkie ciepło, a panika zaczęła wyć jak syrena. COONZROBI, COONZROBI, jak ja wypuszczę te przeklęte nasionko do ziemi?

Nie wiem, ile szliśmy, ale dźwięki zmieniały się bez ustanku. Najpierw był szum uliczny, potem szum głosów, a potem podejrzana cisza, przetykana tylko szuraniem kroków. I nagle zgrzyt, znowu kroki i uścisk zwalnia, a ja zamiast ludzkiego ciepła poczułem słoneczko.

No pięknie, kurwa. Tak blisko, a tak daleko.

Położyli mnie na parapecie, w otwartym oknie, obok kilku spętanych doniczką kwiatków i tłustego, czarniawego kota.

– Te, kot – spróbowałem nieustraszenie, jak na ostatniego w rodzie przystało. – Ej, kocur, jest sprawa. Weź mnie w pysk i wsadź do ziemi.

– Miau? – Pysk wykrzywił się w fałszywym dźwięku, a mnie zżera cholera.

– Stary, ja nie jestem człowiekiem, ja wiem, że wy umiecie rozmawiać – rzuciłem do niego, a kot skrzywił pysk i pogardliwie prychnął.

– Ja nie jestem człowiekiem – mruknął wyniośle, oblizując się po nosie – a ty rzucasz mi tu starymi jak byle plebejusz. Całuj psa w nos.

Podniósł się i zeskoczył z parapetu, a razem z nim zeskoczyła moja nadzieja.

– Mruczunia, ty cholerniku, znowu spałeś wśród kwiatów? – Krzykliwy głos rozległ się nagle z dalszej części domu. – Jak tylko mi któregoś zwalisz, to popamiętasz!

Do pokoju weszła młoda kobieta, a w kota ani chybi wszedł diabeł. Wystarczyło, by Mruczunia usłyszał zakaz – i hyc, już wskoczył na okno, i szuuuurrr, zamachał ogonem, i siuuuup, kwiatek poleciał za okno. A kto poleciał razem z nimi? Ja poleciałem, proszę państwa, ja, żołądź Żorżo, największy farciarz w spieprzonej historii zwanej moim życiem.

Gdy ląduję na glebie, czuję się jak zwycięzca.

Ni chuj mnie stąd już nie ruszycie.

A potem nagle powraca to niemiłe, niewygodne pytanie.

Co ja mam zrobić, żeby ten cholerny kiełek ze mnie wylazł?

ŁEŁOŁEŁOPANIKA.

Czy mam jakoś otworzyć szypułkę? Czy mam się rozpęknąć na jedną i drugą połowę? A może muszę się kręcić? Może powinienem temu kiełkowi śpiewać? Może trzeba rozpocząć rozmowę? Może są jakieś teorie, nauki, porady, którymi stare żołędzie – z tych czasów, w których były stare żołędzie – dzieliły się między sobą? Ale ze mną się nikt nie podzieli, bo ja przecież byłem ostaaaaat…

– No siema, nowy. – Obcy głos podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. To biały rumianek nachylił się w moją stronę, a jego oko zalśniło żółcią jak słońce.

– Nie taki nowy – burknąłem. – Jestem tak stary, jak pokolenia, które były przede mną.

– Niech zgadnę – żółty pysk rumianka uśmiechnął się tajemniczo. – Musisz wypuścić z siebie kiełka?

Spojrzałem na niego, jakby był aniołem.

– Ty wiesz, jak to się robi? – zapytałem zdziwiony, a on zachwiał się lekko na wietrze jak poeta.

– Niektórych rzeczy się nie robi – mruknął, a ja wywaliłbym na niego oczy, gdybym tylko miał parę na stanie.

Tyle wysiłku, tyle zachodu, tyle walki o życie, łapiących dzieci, pieprzniętych kotów i pędu, pędu, pędu – po to, by jakiś pajac mi teraz mówił, że czegoś się NIE ROBI? Dookoła nas rosło w cholerę innych rumianków i może z perspektywy jego pyzatej gęby wyglądało to inaczej. Ale ja byłem ostatnim żołędziem na ziemi! Ja nosiłem w sobie nasionko! Ja miałem misję i zadanie!

– JAK TO SIĘ NIE ROBI? – ryknąłem tak mocno, jak mógł tylko ryknąć żołądź. – Ja muszę sprawić, by to coś we mnie wyrosło!

Żółte oko rumianka zakołysało się lekko.

– Niektórych rzeczy się nie robi – powtórzył. – Na niektóre rzeczy się czeka, aż Matka Natura zdziała swoje.

***

Sto osiemnaście lat później ja dalej pamiętałem te słowa. Choć ja już wtedy nie znaczyło: żołądź.

Ja sto osiemnaście lat później byłem potężnym dębem. Żołędzie sypały się ze mnie rok w rok jak śnieg na zimę, a moje dzieci porastały okolice tak daleko, jak mój drzewny wzrok sięgał.

Wszystkim tym żołędziom opowiadałem historię swojej parszywej drogi. Nawet sto osiemnaście lat nie wykorzeniło ze mnie gaduły.

Ale na koniec zostawiałem każdego z krzepiącą, uspokajającą myślą.

Niektórych rzeczy się nie robi. Na niektóre rzeczy się czeka, aż Matka Natura zdziała swoje.

O powieściach, podróżach i plikach Excela

powieści Sylwii Dec

Ostatnio pomyślałam sobie, że nudzi mnie elitaryzowanie sztuki i pisania.

To gadanie o ambitnej prozie. To przyklejanie łatek prostego czytadełka dla książek, które pobudzają emocje tysięcy ludzi i łatek wielkiego dzieła dla tych, które pobudzają trzech krytyków. To ocenianie tego, kto czyta i co czyta – z założeniem, że jeśli sięgasz ku tej konkretnej półce w księgarni to na pewno jesteś tym konkretnym człowiekiem.

Jakby okładki książek były pytaniami w tanim psychoteście.

A w te lato to znudzenie uderza mnie coraz bardziej.

To lato jest momentem, gdy pisanie i tworzenie czuję nie w ideach, tylko w materii.

Nie chcę rysować cienkim ołówkiem na delikatnym papierze. Może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę patrzeć, jak żywa krew przelewa się przez żywe mięśnie.

Chcę tworzyć historie, które wprawiają w ruch prawdziwe serce. 

*** 

W maju i w czerwcu zamieszkałam w pociągu. Nie kłamię, nie ściemniam. Jeden bilet kupowałam za resztę z poprzedniego i rozpoznawałam już konduktorów na linii Białystok-Warszawa.

Tournee rozpoczęłam w maju od wizyty na Roztoczu. Pod wodzą Pauliny Grzybowskiej pisałyśmy i malowałyśmy, tropiłyśmy leśne, roztoczańskie tajemnice. Wywiozłam stamtąd mnóstwo pięknych wspomnień i ciepłych słów, calutki zapisany sztambuszek i przekonanie, że zaszycie się w leśnej głuszy powinno być raz na jakiś czas przepisywane na receptę.

Na przełomie maja i czerwca także zalegałam w okolicy krzaka. Raz w tygodniu odwiedzałam warszawski Jazdów i warsztaty opowieści prowadzone przez Grupę 501. W małych fińskich domkach wśród wielkich drzew i pachnących krzewów tworzyliśmy swoje historie, budowaliśmy różne światy i uczyliśmy się, jak robić to jeszcze lepiej. A na koniec zaprosiliśmy gości i opowiedzieliśmy swoje historie na malutkiej, zaimprowizowanej scenie. Na tej scenie ja zostawiłam kawałek swojego serduszka, bo tam – mając przed sobą zasłuchanych ludzi – poczułam, że chcę iść w tym kierunku, że chcę opowiadać tak, by poruszać ludzi, by coś zostawiać w ich światach i sercach.

A potem jazda była jeszcze lepsza.

*** 

Czerwiec to Irlandia, Waterford u Adzika. Razem z Beatą zalęgłyśmy w adzikowym salonie. Za dnia buszowałyśmy w charity shopach, popołudniami schodziłyśmy na pisanie do kawiarni, a wieczorami lęgłyśmy się w domu, krążyłyśmy po kątach, pisałyśmy, czytałyśmy sobie to, co piszemy i gadałyśmy o wszystkich możliwych światach. W zeszłym roku to u Adzika właśnie kończyłam powieść o mieście Veira i o szczurołapie Mosie – w małej knajpce na wzgórzu, z widokiem na ocean, pisałam najbardziej emocjonujące fragmenty. 

W tym roku z Waterford przywiozłam kilkadziesiąt stron drugiego tomu przygód szczurołapa Mosy, które zaskoczyły nawet mnie jako ich autorkę. Do tego doszło kilka bibelotów z charity shopów, kilka ubrań i całe morze – emocji, inspiracji, pomysłów. Będę długo pamiętała nasze czytania, nasze rozmowy, ten moment, kiedy teksty z myśli wiły się w rzeczywistość, w namacalną opowieść, którą żywy człowiek tuż obok czyta.

A prosto z jednego końca Europy pognałam na drugi koniec – na Krąg Kobiet w podlaskiej Białowieży, organizowany przez Centrum Terapii Leśnej.

Tam z zupełnie nieznajomymi kobietami odkrywałyśmy działanie leśnych kąpieli, poznawałyśmy puszczę, gadałyśmy o życiu, o pasjach i o tym, o czym można gadać, mając prastary las za sąsiada. Jednego wieczora usiadłyśmy przy ognisku i słuchałyśmy świętojańskich opowieści. A drugiego wieczora przy ogniu dzieliłyśmy się swoimi historiami i druga połowa mojego serduszka ewidentnie została wśród płomieni. Gdy jeszcze było jasno, przeczytałam jedną z “Baśni o Przemianach” – na głos, wśród słuchaczek, zerkając na reakcje i zasłuchane twarze. A na dobranoc, gdy już kończyliśmy ognisko, opowiedziałam baśń, którą także opowiadałam na jazdowskiej scenie – araukaryjską legendę o dziewczynie z czaszką zamiast twarzy.

Opowiedziałam ją zupełnie inaczej, niż w Jazdowie – nie miałam światła, nie miałam sceny, nie było mnie prawie widać. Ale miałam ogień, miałam gwiazdy, prastary las – tak, jak w legendzie – rósł dookoła.

No i co tu dużo mówić – popłynęłam.

Mówię tak, bo dokładnie tak to czułam. Jakby ktoś zabrał z mojej głowy wewnętrznego krytyka, pieprzenie o tym, że to nie ma sensu, że to niepoważne, że to sama nędza. Nagle zrobiłam się tylko ja i słuchaczki, tylko ja i świat, kosmos dookoła, a w jego sercu – opowieść. Wchłonęły mnie rytmy, wchłonęły mnie intonacje, wchłonęło mnie rysowanie obrazów – a kiedy wreszcie noc się skończyła, ja długo nie mogłam zasnąć.

Wtedy zrozumiałam, że tak, jak opowiadam, tak też chcę i pisać. Że to o słuchanie chodzi w tworzeniu opowieści. Że opowiadamy i na moment jesteśmy w tym razem – czy to w kręgu przy ognisku, czy to nad słowami książki.

Nie chcę tworzyć cienkim ołówkiem na delikatnym papierze – może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę wprawiać w ruch żywe serce.

*** 

Po drodze było jeszcze parę innych, szalonych okazji. Do Krakowa pojechałam na letnią sesję fotograficzną z nieziemską Karoliną Pszczołą, która potrafi to, co niewypowiedziane, zaklinać na zdjęciach. Przeżyłam najlepsze, trzydniowe niemalże wesele mojej własnej siostry. A potem wróciłam do domu, do spokojnych pieleszy i cóż…

Pisałam znowu.

Prawda o mnie jest taka, że mam w sobie dwie części i każda jest dobrze rozwinięta. Jedna to ta od metafor, od wyobraźni, może nawet od poezji. Ta, która tworzy światy i wzruszające obrazy. A druga – hmm, ta druga wyżywa się totalnie na limitach znaków i formułach w Excelu.

No i w lipcu, moi drodzy, zrobiła mi się synergia. 

Na tapecie mam nadal drugi tom powieści o przygodach szczurołapa. Kończę tę historię, ale ona zupełnie jest z gatunku tych, które muszą poleżeć, by głowa odwdzięczyła się efektownym konceptem. Do głowy przyszedł mi nowy pomysł – taki letni, taki szalony, taki w sam raz do pisania na balkonie. A ponieważ czerwiec i lipiec to jest totalnie mój prime time w skali roku, porwałam się na szalone założenie.

Skoro wołają mnie oba pomysły, to czemu ich obu nie pisać?

To brzmi oczywiście jak początek chaosu, dwa nieskończone projekty i równie nieskończona depresja autorki. Ale od czego mamy formuły? Od czego mamy Excele?

W efekcie drugi tom przygód szczurołapa powstaje w weekendy. Tam nie dam rady wskakiwać na chwilę. Muszę pilnować, czy zasady magii stykają, czy z Mosy nie zrobiłam blondyna, a z władającej ogniem Animede – nieśmiałej kokietki. Jak wchodzę do Veiry, to wchodzę na całe popołudnie – a wychodzę z wypiekami na policzkach, bo strasznie mnie kręci to, gdzie zmierza ta historia.

A drugą historię piszę sobie w tygodniu.

Druga historia to powieść o Anielce. Anielka jest wiedźmą, ale ma baaaardzo specyficzną dziedzinę. Ma także kota, który kocha Harleye. Ma sąsiada, który pisze horrory i rzuca jej czasem czaszkę pod nogi. A pewnego dnia na jej drodze staje dziwna, niepokojąco nagląca misja.

Do powieści o Anielce podeszłam zupełnie inaczej. Tam nie mam świata, który tworzyłam od dzieciństwa, nie mam zasad pradawnej magii – jej rzeczywistość jest inna. 

I z nią pracuję inaczej niż z Veirą.

Przy Anielce założyłam sobie, że w każdy dzień roboczy piszę do niej 10 000 znaków. 5 dni roboczych daje 50 000, w 7 tygodni powinnam uzbierać 350 000.

I wiesz co?

Właśnie zaczęłam trzeci tydzień.

Wyobrażam sobie teraz, że jeśli jest gdzieś Bóg Natchnionych Weną Poetów to właśnie spada z firnamentu i ryje bladym liczkiem w czarną ziemię. Ale ja odkryłam, że mi paradoksalną wolność dają te wyliczenia. Wiem, co muszę zrobić. Wiem, ile muszę zrobić. Moja wyobraźnia ściska się z limitem. Przy Anielce moje granice stają się fundamentem, od którego mogę się odbijać.

Piszę o tym dlatego, bo totalnie się jaram. Dwa różne tematy, dwie różne metody pracy – to takie proste. Mnóstwo frajdy sprawia mi takie poznawanie siebie, takie tropienie dróg swojego mózgu i tego, jak mogę to przekładać na działania.

Dlatego też o tym wspominam w tej notce.

Może akurat moje poszukiwania zainspirują do szukania w sobie Ciebie?

*** 

A zatem – powieściowy lipiec! Proszę trzymać kciuki za szczurołapa Mosę, bo biedak nie ma ze mną łatwo zupełnie. Proszę trzymać kciuki za Anielkę, bo ona chyba jeszcze nie wie, na czyją klawiaturę wpakowało ją życie.

Ja zaś zaszywam się w pisaniu i będę meldować, co z tego dalej wyjdzie.

Wyjść z zaszycia planuję w sierpniu. Jeśli będziesz przejazdem w Radomiu 19 sierpnia, to zajrzyj na Ogólnopolski Festiwal Opowieści. W sobotę będę tam opowiadać baśń i czuję, że będzie pociesznie. Niech za najlepszą zapowiedź wystarczy fakt, że baśń będzie o migrenie, bólu pleców i śmierci.

Trochę czekam na moment, kiedy znów zajmę miejsce wśród ludzi, kiedy znów popłynie opowieść – i moja, i inne. Kiedy znów będziemy mogli razem ją przeżywać.

A tymczasem – będę Ci słać pozdrowienia z balkonu.

Ze światów i opowieści, które teraz właśnie tworzę.

*** 

Dlatego nie czuję zupełnie elitaryzmu i wysokich ambicji.

Ja po prostu chcę opowiadać chwytające za serce historie. 

Marzę o tym, by nie były delikatnym szkicem. Nie muszą być ambitną prozą. Nie chcę, by stały się zimnym, zamkniętym dla trzech osób eksperymentem.

Marzę o tym, by były żywe.

By wprawiały w ruch żywe serca.

Dzienniki betonowe

Dzień 1342, popołudnie

Żyję z nimi tak długo, że zapominają o moim istnieniu.

Nie myślą o mnie.

Nie wspominają mnie.

Gdy mówią do istot wokół, nie ma tam słów dla mnie.

Czasem mnie to drażni. Irytuje. Boli. Czasami, gdy szary deszcz zalewa moje szare oczy, mam wrażenie, że płynie nie z chmur, tylko z mojego serca. Ale ja przecież nie mam serca. Ja jestem tylko szarością i ciężarem, konstrukcją i fizyką, nie ma we mnie ani grama żywej tkanki.

Poza nimi.

Nie mam swojego serca, bo posiadłem serca ich wszystkich.

To chyba jedyny plus istnienia, gdy jesteś starym, zniszczonym przez czas i ludzkie ręce wieżowcem.

Dzień 1343, poranek

O przepraszam, mam jeszcze jeden plus z bycia wieżowcem.

Wschody słońca.

Gdy masz 21 pięter, nikt Ci ich nie zasłoni. Żadna nowomodna galeria, żaden żywopłot z tujki, żadna szeregówka ani inny nowatorski wysryw zubożałych myślowo architektów. Wschody i zachody słońca są moje. Letnie i zimowe. Chłodne i gorące. Zatopione w chmurach i rozpalone światłami. Każdego dnia są inne, ja każdego dnia jestem taki sam, ale i tak każdy do mnie należy.

Wschody słońca i ich serca.

Tętnią przecież we mnie i żyją we mnie, a ja jak nikt znam ich problemy. Na pierwszym piętrze mężczyzna bije kobietę. Na trzynastym co noc odbywa się smutny spektakl seksu bez miłości. Osiemnaste piętro jest pełne muzyki, a ja przeczuwam, że żadne z tych dzieci nie zostanie pianistą, bo świat nie ma serca dla małych marzycieli.

Na dwudziestym piętrze co noc ludzki cień staje samotnie na parapecie, ale nigdy jeszcze nie zrobił kroku w stronę nocy.

Widzę ich wszystkich, ale nikt z nich nie dostrzega mnie.

Dzień 1345, wieczór

Dziś zobaczyłem człowieka, którego braknie w moich trzewiach. Macie tak czasem, że widzicie kogoś, kto jeszcze jest nikim, ale nagle staje się kimś? Ja spotkałem go dzisiaj. Szedł ulicą obok mnie, w dłoni trzymał podniszczoną marynarkę, w drugiej ręce miał staroświecką teczkę, a zza wielkich okularów patrzyła na mnie twarz człowieka, który wie. Człowieka, który umie czytać losy starych rzeczy i sam boryka się na granicy między istniejącym a minionym. Pisarz, pomyślałem, muzealnik, może antykwariusz.

Ktoś, kto kocha wszystko, co stare.

Gdybym miał serce, pękłoby na widok osób, które wyszły za nim zza rogu ulicy – kobiety i trójki małych dzieci.

Gdybym miał serce, zrosłoby się na dźwięk jego słów.

„Kochanie, a może w tym bloku poszukamy mieszkania?”

To szansa, której nie mogłem utracić.

Dzień 1345, noc

To noc, w której zapadłem się w tworzenie.

Wszyscy śpią. Słyszę ich oddechy. Słyszę ich sny i bicia serc. Czekam na moment. Na tę jedną chwilę, kiedy wszystko stanie się całością, a misterny mechanizm świata zagra sprzyjającą mi melodię.

Gdy to się dzieje, wiem doskonale, co robić. Moje ściany rozciągam, choć kamień nie może być w ruchu. W moich oknach odbijam inne okna. Sufity podnoszę ku niebu, wznoszę to, czego nie da się wznieść, mnożę to, czego nie można rozmnożyć, a oczy moich okien zachodzą parą od wysiłku.

Nad ranem przy ulicy słyszę głos:

„Dziwne, wydawało mi się, że jeszcze wczoraj nie było tego piętra”.

Wtedy zapadam w odpoczynek.

W kamienny sen.

Dzień 1347

A raczej – Bardzo Radosny Dzień.

W mieszkaniu na 22 piętrze, tym wydartym z moim trzewi, zamieszkał już mężczyzna ze staroświecką marynarką. Patrzyłem na niego długo. Obserwowałem go czule. Widziałem, jak robi herbatę i pedantycznie wyciska torebkę. Widziałem, jak pije kawę bez żadnego dźwięku. Widziałem, jak przegląda gazety i zakreśla je tylko granatowym mazakiem.

I zastanawiałem się, jakiego języka użyć, by opowiedzieć mu o swoich nieszczęściach.

O długich latach samotnego bycia wieżowcem, jedyną istotą, która sięga w podniebną dal, choć wszyscy twierdzą, że nie ma serca.

A potem – zjawiła się jego rodzina.

I tu się skończył Bardzo Radosny Dzień.

Dzień 1347

Już wiem, kogo nienawidzę najbardziej.

Już poznałem imię i twarz swojego wroga.

To imię i twarz kobiety, która krąży wokół mężczyzny zakochanego w przeszłości.

Gdy ona się pojawia, znika z jego twarzy wyraz uduchowionej zadumy. Odkłada wtedy swoje stare książki, odstawia kawę i zaczyna z nią rozmawiać o błahostkach. A ja tu jestem, ja stoję i czekam, ja cierpię i w każdej cegle czuję, że gdy przemówię, mój grobowy głos przegra z jej szczebiotem.

Choć nie wiem, czy ja mam grobowy głos – do tej pory słuchałem tylko głosów innych, ale dla niego znajdę sposób, by przemówić.

Dzień 1390, wieczór.

Długo nie było żadnego słowa w moim dzienniku, ale po cóż tracić czas na spisywanie dni zamiast cieszyć się codziennością? On tu nadal jest. Ja szukam swojego głosu. Ona się pojawia, ale nie myślę o niej, drażni mnie i budzi we mnie złe rzeczy, ale nie mogę przecież skupiać się na niej. To nie dla niej otworzę drzwi swojego serca.

 I byłbym najszczęśliwszy, gdyby nie to, że dzisiaj usłyszałem słowa, od których już nie ma odwrotu.

„Nie podoba mi się to mieszkanie. Wynajmijmy je. Sprzedajmy i zapomnijmy. Zasługujemy na życie w innym miejscu.”

Ta noc nie będzie dobrą nocą.

Dzień 1394, cały czas

Złe słowa zamieszkały na stale w moich trzewiach. Słyszę je każdego dnia.

„To dziura, dlaczego chcesz tu mieszkać”?

„To zabytek, kochanie, to budynek, który wiele przeżył. Ostatni, który wyszedł spod ręki tego architekta…”

„Nie mów mi o architektach, to rudera! Nie chcę jej ani chwili dłużej oglądać!”

„Ale jeśli…”

„Nie ma żadnego jeśli! Już i tak za dużo poświęcam dla Twojej pasji”.

Poświęcam? Myślę gorzko o tej nocy, kiedy wydałem z siebie 22 piętro, o ciężarze i bólu rozrywanej kamiennej tkanki.

To wspomnienie sprawia, że moje skrupuły pękają jak trzaśnięte młotem cegły.

Dzień 1395, poranek.

Czuliście kiedyś fantomowy ciężar zrzuconej właśnie okowy?

Ja go poczułem dzisiaj rano.

Spadł ze mnie tak lekko, jak ludzkie ciało spada z parapetu dwudziestego drugiego piętra.

A za jedną obawą podążyły trzy kolejne.

O wschodzie słońca dostrzegłem nie tylko czerwień nowego dnia, ale i czerwień ludzkiej, rozbryzganej na chodniku krwi.

A teraz on cały czas płacze. Ale ja się nie martwię. Wiem dużo o płaczu. Pomogę mu i razem będziemy szczęśliwi.

To ostatni wpis w moim dzienniku. Poczekam, aż mężczyzna ze staroświecką marynarką zostanie sam. Aż wszyscy wyjdą i wyniosą swoje śmieszne kondolencje, żale i formalności. Zawrę na zawsze drzwi dwudziestego drugiego piętra. Zamknę na wieki jego okna. Zostanę z nim sam na sam, płacz z płaczem, rozpacz z rozpaczą i pozwolę, by kamień przemówił.

Nie będę już więcej potrzebował dziennika.

Moim dziennikiem staną się przecież jego własne myśli.

Huśtawka starego domu

W starym, bardzo starym domu, w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie huśtawka skrzypiała jak koło od wozu, który wiezie trumnę. Dokładnie tak i nie inaczej – to skrzypienie miało w sobie skrzek umierającego drewna, trzask załamującej się szubienicy i tę nutę zawodzenia, która rozlega się w pierwszej chwili po śmierci, gdy ktoś trzyma rękę bliskiej osoby i dociera do niego, że w tej chwili, w dokładnie tej chwili ta osoba umiera, a jej dusza bezpowrotnie rozłącza z ciałem, zostawiając tylko martwe kręgi źrenic za sobą.

Dokładnie tak skrzypiała huśtawka, który bujała się na wietrze w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie, naokoło starego, bardzo starego domu.

Gdyby drzewa rosnące w ogrodzie umiały mówić, śpiewały by każdemu pieśni o ucieczce. Gdyby krzewy pnące się do góry już bez ręki ogrodnika mogły szeptać, ostrzegałyby każde żywe stworzenie i każdą istotę ludzką.

Ale drzewa milczały, krzewy nie szeptały i nawet wiatr nie muskał twarzy w rytm ostrzeżeń.

I nikt nie wiedział, dlaczego nie wolno wchodzić do starego, bardzo starego ogrodu.

Bo nikt nigdy do tej pory stąd nie wrócił.

Nikt żywy nie zszedł z huśtawki, która skrzeczała jak szubienica.

*

– Patrz, braciszku! – mała, rudowłosa dziewczynka krzyknęła radośnie, gdy tylko wpadli na tyły domostwa – Jaka świetna huśtawka!

Byli nowi w hrabstwie Somerset i nie znali tajemnic tutejszych miejsc. Sprowadzili do dworu zwanego Angel’s Tear kilka tygodni temu, ona i on, siostrzyczka i brat, jedno i drugie tak samo rudowłose, jedno i drugie ubrane w falbany i białe koszule, zwiastujące dzieci ludzi, którym się udało. Tak, ich rodzicom się udało. Ojciec kapelusznik wyprowadził rodzinę na prostą, warsztat zostawił w rękach najemników i opuścił duszny Londyn, zaszywając się na zarośniętej lasami, mchem i plątaniną roślin wsi.

Gdyby wiedział, nigdy nie opuszczałby wielkiego miasta.

Gdyby wiedział, nigdy nie wybrałby dworu Angel’s Tear.

Angel’s Tear znajdowało się zdecydowanie zbyt blisko starego, bardzo starego domu, którego ogród przeszywały trzaski i skrzypienia.

Gdy dziewczynka popruła przez wybujały trawnik starego domu, brat popędził za nią, choć był już w tym wieku, w którym nie wolno było biegać. Ale to miejsce, skryte w sercu czarnego lasu miało w sobie czar i urok, który działał każdemu na wyobraźnię.

– Chcę na huśtawkę – rzuciła butnie dziewczynka, stając wśród traw, które sięgały jej do pasa. Cały plac zabaw wznosił się nieopodal, ponury jak grobowce na cmentarzu, pordzewiały i splątany roślinnością.

– Nie możesz na huśtawkę – głos brata zabrzmiał niepewnie – nie wiesz, czy do kogoś nie należy.

– Tu i teraz należy tylko do mnie! – dziewczynka tupnęła nóżką, ale trawy stłumiły dźwięk – Pójdę na huśtawkę.

Pobiegła w stronę huśtawki, wskoczyła w kałużę, która otwierała się przed konstrukcją jak czarne oko stawu, jak przepaść i bezdenna głębina, a w tej samej chwili na najwyższym punkcie huśtawki usiadł kruk.

Był cały czarny, ale jasne pasmo miał na skrzydle. Jego łapki były przykurczone, jego dziób przypominał trochę zakrzywiony nos ludzki, a z oczy patrzyło zdecydowanie zbyt mądrze.

Ale brat nie patrzył na oczy kruka.

Brat nie spuszczał wzroku ze swojej siostry.

– Nie rób tego – rzucił, gdy mała wskoczyła na siodło huśtawki.

– Zrobię! Nikogo tu nie ma. Jest tylko to stare kruczysko.

Ptak na huśtawce przekręcił łepek, a ponure zawodzenie mechanizmu wzbiło się w stronę zachmurzonego nieba.

– Nie huśtaj się! – zawołał brat, a jego głosik zadrżał – Ona tak dziwnie skrzypi.

– Sam tak dziwnie skrzypisz. – parsknęła siostrzyczka – jesteś starszy, a zachowujesz się jak baba.

Zaczęła się huśtać. Najpierw powoli i spokojnie, potem mocniej i mocniej, silniej i silniej, aż nagle wiatr zaczął szarpać na wszystkie strony sukienką i brat ledwo widział pokraśniałą od radości twarzyczkę.

Ale niebo było ciemne, drzewa dookoła czerniały i ta sama czerń zdobiła krucze skrzydła.

Nie wiedzieć czemu, brat poczuł nagle zimną strużkę na plecach.

– Przestań już! Wystarczy!

– Nie! Tu i teraz to moja huśtawka! I nikt mi jej nie zabierze, nawet to stare, potworne kruczysko!

Ptak po raz kolejny przekręcił łebek, a dziobem pogmerał w okolicy skrzydła.

I wtedy noga dziewczynki odbiła się nagle od kałuży. Wpadła bucikiem w burą toń, wzburzyła ją jak taflę oceanu, a odbicie kruka zniknęło w okamgnieniu.

Brat odetchnął z ulgą. Zrobił krok w stronę huśtawki, jakby uradowało go pozbycie się nieproszonego gościa i z wahaniem pomyślał o tym, że może jednak warto oddać się zabawie, jak już znaleźli to miejsce, tak inne od rodzinnego Angel’s Tear.

Dopiero po chwili zorientował się, że kruczysko nie odleciało daleko. Że cały czas tu jest.

I siedzi jego siostrze na ramieniu.

*

To stało się szybciej niż mgnienie oka. Nagle poczuła zaciskające się pazury na ramieniu. Nagle poczuła, jak coś ostrego wbija się w jej szyję, dziko, rozdzierająco, boleśnie, jakby całą siłę wkładało w to, by dostać się do jej środka, by ją rozerwać i rozsadzić, by wydobyć każdy mięsień ciała na światło pochmurnego dnia. A potem – znowu i nagle znowu, i raz i drugi, aż w końcu poczuła ciepłe strugi, które w jednej chwili zaczęły ją oblewać z każdej strony.

Krzyknęła tak przeraźliwie, że niebo powinno rozpęknąć się na pół i ją ukryć.

Ale niebo nie pękło.

Niebo jej nie ukryło.

Na krzyk było już za późno.

*

Zobaczyl tylko czerwień i czerń, kruka i krew, której odcień złączył się z rudością lekkich loków. I nagle wrzasnął, bo kruk poderwał się od siostry, wzbił się do góry, zapikował i zanim brat cokolwiek zdążył zrobić, kruk już leciał z góry, już dotykał siostry, już ją prawie strącał.

Brat wpadł w kałużę chwilę po tym, jak zlana krwią dziewczynka runęła z siodła huśtawki.

Nie spadła jednak do kałuży.

Dookoła niego nie było żadnego ciała.

A na huśtawce nie było już kruka.

Za to w wodnej toni brat widział wyraźnie odbicie – kształty czarnego lasu i chmurnego nieba, odbicie huśtawki, która skrzypiała jak szubienica. I czarnego, wysokiego mężczyznę z nosem krzywym jak dziób ptaka, który w tafli wody stał obok huśtawki i w ramionach trzymał zakrwawioną dziewczynkę. Krople krwi ściekały z jej sukienki, ciężkie, czerwone, wyraziste.

I był to jedyny kolor, jak brat widział w tym odbiciu.

– Tu i teraz – wychrypiał lekko skrzeczącym głosem, a chłopczyk usłyszał go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok – Tu i teraz należysz tylko do mnie.

Zrobił dwa kroki i przepadł, zniknął z odbicia.

A kiedy w niebo poniósł się płacz chłopca, wtórowała mu tylko huśtawka skrzypiąca jak szubienica.

Piekło Niemądrych Powiedzeń

Opowiadania fantastyczne

Pracowałam już długo w Głównym Urzędzie ds. Mechanizmów Świata. Poznałam na wylot wszystkie komórki i departamenty, wszystkie magistraty i okręgi, mało tego – wiedziałam nawet, jakie pączki lubi pani Gienia z księgowości.

Ale gdy dostałam wezwanie na kolejną kontrolę, zdałam sobie sprawę, że w tym jednym miejscu nie byłam jeszcze nigdy.

Nigdy nie byłam w Piekle Niemądrych Powiedzeń.

Zszokowała mnie już sama nazwa. Bo wiecie, my tu tak na poważnie zarządzamy tymi mechanizmami, mamy urzędy i przełożonych, kierowników i procedury, te wszystkie profesjonalne rzeczy, które w ryzach trzymają świat. A tu masz: Piekło. Jak w taniej opowiastce dla niegrzecznych dzieci.

I za pewną ironię losu uznałam fakt, że Piekło znajdowało się w… piwnicy.

***

Gdy jednak się tam zjawiłam, okazało się, że mam chyba mylne wyobrażenie o piwnicy.

W tej piwnicy nie było wąskiego korytarza. Nie było rowerów sąsiadów i słoików z dżemem. Ta piwnica powitała mnie solidną bramą, wysoką jak dwóch chłopa, ogniem, dymem i wyciem uciskanych istot, które na pewno nie było puszczane dla czczego postrachu z kasety. Na szczycie bramy złotym, gotyckim fontem czyjaś dłoń wygrawerowała napis, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, jak go zobaczyłam.

Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

A jakże.

– Pani jest z tego urzędu? – usłyszałam nagle czyjś głos. Obejrzałam się. Za mną stał facet w średnim wieku, ubrany w ten rodzaj czarnego T-shirtu, który wygląda swojsko, ale zapewne kosztował miliony. Ręce krzyżował na piersi, siwizna znaczyła jego skronie i miał taką zadumaną minę, jakby chciał powiedzieć coś, co jest czystą filozofią, metaforą i tanią poezją jednocześnie.

– Gerdi Morales – przedstawiłam się – Przychodzę na kontrolę.

Mężczyzna zadumał się jeszcze bardziej.

– Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak panią zaprosić – wskazał na bramę, a ona sama uchyliła się. – Ja jestem Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów. Proszę nie pytać, jak się tutaj znalazłem, ale jestem jedyną osobą, która poświęca teraz uwagę temu miejscu.

Wyprężył dumnie pierś, a ja spojrzałam nań z powątpiewaniem. To miejsce nie wyglądało na miłe stanowisko pracy.

– I pan tak daje radę w pojedynkę? – zapytałam, a Paulo obruszył się.

– To nie dawanie rady. To powołanie i misja. Dobry artysta zawsze jest samotny.

Uśmiechnął się cierpko, jakby siedział nad brzegiem rzeki i miał już zacząć płakać, po czym wkroczył za bramę.

A razem z nim – ja.

***

Wbrew pozorom, Piekło Niemądrych Powiedzeń było całkiem dobrze poukładane.

– Tu mamy pierwszego delikwenta – powiedział Paulo, dalej krzyżując ręce na piersi.

Podeszłam bliżej. Przy stanowisku tabliczka głosiła: Only Sky Is The Limit, ale nie dostrzegłam nikogo. Za tabliczką stał tylko potężny zwój grubej liny, który rozwijał się do góry, jakby na jego końcu wisiał balon. Ale choć zadzierałam głowę do góry i wytężałam wzrok, nie widziałam nikogo pod ginącym w mroku sufitem.

– Skazany go na to, by szybował w niebo – powiedział Paulo flegmatycznie – i rozpieprzał się po kolei o te wszystkie planety, meteory i komety. Nawet w najwyższych partiach nieba można się przecież roztrzaskać, ale on tego jeszcze nie rozumie.

Poszliśmy dalej. Przy kolejnym stanowisku tabliczka głosiła „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni”, a za tabliczką czarno ubrana, wychudła kobieta próbowała robić szalik na drutach.

Szłoby jej pewnie łatwiej, gdyby nie to, że nie miała jednej ręki, a krew jeszcze kapała z okręconego bandażem kikuta.

– Ta tutaj uczy się, że to, co cię nie zabije, może cię jednak zniszczyć – podszepnął Paulo – Jak widać, również bez skutku.

Przy kolejnych stanowiskach było jeszcze ciekawiej. Tam, gdzie tabliczka głosiła „Gdyby Kóżka Nie Skakała, To By Nóżki Nie Złamała”, dorosły facet skakał na trampolinie jak dziecko, a łamał nogę, kiedy już schodził z niej i szedł po trawniku. Nieszczęścia mogą przydarzyć się wszędzie, podszeptywał mi Paulo, nie ma sensu wiązać ich z sytuacjami, w których jesteśmy radośni. Dalej, przy „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy”, wypieczone bułki spadały na bogacza, a zapracowany człowiek zerkał na to tęsknie znad pola. A tam, gdzie widniała tabliczka „Pieniądze Szczęścia Nie Dają”, młody chłopak próbował zrealizować receptę w aptece, nie posiadając ani grosza w portfelu.

Nie powiem, dobrze się tutaj bawili.

Gdy doszliśmy do następnego stanowiska, nie było tam niczego. Ale tak zupełnie niczego. Po prostu za tabliczką wisiała ciemność gęsta jak burzowa chmura i żaden głos nie przerywał ciszy.

Tabliczka głosiła: „Jak Kocha, To Się Zmieni”.

– To czysty mrok i groza – powiedział Paulo – ale nikt jeszcze nie wymyślił mu odpowiedniej kary za te nieszczęścia, które spowodował.

Pomyślałam, że nie chciałabym mieć do czynienia z przełożonym mojego przewodnika.

Za to przy ostatnim stanowisku wszystko wyglądało zdumiewająco przyjemnie. Trawka rosła, wiatr delikatnie ruszał fałdami obrusa na stoliku, a trzy cytrynowe drzewka dawały cień. Przy tym stanowisku pachniało włoskim latem, rozgrzanym powietrzem, lekko owocową, cierpką nutą i domyśliłam się, jaki napis widnieje na tabliczce.

– Gdy Życie Daje Ci Cytryny, Wyciśnij z Nich Lemoniadę – Paulo przerwał moje myśli, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.

– A co wy tu w piekle macie do cytryn? – zapytałam, a Paulo aż się zatchnął.

– Są kwaśne. Są niedobre. Jak życie daje ci cytryny, to i tak już jesteś na przegranej pozycji. Nawet, jak wyciśniesz z nich kwaśną, niedobrą lemoniadę.

– Lemoniada jest w porządku – wzruszyłam ramionami. – Lubię lemoniadę. O ile tylko ktoś zadba o to, by dodać do niej cukier.

Paulo zbladł. Spojrzał się na mnie, jakbym przynajmniej odkryła nową planetę w układzie, zaczął dyszeć, jakby się dusił i wyjąkał:

– A może… może ja to wszystko robiłem źle?

***

Zaliczyłam tę kontrolę. Dałam tyle pieczątek, ile trzeba, podpisałam się wszędzie i odłożyłam akta na półkę.

Tę w moim gabinecie i tę w mojej pamięci.

I dopiero pół roku później u pani Gieni w księgowości dobiegły mnie plotki o błyskawicznym awansie pewnego urzędnika. O rewolucji, jaka wydarzyła się w jednej z naszych komórek. Pani Genia mlaskała mi o tym znad pączka, ja zerkałam na artykuł z tabloidu i bez wątpienia rozpoznawałam twarz z pierwszej strony gazety.

Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów.

Okazało się, że moja wizyta otworzyła tam w Piekle parę klapek w głowach. Zamiast stawiać na system kar i nieszczęść, postawili na resocjalizację. Pracę terapeutyczną, społeczne działanie, obcowanie z roślinami i zwierzętami.  „Only Sky Is The Limit” pracowało jako wolontariusz w hospicjum i poznawało historie ludzi, którym granice jednak zawęziły nieco wszechświat. „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni” prowadziło zajęcia sportowe z byłymi żołnierzami, którzy zmagali się z PTSD. A „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy” zajęło się aktywizacją bezrobotnych i gazeta pisała, że teraz bułki walają się po wszystkich przestrzeniach Piekła Niemądrych Powiedzeń. Wyzwanie tylko stanowiło nadal „On Nie Gryzie”, ale tu gremium zgodnie uznało, że to nie problem psów, a właścicieli.

No i przede wszystkim – do swojego działu Paulo C. zatrudnił kilkoro ludzi, którzy pomagali mu tworzyć nowe pomysły.

– Zobaczy pani, jakie to wszystko mądre – westchnęła Gienia, wycierając ręce w haftowaną chusteczkę – Ciekawe, skąd ten Paulo to nawymyślał.

Uśmiechnęłam się enigmatycznie i nie powiedziałam nic. Najwyraźniej mój przewodnik sprzed pół roku rozprawił się z jeszcze jednym Niemądrym Powiedzeniem, choć nie pisały o tym żadne  gazety.

Z tym, które mówi, że dobry artysta zawsze jest samotny.

Pod namiotem

Albert Gżegżółka wiedział, że z zaproszenia Rodryka nie wyniknie nic dobrego. Rodryk – zwany teraz Ryszardem, Rysiem, pysiulkiem, szwagrem albo mordo-ty-moja-kiedy-ostatnio-piliśmy – był kiedyś potężnym germańskim magiem, tak jak Albert. Ale Albert postawił na rozsądek. Przed swoimi wrogami skrył się w ciele szynszyli i teraz z godnością, którą może mieć w sobie tylko stworzenie trzymane w pionie przez ogon, pełnił obowiązki rektora Wyższej Szkoły Mediów, ucząc młodych ludzi, jak pełnić ten wymagający zawód.

Bycie medium to przecież nie w kij dmuchał.

A Rodryk wybrał o wiele gorszą ścieżkę.

Rodryk ukrył się przed swoimi magicznymi wrogami w ciele białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści.

Rodryk miał głupawą żonę, wkurwiające dzieci, dom na kredyt i samochód od – skądinąd – Niemca, a tuje rosły przycięte tak równo na jego trawniku, jak równo niegdyś były przycinane głowy jego wrogów. Rodryk chodził na wesela, komunie, zjawiał się w pracy i miał w zasadzie wszystko, czego biały, heteroseksualny mężczyzna może pragnąć w życiu.

Nie miał tylko jednego.

Poczucia sensu.

Dlatego zabrał Alberta na męski wypad do lasu. Rozstawił namiot, rozpalił ognisko wśród drzew i pieprzył przez pół nocy o kredytach, tujach i wełnie-mineralnej-na-dach-znów-podnieśli-cenę-skurwysyny, a Albert siedział przed nim, tarł łapką szynszyle oczka i nie mógł się nadziwić, co mu się porypało we łbie, że przyjął te zaproszenie.

A potem było jeszcze gorzej.

Potem Rodryk wyciągnął wódkę.

– Pij, Albert – wymamrotał, a jego łysina zdawała się świecić od taniej lampki z Decathlonu.

– Kurwa, jestem szynszylą – burknął Albert, a R jak zawsze słabo mu wyszło przez przednie zęby – Gwint mi nie wlezie do pyszczka.

– No to zmień postać – parsknął Rodryk – Stary, ze mną się nie napijesz?

– Nie jestem twoim szwagrem, żeby słuchać takich rzeczy – obruszył się Albert, bo choć w samotności pijał tanie wino z butelek po drogiej whisky, to jednak lubił dbać o pozory. No i przede wszystkim: do wina miał swoją słomkę, wielorazową słomeczkę w różowe flamingi, bo za życia germańskiego mściciela nigdy nie widział tych słodziaków na żywo.

Zalane tłuszczem i nieszczęściem przedmieści oczy Rodryka błysnęły przebiegle.

– Rozumiem stary. To proste, że się boisz. Nie musisz tego robić, jeśli strach jest od ciebie większy. W sumie strach zawsze jest większy, gdy jesteś szynszylą.

Albert przypierdoliłby mu w sam środek ryja, gdyby nie to, że jego łapka była cienka jak zapałka.

– Wiesz, że mnie znajdą – odparł jednak tylko, siląc się na wyżyny ogłady. Tkwił przecież przez stulecia w ciele szynszyli, by kryć się przecież przed swoimi wrogami.

– Tutaj? W tym lesie? Chuja, a nie Ciebie znajdą. Zmieniaj postać, żaden jeden się nie dowie.

Rodryk odkręcił korek w butelce i gryzący zapach alkoholu poniósł się w namiocie. Albert zamrugał szynszylim oczkiem, spojrzał na udręczonego białego, heteroseksualnego mężczyznę z przedmieści i na wódkę, na mężczyznę i na wódkę, a potem wymamrotał z rezygnacją pradawne zaklęcie.

Buchnęło wtedy w powietrzu, huknęło, zapach pradawnej germańskiej magii wypełnił namiot,  a lampka z Decathlonu na chwilę zgasła.

Gdy zapaliła się na nowo, na karimacie siedział blondwłosy, postawny mężczyzna w szarawej tunice i tylko podejrzanie równe żęby mogły zdradzać, że chwilę temu był szynszylą.

Ale Rodryk nie był zachwycony.

Rodryk wypuścił z ręki butelkę, a wódka polała się smętną strugą na karimatę.

Na żółtej płachcie namiotu widać było dwa cienie.

I tylko jeden z nich należał do Alberta.

***

– Rusz się – wybełkotał Rodryk, jakby już się napierdolił – Rusz się, Albert!

– Kurwa, Rodryk – Albert skorzystał z ludzkiej żuchwy, by wyartykułować przekleństwo – Mieliśmy pić, a nie grać w twistera pod namiotem.

Rodryk nie odpowiedział. Patrzył się martwo w punkt nad Albertem, a jego pełne wargi zaczęły miotać bezgłośne przekleństwa. Widział wyraźnie cień Alberta – a ta druga smuga, która wznosiła się od ziemi aż po szczyt namiotu, nie mogła należeć do żadnego człowieka. Przez myśl Rodryka – tudzież Ryszarda, tudzież misia-pysia albo szwagra – przemknęły wszystkie znajome legendy i opowieści, wszystkie artykuły z gazet o zwyrodnialcach i gwałcicielach, a na końcu tego kołowrotka myśli pojawiła się ta najstraszniejsza.

Kurwa, faktycznie znaleźli Alberta.

Albert tymczasem odwrócił się i Rodryk miał wrażenie, że postawna sylwetka skurczyła się od razu. Patrzył długo na nieruchomy cień. Ruszył jedną ręką. Widmo się nie ruszyło. Ruszył drugą. Smuga pozostała w bezruchu. Wstał w namiocie, strzelił głową w sufit i zaklął, usiadł.

Smuga cienia nadal wisiała ponuro, nieruchoma i groźna jak obietnica śmierci.

– Znaleźli mnie – głos Alberta wydał się nagle zimny i obcy, jakby rozbrzmiał przed wiekami i dopiero teraz go dopadł – Znaleźli mnie. Jesteś gotów na to, by umierać? – obrócił się w stronę Rodryka, a w jego niebieskich oczach lśniło coś, czego Rodryk nie widział do stuleci.

Żaden z jego kolegów – białych, heteroseksualnych mężczyzn z przedmieści – nie patrzył na świat w taki sposób.

Było to spojrzenie istoty ruszające na ścinanie łbów swoich wrogów.

– Albert, ja mam kredyt – zajęczał Rodryk – Żona sama nie spłaci hipoteki, a zajęcia dzieci…

– Pierdol dzieci – rzucił Albert nieobyczajnie – On wypruje im flaki i powiesi sobie na szyi, jak się zorientuje, że ich ojciec pił ze mną. Czy jesteś gotów, by umierać?

Rodryk poczuł nagły ucisk serca i pęcherza.

– Nnnnie… – wyjęczał, paląc się ze wstydu jak niewierne wioski w 1345 – nie mogę teraz umierać.

Spojrzenie Alberta było nieodgadnione.

– No to nie wyłaź chociaż z namiotu.

***

Gdy Albert otworzył wejście do namiotu, zapach mokrego lasu uderzył go w nozdrza. Ale poza gryzącą wonią śmierci i paproci, było tam coś jeszcze – nieuchwytny zapach magii, który Albert wyczuwał zawsze, gdy obok niego się znajdował.

To od niego uciekał przecież od stuleci.

Wziął głęboki oddech i pomyślał, że to pewnie ostatni ludzki oddech w jego życiu. Spojrzał w gwiazdy, które lśniły nad czarnymi kształtami świerków. Przypomniał sobie najsroższe zaklęcia – te, o których nawet nie myślał na osierszczonym fotelu dyrektora szkoły mediów i wyszedł z namiotu.

A widmo już tam było.

Potężne, wysokie jak świerk, ciemne jak noc, z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa. Ptaki ucichły, wiatr ustał i słodkawy zapach zwłok wisiał w powietrzu jak cisza, która zalega w przestworzach przed burzą. Albert spojrzał na nie od góry do dołu, zmierzył wzrokiem nieruchomą posturę, pomyślał z żalem o przytulnych zakamarkach szkoły mediów, wziął głęboki oddech i rzucił hardo:

– Więc przychodzisz, by mnie zabić, widmowy skurwielu?

Nieruchoma do tej pory postura drgnęła. Wstrząs przeszedł przez strunowate ciało widma i Albert sam zadrżał. Co ten skurwiel szykuje? Jakie zaklęcie jest tak potężne, że rusza całe ciało widma? Co on do cholery chce odjebać?

Zimna strużka potu spłynęła mu przez całe plecy, zostawiając gryzące igiełki na kręgosłupie. Ręce mu zadrżały i nagle Albert zorientował się, że powietrze mu zalega w piersiach, a serce zaczyna łomotać w przyspieszonym rytmie.

Pora umierać, pomyślał z godnością dawnego germańskiego wojownika. Szkoda tylko, że nikt nie pochowa mnie w obrzędzie ognia i wody, bo ten debil Rodryk zaraz też zginie.

I wtedy widmo zrobiło kolejny ruch. Następny wstrząs. I jeszcze jeden, i drugi.

A Albert patrzył na to zastygnięty i własnym oczom nie wierzył.

Widmo nie ruszyło do walki.

Po widmowym pysku trupa zaczęły płynąć łzy.

***

Gdy Albert z powrotem wlazł do namiotu, Rodryk był już w połowie siwy. To znaczy – tak mu się wydawało, że osiwiał, bo gra cieni na płachcie namiotu była najgorszą rzeczą, którą oglądał, gorszą, niż przegrana polskiej reprezentacji i jubileuszowy odcinek Klanu, oglądany z pięcioma koleżankami żony.

Ale zrozumiał, że pierdoli – i że dopiero teraz osiwieje naprawdę, gdy za Albertem do namiotu zaczął się wciskać ktoś jeszcze.

Potężne, ciemne jak noc widmo z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa.

– Przepraszam najmocniej – wymamrotało widmo, próbując upakować swoje strzeliste kończymy w namiocie-trójce z Decathlonu – Jestem widmem białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści i nie mogę znaleźć za grosz poczucia sensu. Czy panowie mają może wódkę?

Zajrzyj także na Spotify, by poznać wersję czytaną tekstu:

O sztuce, wilkach i galaktycznej bransoletce

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie po drodze mi z zamykaniem sztuki w galeriach. Z barykadowaniem jej murami recenzji i zachwytów ekspertów, z okładaniem jej mądrymi słowami, blichtrem, trendami i całym tym hałasem, który może kusząco wygląda, ale w środku jest pusty jak cholera.

Czuję, że sztuka niewiele ma w sobie z takiego zamkniętego stworzenia, ograniczonego wąskim światem patrzącym na nią ludzi.

Jeśli miałabym do czegoś porównać tworzenie, to przede wszystkich – do krwi.

Do krwi, która wyznacza rytm życia organizmu. Do krwi, która łączy całe ciało w jedno, wszystkim częściom nadając jeden bieg. Do krwi, która pcha serce do przodu i pompuje ożywcze powietrze.

Gdzie tu miejsce na piedestał, zimne galerie i uczony bełkot krytyków?

Dlatego kocham opowieści, które czyta się przez pół nocy pod kołdrą, a potem drugie pół płacze.

Kocham muzykę, która ciągnie do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne, ale Lisa Gerrard czy Florence Welch śpiewają o tym najlepiej.

I to jest sztuka, którą chciałabym tworzyć.

Sztuka, której potrzebujemy jak powietrza do oddychania, a nie do wystudiowanego palenia papierosa.

***

Tak, dużo myślę ostatnio o tym, kim jestem i gdzie właściwie zmierzam.

Ze zdziwieniem – bo będzie mnie to dziwiło zawsze – stwierdzam, że siedzą we mnie te mityczne dwa wilki. Jeden wyje swoje opowieści do księżyca, macha łapami, opowiadając o tym, jak tworzy uniwersum, jak odkrywa, jak śni mu się to wszystko, jak jedzie na różowym jednorożcu przez galaktyki inspiracji.

A drugi – pewna tego jestem – jest jak księgowy. W krawacie chodzi, bo tam może sobie zawsze wpiąć długopis. Excela odpala wilczą łapką, pazurem rysuje wykresy i uczonym, acz wilczym pyskiem patrzy na bieg narysowanych ścieżek, wróżąc z nich z powagą giełdowego maklera. Pomysły spisuje, wątki porządkuje, a w jego mózgu zamiast szarych komórek są żółte, zielone i różowe fiszki.

Życie jest pocieszne, gdy ma się w głowie takie dwa wilczyska. Gdy jeden jest inspiracyjnym żywiołem, a drugi systematycznym taranem, tworzenie od razu staje się weselsze.

***

No więc, w tym myśleniu, kim jestem, mam już jakąś spójność. Gdzie zmierzam, to też jestem sobie w stanie odmalować. Nie ciągnie mnie blichtr, nie bawi mnie męcząca rozrywka, ja chciałabym tworzyć good, old-fashioned miejsce dla dusz, które czasem lubią uciekać do tajemniczych światów.

I kiedy już mój wewnętrzny wilk-księgowy łapką klepie ten wykres, a wilk-szaleniec patrzy na to, jak na ekscytującą mapę, to wtedy się wkrada on. Ten trzeci.

Kompleks fantasty.

Gdyby moje pisarskie życie było stołem na weselu, to kompleks fantasty byłby pijanym wujkiem Tadziem, Zdzisławem albo innym Marianem. Takim, co to przez całą imprezę włóczy się na podwórku, sępi o szluga, zajmuje się skrupulatnie łojeniem wódki i nękaniem ludzi za pomocą nieśmiesznych dowcipów. A kiedy przychodzi Ten Jeden Moment, on wygłasza Tę Jedną Uwagę i wtedy rozwala imprezę całemu towarzystwu.

Na wujka Tadzika nie ma łatwej rady, kompleks fantasty zawsze musi się odezwać.

A tym, kto z reguły daje mu w pysk, jest moja osobista, wewnętrzna czytelniczka.

To z kolei taka persona, która na rodzinne wesele przyszłaby w sukience w koty, ze złotym wisiorem z lumpeksu i z marzycielskim uśmiechem. Która śledziłaby wszystkich zza szkieł okularów, ale myślami błądziłaby po jednym albo kilku światach. Ale to ona, gdy przychodzi co do czego, sprząta syf po wystąpieniach wujka – kompleksu fantasty.

Dziewczyno, sama czytałaś poruszające opowieści. Laska, sama płakałaś na zakończeniach książek. Giiiiirl, Blanka Lipińska jakoś nie miała rozterek, gdy wydawała romanse o włoskich mafiosach, które na mózgi pozamieniały się  z pornosem. Pisz dalej!

To wszystkie książki, które ja przeczytałam, przypominają mi, jak bardzo ludziom potrzeba opowieści.

***

Ciągnę więc twórczy wózeczek przed siebie. Niepewną ręką rysuję swoje ścieżki, a sukienka księżniczki z kosmicznej galaktyki czasem mnie martwi swoim blaskiem. Ale potem – potem zdarzają się momenty, w których mogę o pisaniu mówić, a wtedy energia wygrywa ze strachem.

Pod tym względem maj i czerwiec był zupełnie szalony.

W maju zebrałam wszystkie swoje powieściowe wykresy i opowiadałam dziewczynom na platformie Iskra o tym, jak budowałam swój powieściowy świat. Ja może i mam drugie serce do strachu, ale zdecydowanie mam też drugą gębę do gadania, a do gadania o swoim świecie, to już zupełnie trzecią. Opowiedziałam więc o swojej drodze, a wieści o tym, komu dałam ognia do pieca, dostawałam przez kolejne pół tygodnia.

A potem, w czerwcu – w ramach zakończenia Szkoły Pisania Powieści – czytałam fragmenty swojej książki na żywo.

***  

Czarne jak noc kamienie, upstrzone lśniącymi drobinkami, jakby były galaktyką – tak wyglądała bransoletka, którą tego dnia mój mąż znalazł na targu u handlarki biżuterii z kamieniami.

Nie czaiłam się wtedy zanadto. Opowiedziałam pani swoją historię w wersji instant: czytam dzisiaj fragment swojej powieści w kawiarni Cheder, trochę się boję, a trochę chcę, żeby ten moment został ze mną już zawsze i pomyślałam o bransoletce. O bransoletce, która dołączy do innych zdobiących moją rękę i będzie mi przypominać ten wieczór zawsze – nieważne, jak mi na nim pójdzie. Ryzyko było spore, bo moje chore gardło balansowało między niskimi tonami czarnoskórej śpiewaczki, a trzaskami źle nastrojonego radia. Ale czy w gruncie rzeczy nie wszystko w życiu jest ryzykiem?

Pani wydobyła sfatygowany leksykon kamieni i zaczęłyśmy szukać tego, który będzie idealnie pasował do momentu i sytuacji. Zadumałyśmy się nad ametystem, nad kwarcem różowym, nad jeszcze kilkoma innymi tajemniczymi tworami. Ale to mój mąż wypatrzył bransoletkę z kamieni zwanych noc Kairu – a ja przez chwilę zapomniałam, że liczba mojego wieku ma jeszcze 3 na początku i jak podjarana pięciolatka wypaliłam: ON WYGLĄDA JAK GALAKTYKA.

Sami rozumiecie, z jaką biżuterią poszłam do Chederu.

Gdy przyszłam, wystrojona nie w bluzę z kapturem, tylko w złota, czernie i burgundy, w Chederze było już sporo ludzi. To zawsze miecz obosieczny – miło, że tyle osób się zjawiło, ale niemiło, jeśli tyle będzie musiało oglądać Twoją porażkę. Tego dnia jednak zdecydowanie na wierzchu był mój wewnętrzny ekstrawertyk, złakniony publicznych wystąpień, bycia wśród ludzi, pracy z publicznością – i czuję, że ten ekstrawertyk nie zawiódł mnie, gdy przyszło do czytania fragmentu mojej powieści.

Ja bardzo lubię bawić się w tekstach rytmem. Wydaje mi się, że robiłam to zawsze, ale odkąd nazwano mi to, co robię, robię już to bezczelnie świadomie. I teraz wyobraźcie sobie ten ship – z jednak strony tekst, który jest totalnie rytmiczny, jakby stworzony do głośnego czytania. Z drugiej strony ekstrawertyk, który tęskni za występowaniem.

Nawet wszystkie moje kompleksy – włącznie z wujkiem Marianem aka kompleksem fantasty – podejrzewały, że to się musi udać.

Przeczytałam. Bawiłam się rytmem. Słuchałam swojego głosu, a to nie budziło strachu, tylko zaciekawienie, chęć dalszego szukania i odkrywania, zabawy intonacją i reagowania na reakcje publiczności. Żeby było jasne – ja kocham pisać historie. Ale czuję, że równie mocno kocham je czytać i opowiadać – wśród ludzi, w kręgu, w blasku zaintrygowanych oczu.

Zeszłam ze sceny zajarana jak małe dziecko.

***

To takie momenty, w których nie liczy się kompleks fantasty, a dwa wilki tańczą pod rękę do jednego oberka.

Z Krakowa wywiozłam jeszcze więcej wspomnień. Leniwe śniadanie w ogródku pełnym krzaków, które przypomniało mi, że czasem warto się nie śpieszyć. Spacer po zakamarkach Kazimierza, który przypomniał mi, że czasem warto patrzeć w coś innego, niż w ekran. Morze ciepłych słów od moich sióstr w pisaniu, które sprawiły, że za każdym razem roniłam łezkę, dosłownie i w przenośni olewając makijaż. Bransoletkę z kamieni, które wyglądają jak esencja galaktyki i małą broszkę – lśniącego złotem ptaszka z targu staroci. Akwarelkę od Kali Jastrzębskiej, która służyła mi za podkładkę.

I myślę sobie o tym, że to wszystko wydarzyło się w moim życiu przez rok – bo rok temu postanowiłam wyjść z pisaniem na światło dzienne i poszłam na swoje pierwsze warsztaty, na Klub Otwartej Szuflady u Aleks Makulskiej.

A myśl ta rodzi kolejne, zuchwałe myślątka i myśliska.

***

Ostatnio przeczytałam opis książki, gdzie pisarz chwalił się tym, że została ona uprzednio wysłana na solidny roast do innych kolegów-pisarzy. No fajnie, myślę sobie. Może to faktycznie działa, takie wieczne skupianie się na tym, co słabe, dopatrywanie błędów i niedoskonałości, kopanie pod sobą samym dołka.

Ale ja czuję, że o wiele większe cuda dzieją się wtedy, gdy skupiamy się na tym, co już jest dobre. Gdy rozwijamy to, co już umiemy. Gdy mówimy innym o tym, co w nich jest mocne.

Gdy pozwalamy latać nieopierzonemu pisklątku i dmuchamy w jego skrzydełka zamiast patrzeć, czy odcień szarości piórek jest na pewno w porządku.

Coś wam podpowiem, perfekcjoniści i kompleksy.

Nigdy nie będzie w porządku.

Zawsze coś się znajdzie, jeśli chcecie, żeby się znalazło.

Dlatego możemy się od siebie odwalić i robić rzeczy, które ciągną do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne.

Po prostu piękne, wypływające z serca rzeczy.

Jak krew, która w całe ciało pompuje życie.

Rytuał Alberta Gżegżółki

Albert Gżegżółka, rektor Wyższej Szkoły Mediów, niechętnie zasiadał do wieczornego rytuału. To nie końca znaczyło, że rektor Gżegżółka nie lubił rutyny – wręcz przeciwnie, Albert Gżegżółka pasjami kochał przewidywalność i spokój, nawet jeśli sam z natury był hipochondrykiem i panikarzem, który topił strachy w tanim winie, pitym z butelki po drogiej whisky.

W końcu Gżegżółka w Wyższej Szkole Mediów uczył ludzi, jak być medium i słyszeć głosy z zaświatów, a to przecież poważny zawód.

Powagi temu zawodowi nie odbierał fakt, że Albert Gżegżółka był szynszylą. To znaczy, kiedyś w zamierzchłych czasach Albert był germańskim wojownikiem, ale skrył się w ciało gryzonia i tak już sobie radośnie pozostał na wieki. Mały może więcej, mamrotał zawsze, zgrzytając zębami, gdy ktoś się pytał o powody tej decyzji.

Ale teraz nikt o nic nie pytał Alberta Gżegżółki.

Teraz Albert Gżegżółka otwierał starą księgę z pomocą nieporadnej szynszylej łapki. Ogonkiem zmiótł kurz, zazgrzytał zębami, widząc nadgryzione brzegi starego manuskryptu, a potem wskoczył na rozłożone karty i zaczął czytać.

Miał na dzisiaj wielkie cele.

Jutro czekała go wizytacja Urzędu Skarbowego. Dzisiaj musiał wywołać Widmo Golema Gniewu.

Pora nie była najlepsza ku temu. W gabineciku Alberta tlił się tylko jeden, malutki kandelabr, wiszący nad biurkiem. Okna zasłonięte były zawsze czerwonymi, zamszowymi zasłonami – Albert wiedział doskonale, że studenci Szkoły śmieją się, że jest to czerwień rodem z burdelu, ale on to zdecydowanie lekceważył.

Chodził do burdeli, gdy genotypy rodzin tych studentów krążyły jeszcze w galaktycznym pyle, mogą mu chujki naskoczyć.

Pogrążył się w lekturze manuskryptu, ale dopisek na brzegu, ustylizowany na średniowieczne monstrum, powiedział mu więcej, niż cały uczony opis. Zapamiętaj medium młode, czerwień krwi lej najpierw w wodę – przeczytał, a lata alchemicznych szkoleń stanęły mu jak żywo przed oczami.

Zeskoczył z księgi i podreptał w kąt gabineciku, gdzie miał przenośne, miniaturowe laboratorium. Wskoczył na niski blacik, rozejrzał się dookoła, po miseczkach, alembiczkach, rureczkach i słoiczkach z substancjami. Woda już tam stała w małej, cynowej balijce – Albert wydobył ze szkatuły niewielki nożyk, dostosowany do szynszylej łapki i raz jeszcze spojrzał na przyrządy. Musiał zamówić je w sklepie z zabawkami, specjalnym, rzemieślniczym i drogim jak cholera. Ale wciąż miał przed oczami minę rzemieślnika, któremu jeden z nauczycieli Szkoły – oczywiście z Albertem w wykładanej pluszem klatce – tłumaczył, że chce zestaw małej alchemiczki dla swojej córeczki. Żebyś ty widział, przygłupie, co ja z tym do tej pory zrobiłem, pomyślał chełpliwie Albert, bo jego duma była jak dobre wino: im starsza, tym w lepszej kondycji.

Teraz chciał robić rzeczy równie wspaniałe.

Skupił się. Szynszylim pyszczkiem wymamrotał inkantację i wkurwił się jak zawsze, gdy „R” wyszło mu chujowo przez przednie zęby. Odśpiewał Starożytną Pieśń Umarłych od tyłu, sypnął księżycowego proszku na taflę wody, chwycił w pazurki suszonego żabiego płodu i zanurzył go do wody.

A potem złapał w pazurki nożyk, odgarnął sobie futerko i delikatnie, bardzo delikatnie, naciął skórę przy łapce.

Kropla szynszylowej krwi spłynęła na taflę wody, a uderzenie zmiotło Alberta Gżegżółkę na drugą stronę pokoju.

Padł w kąt i nakrył się własnym tyłkiem. Wygrzebał się spod niego akurat wtedy, gdy czerwony kłąb wzbijał się w powietrze. Formował się z rozmachem jak atomowy grzyb – najpierw węzły mięśni na ramionach, potem potężne, gruzłowate piersi, dwie kolumny nóg, aż wreszcie głowa. Wielka głowa z czarnymi dziurami oczu i rozwartym szeroko pyskiem zatrzęsła się jak łeb lwa. Pięści widma ścisnęły się, jakby już czuły pod sobą szyje wrogów, a pysk rozwarł się jeszcze szerzej.

Nakurwiaj, Golemie Gniewu, pomyślał mściwie Gżegżółka.

Rozpierdol ten urząd w cholerę.

Idź i wchłoń ich w swoje trzewia, zalej rozpaczą i napełnij lękiem serca ich wszystkich, bo jesteś…

– CZERWONYYYY JAK CEEEGŁA! – zawyło widmo z entuzjazmem i wygięło widmowe ciało w pozie godnej piosenkarza – ROZGRZANY JAK PIEEEEC…

Albert Gżegżółka zaklął.

***

Następnego dnia na korytarzu woźna Lucyna pierwsza zagadała do rektora, gdy zmierzał na zajęciach po balustradzie eleganckich schodów.

– A co to tak śpiewało przez pół nocy rektorze? – woźna oparła się o szczotkę gestem, który Albert uznałby za zalotny, gdyby nie był szynszylą.

– Absolutnie nic.

– Ja słyszałam, rektorze. Najpierw Czerwony jak cegła, potem Lady in Red, była też sekcja piosenki patriotycznej w postaci Czerwony Maków, polski pop i Czerwone Korale, a nawet…

– To Poskrobko jest na rauszu – rzucił zdawkowo Albert, wykrzywiając pyszczek w półuśmiechu diabolicznym nawet jak na szynszylę.

– To brzmi, jakby ktoś wyczarował Widmo Golema Śpiewu – oboje usłyszeli głos Romana Poskrobki, nauczyciela wabienia zmarłych, za swoimi plecami.

Roman schodził po schodach lekkim krokiem, a Albert znów zaklął pod szynszylim nosem, ponure myśli śląc pod adresem autora starego manuskryptu.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu. – oświadczył zimno i już miał ruszać dalej, gdy pijackie wycie znów poniosło się po korytarzu szkoły.

Red, red, wine – śpiewał znajomy głos widma, ale oprócz niego słychać było trzy zapijaczone alty i jeden rozedrgany sopran.

– Niezłe te Widmo – dodał Poskrobko – Nie wiem, skąd się wzięło, ale zdążyło rozpić wizytację, wciągnąć je na karaoke i nikt nie siedzi z nosem z papierach. Czy coś rektorowi o tym wiadomo?

W swoim szynszylowym sercu Albert zmienił osąd sytuacji.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu – powtórzył i uśmiechnął się tajemniczo – Ale znajomy znajomego ma manuskrypt, który potrafi jego sprowadzić. Wiecie, gdzie mnie szukać, jeśli ten potwór będzie kiedyś jeszcze potrzebny.

Powlókł się w górę balustrady z godnością, a wszyscy, którzy go później spotykali, zgodnie twierdzili, że dla rektora musiał to być dobry dzień.

Kochanica Mgieł

Kochanica Mgieł wyrosła na granicy mojego świata bez najmniejszego ostrzeżenia. Pojawiła się któregoś dnia – albo któregoś dnia po prostu ją zauważyłem – ale już następnego ranka, gdy spojrzałem na lekką koronkę jej kształtów, poczułem się tak, jakby miejsce na nią od zawsze tu było.

Ale czy to możliwe, by żywy duch tkwił w czymś, co wyrasta z martwej ziemi?

***

Zawiśniesz, Mosa, mówili wtedy w moim mieście wszyscy, którzy mnie spotykali. O moim stryczku gadały baby na targach i mieszczanie w oberżach, rzemieślnicy w warsztatach i altarystki w nawach Kawerny. Będziesz wisiał, kręcił głową mój szczery przyjaciel Agarion i wyjątkowo żaden przepis miejskiego prawa nie przychodził mu do głowy, choć Agarion miał dyplomatyczny łeb do prawnych kruczków. Będziesz wisiał, mruczała moja szczera przyjaciółka Animede, a w jej oczach błyszczał wtedy ogień, taki sam, który tańczył na jej rękach, gdy wzywała swoją moc magii. Będziesz wisiał, mamrotał jej kochanek, Anneir Esster, a jemu to ja się kłaniałem i mruczałem dwornie: byleby by razem z tobą, bo strasznie się żeśmy z tym bucem nie lubili.

A potem po mnie przyszli.

Czułem już w kościach, że to tak się skończy, gdy pewnego deszczowego popołudnia pełniłem swoją posługę. Wezwali mnie rano bez ostrzeżenia. Kazali mi grać moje pieśni i moje melodie, a kiedy szczury wylazły ze wszystkich kątów – otępiałe, uśpione, z czarnym koralikami oczu zalanymi dziwną rozkoszą – po szuraniu ich nagich ogonów i chrobocie ich pazurzastych łapek rozległy się mniej subtelne hałasy buciorów strażników.

Ja byłem szczurołapem miasta Veira. Ostatnim stworzeniem swojej profesji, które potrafiło rytm życia zaklinać rytmem muzyki.

A jaśnie książę mojego miasta był pierwszym stworzeniem swojej profesji, które magii na ulicach wypowiedziało wojnę.

Myślę, że mógłbym wymienić parę rzeczy, które stało na przeszkodzie naszego dogadania się. Po pierwsze, była to moja pyskata morda. Po drugie, była to moja pyskata morda. Po trzecie, był to mój absolutny brak tolerancji dla tych sytuacji, w których słuchać się musiałem idiotów, w skrócie – moja pyskata morda. Działał w mieście cech magiczny, który układał się z księciem. Żyli magicy, którzy dali się wpisać w rejestry i prawa, zasady i zarządzenia, cenniki i katalogi – ale ja do nich nie należałem. Ja nosiłem z godnością moją pyskatą mordę i wszystkie honory, jakie przynosiła: uliczne pieśni, uśmiechy dziewcząt, zniżki w oberżach i te mniej przyjemne – urazy księcia, fochy miejskiej władzy i hordy wkurwionych strażników.

Tamtego deszczowego popołudnia uciekałem zatem przez tunele ulic mojego miasta, gnałem między wąwozami zaułków i pod czujnym okiem kamienic, a potem dalej i dalej, byle za mury, byle za horyzont, byle tam, gdzie nie dostrzeże mnie czujne oko śmierci, dla zmylenia ubrane w bordowy kubrak strażnika.

Tamtego deszczowego popołudnia spotkałem Kochanicę.

***

Najpierw jej pajęcze kształty dostrzegłem na jednym z miejskich dziedzińców. Rosła przy murze, niemal wtulała się w kamienną tkankę, a jej rachityczne linie wznosiły się ku niebu jak ramiona omdlewającej kobiety. Wtedy spojrzałem na nią i pognałem dalej – mógłbym po jej ciele wspiąć się na mur, ale było zbyt wątłe, nie utrzymałoby mojego ciała lekkością swojego bytu.

Potem minąłem ją w jednej z wioseczek – rosła przy drodze, wznosiła się leniwie znad zarośli i krzaków, a ja zatrzymałem się na chwilę, choć byłem ofiarą pościgu. Poznałem delikatny rysunek gałęzi, zdziwiło mnie, że parę godzin wcześniej ten sam szkic dostrzegłem wśród ulic mego miasta.

A potem znalazłem chatę na bagnach, skryłem się tam, oddałem drewnianej ruince siebie i swoje bezpieczeństwo.

Po kilku dniach ona już tam była – choć przysiągłbym, że poprzedniego wieczoru nic nie znaczyło przestrzeni w tym miejscu.

Nie wiem, dlaczego nazwałem ją Kochanicą Mgieł. Może w głuchych ostępach brakło mi drugiego człowieka. A może po prostu nasz pierwszy poranek we mnie został – ten, w którym dostrzegłem jej wątły rysunek gałęzi i spowijające ją mleczne kłęby. Mgły otulały ją jak sukienka, jak lekki tiul, jak delikatny szal, który tańczył wśród czerni jej kształtów w rytm melodii wichrów. Pamiętam, że patrzyłem wtedy długo. Na jej taniec, na misterną plątaninę suchych traw, które naokoło niej wznosiły się ledwo ku górze. Na czarny pierścień lasu, który z jednej strony zamykał horyzont jak cicha, choć poruszona widownia. Na szarości nieba, które otwierało się po jej drugiej stronie jak najwspanialsza scena.

Patrzyłem w jej stronę rano i żegnałem się z nią wieczorem. Widziałem jej czarne kreski w złotych światłach zachodu i różowych blaskach jutrzenki. Drżałem, gdy ona rzucała się na wietrze i oddychałem spokojniej, gdy ona rozprostowywała swoje koronki.

Czasem, gdy księżyc zalewał blaskiem ziemię, zdawało mi się, że widzę jej cień bliżej.

A czasem, gdy noc przynosiła aksamitną ciemność, wołałem ją przez sen do siebie.

– Śledzisz mnie, Kochanico? Przyjdź do mnie, Kochanico. Wiem, że tam jesteś, wśród pustek i mgieł – któregoś razu obudziłem się z tym krzykiem na ustach i pierwszy raz od dawna przestraszyłem się siebie.

Kilka dni później pierwszy śnieg spadł na bagnach, a Kochanica oprócz mgielnej sukienki przybrała ciężki kubrak śniegu. Jej czarne witki ugięły się ku ziemi, jej kształty zatraciły swoją ostrość, jej czerń ukryła się w jasności. Ale to nadal była ona. Nadal tańcowała, nadal kusiła i wabiła. Jej cienie stały w okienku zrujnowanej chatki, która kryła rumowisko tajemnic dawnych mieszkańców i moje własne życie. Jej ciało świszczało razem z wichrem, zawodząc żałobne piosenki, aż któregoś ponurego wieczoru poczułem, że straszno mi zerkać przez okienko.

Wtedy zacząłem znajdować na śniegu krew.

Któregoś ranka rozwleczone ciało myszy powitało mnie na progu. Potem ranna sarna konała na śniegu, choć jej krew nie zwabiła żadnego drapieżnika. Kilka dni później czyste śnieżne białości skalała czerń rozdartego wpół ptaka. Wziąłem jego zmarznięte ciało ostrożnie do ręki, schowałem w kieszenie za dużego płaszcza, który znalazłem wśród rupieci chatynki i przy ogniu dopiero dostrzegłem, co kryło się w jego sercu.

Czarny oścień, potężna drzazga wystawała jak skaza z zastygniętej krwi, a ja po raz pierwszy poczułem, że na tych bagnach nie żyję w samotności.

I nie było to wcale przyjemne uczucie.

Tej samej nocy krzyk śmierci wyrwał mnie z niespokojnego spania. Zerwałem się, jakbym na nowo poczuł oddech pościgu na karku, ale te wrzaski nie wyrywały się z gardła żadnego człowieka. Wydzierały się w ciemność zdławione, zduszone, jakby podlane krwią ginącego stworzenia i ściśnięte tkanką umierającego ciała. Serce mi łomotało, oddech nie mógł się uspokoić, a gardło same chciało razem z nimi krzyczeć.

I zakrzyczało, gdy wichry i wrzaski za oknem nagle ułożyły się w słowo.

Gdy wśród symfonii śmierci usłyszałem wycie, co ułożyło się w moje własne imię.

Zerwałem się, jakbym nagle narodził się na nowo. Chwyciłem ostatni płonący szczap drewna. Wypadłem z chatynki, wskoczyłem między śniegi. Cisza bezgwiezdnej nocy wisiała naokoło mnie jak kir, ale ja bez omyłki dopadłem do Kochanicy.

Stanąłem przed jej chropowatym ciałem i w blasku swojego ognia dostrzegłem rys jej koronki. Machnąłem ogniem, który cisnął w jej stronę iskry, a ja ze wszystkich swoich myśli, strachów i przerażeń wycisnąłem jedno, rozedrgane słowo.

– Dosyć.

Nad ranem już jej tam nie było.

***

Rzuciłem się wtedy w bagienne ostępy. Zacząłem jej szukać, tropić każdą polanę, zaglądać w truchła zarośli, przyglądać się wszystkim kształtom, napotkanym na drodze. Ale żaden nie miał w sobie lekkości Kochanicy. Żaden nie był nawet cieniem.

Wróciłem do chatki.

Stanąłem na progu zrujnowanego domostwa, gdzie tliły się ostatnie iskry paleniska.

Nie byłem sam.

W pierwszej chwili serce stanęło mi na moment, a krew zatętniła szybciej w moich żyłach. Ktoś tu był, ciemne kształty rysowały się nad ogniem, a sylwetka sięgała aż do krzywego sufitu.

W drugiej chwili rozpoznałem człowieka.

– Niech cię szlag, Mosa – moja szczera przyjaciółka Animede odwróciła się od ognia, a mi nagły zawrót uderzył do głowy. Myślałem, że Animede mnie chwyci w objęcia, ale ona zatrzymała się przede mną, ujęła moją twarz w swoje zimne dłonie i przyjrzała mi się uważnie – Wyglądasz, jakbyś wyszedł z siebie. I przynajmniej połowę siebie zostawił.

Chciałem jej coś powiedzieć. Zażartować, powitać. Przytulić ją, uścisnąć ludzkie ciało na powitanie.

Byłem w stanie jedynie krzywo się uśmiechnąć.

– Na przyszłość, jak będziesz szukał kryjówki, to zlituj się i zostaw mi chociaż pół śladu – parsknęła Animede – Teraz wszyscy w mieście pytają się o ciebie, a książę nie śpi po nocach i przez sen błaga cię o wybaczenie.

– Żartujesz – westchnąłem słabo.

– Żartuję – Animede wyszczerzyła się bezczelnie – Ale możesz bezpiecznie już wracać.

Rozejrzałem się bezradnie po chatynce, której wnętrznościom powierzyłem swoje ciało. Spojrzałem bacznie w okienko.

– Chyba, że nie chcesz – usłyszałem drwiący głos Animede – Kto ciebie tam wie, może masz wśród tych mgieł jakąś kochanicę.

***

Jeszcze tego samego dnia Animede, mistrzyni ogniowej magii, wyprowadziła swojego przyjaciela z bagiennych ostępów. Szczurołap Mosa szedł obok niej, kulił wątłe ramiona w za dużym płaszczu na mrozie, a jego czarne, duże oczy wydawały się jeszcze większe w wychudzonego twarzy. Nie mówił nic. Nie śmiał się, nie pyskował, nie pytał się, czy Anneir Esster już kopnął w kalendarz, albo dostał po ryju – jak to Mosa miał zawsze we zwyczaju.

Zamiast tego gapił się smętnie przed siebie.

A Animede mogłaby przysiąc, że blednie jeszcze bardziej, gdy łąki przy drodze zmieniały się w czeluści lasu.

I zupełnie nie mogła się domyślić, dlaczego.

– Łypiesz w te krzaki, jakby tam siedziało co złego – odezwała się, gdy wychodzili z małego gaiku, a Mosa strzelał niepewnym spojrzeniem na boki.

– Powiedzmy, że ich kształty są z lekka niepokojące – mruknął wymijająco i przyspieszył kroku, jakby chciał szybciej znaleźć się wśród uschłych łąk, które zaraz za gaikiem słały się aż po horyzont.

– Mam lekarstwo na niepokój – Animede zatrzymała go – to kształty martwe, jak sama ziemia, nie ma w nich nic żywego.

Wyciągnęła dłoń ku chaszczom, przywołała ogień, a iskry rozbłysnęły na jej palcach. Mosa spojrzał na nią zdziwiony jak kot, któremu ktoś ośmieli się stanąć na drodze. Przyskoczył do niej, złapał ją za rękę, a iskierki odbiły się w blaskiem w czarnych, rozszerzonych oczach.

– Zostaw – powiedział ostrożnie i odsunął jej rękę – ja już wiem, że żywy duch wyrasta także z martwej ziemi.

Studnia od dech

Studnia od dech, tak na nią mówili w sąsiedztwie.

Nikt nie pamiętał, dlaczego tu stała i kto z niej ostatni korzystał. Żaden znany mi człowiek nie wydobył z niej nawet kropli ożywczej wody, przesyconej słonym smakiem podziemi. Studnia od dech sterczała od lat na środku kamienicznego dziedzińca, gardziel miała zawaloną starych dechami, belami i innym rumowiskiem, a jej smętny kształt przypominał widmo, czające pod oknem.

Któregoś razu skusiła mnie studnia od dech. Któregoś dnia – posępnego dnia, mokrego dnia – gdy wracałem do domu mojej matki, zatrzymałem się przy niej chwilę za długo. W okręgu dziedzińca widziałem matczyne okno, widziałem, jak wydobywa się z niego strużka dymu, zwiastująca posiłek, w którym moja matka zaklinała najlepsze smaki i uczucia. A jednak zatrzymałem się nad studnią od dech i delikatnym ruchem uchyliłem jej klapę. Znałem jej wnętrze, bo odkąd pamiętam, zerkaliśmy tam z okolicznymi chłopakami – my dorastaliśmy i zmieniały się nasze twarz, a ona stała niezmiennie.

W ten ponury dzień jednak kanciaste trzewia studni wydały mi się inne.

W czarnym kręgu widziałem te same ślady dziesiątek lat ludzkiej egzystencji, które sterczały tu zawsze. Kto to wymyślił, mówiła zawsze moja matka, robić ze studni śmietnisko to jak ucinać drzewo na pustyni – choć sama na żadnej pustyni nie była. Ale dzisiaj ten chaos rzeczy miał w sobie jakąś niespotykaną głębię, zupełnie tak, jakby próbował coś do mnie powiedzieć w rozpaczliwie kanciastych kształtach rumowiska.

Wróciłem do domu.

Przywitałem się z matką tak, jakby nie witał się z nikim. Zjadłem obiad tak, jakby nie miał przed sobą żadnego jedzenia. Mała Seffe coś paplała, ale moje myśli otulone były obrazem zaklętego w kręgu rumowiska i żadne z jej słów nie przebiło tej powłoki. Zaszyłem się w swoim kąciku i nie wyszedłem z niego do momentu, w którym noc rozpostarła swoje dłonie nad miastem, opuszkami snu zamykając oczy Seffe i mojej matki.

Wyszedłem z domu, gdy ciszę przerywał tylko rytm ich uśpionych oddechów.

Studnia czekała na mnie. Znów do niej podszedłem, znów podniosłem jej klapę, a widok rumowiska przywitał mnie jak tajemnicza kochanka.

Pierwsze krzywizny porzuconych desek były całkiem nisko.

Przywołałem swoją drugą postać i wlazłem.

Lubiłem swoją magiczną właściwość, choć nie rozumiałem jej wcale. Dookoła mnie żyło przecież mnóstwo ludzi, starych i młodych, pięknych i brzydkich, a żaden z nich nie umiał stawać się zwierzęciem. Ale tej nocy nie protestowałem – gdy kocie pazury wpiły się we wpółzmurszałe drewno, poczułem na grzbiecie dreszcz tajemnicy.

Ostrożnie zszedłem w dół po starej desce. Zanurzyłem się w rumowisko, przesmyrgnąłem się między jedną arkadą śmietniska, a drugą. Zagłębiłem się w kolejne warstwy. Ogryzki ludzkiego świata, wyrzutki ludzkich domów, resztki ludzkich światów miały wąskie luki między sobą, malutkie przejścia, niewielkie przestrzenie, które moje kocie ciało wypełniało z łatwością. Schodziłem w dół precyzyjnie, kuliłem kark, obniżałem łapy, kręciłem wąsem i okiem przebijałem ciemność – jakbym był na postronku tajemnicy.

Trzask, który zdławionym echem poszedł w kamiennym gardle, spłoszył mnie o chwilę za późno.

***

Gdy obudziłem się, leżałem w tępych objęciach bólu i kałuży własnej krwi. Podniosłem łeb, a za nim mozolnie stanęło całe ciało. Najpierw kark i przednie łapy, potem ściśnięty brzuch, za nim tylne łapy i ogon, który bolał tak, jakby ktoś mi go złożył w harmonijkę. Wpieprzyłeś się, pomyślałem, bo kocie oko po jednej stronie widziało hałdę śmiecia – tę, która gdzieś na górze musiała sięgać wylotu studni od dech – a po drugiej stronie otwierający się w ciemność korytarz.

A co najgorsze, w tej ciemności nie byłem samotny.

Słyszałem to wyraźnie i czułem, że ten rytm nie wydobywa się z moich wnętrzności. Och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – byłem przekonany, że ktoś tu oddychał.

Zastygłem, czekając na atak, ale żaden nie nadchodził. Tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, lekki rytm, który tańczył w miejskich podziemiach. Cicho, cichutko, zrobiłem parę kroków w głąb osobliwego korytarza. Znów och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, jak odwieczne echo, kołaczące się w trzewiach miasta. Wspomniałem na wszystkie legendy, na wszystkie historie z mojego miasta o tym, jak magiczne siły wyrwały jego tkankę z ziemi, wznosząc budowle na powierzchni i korytarze pod powierzchnią. To musiał być jeden z nich, ale nic – tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – towarzyszyły mi w tym spotkaniu z jego tajemnicą.

Dałem się wciągnąć w ten rytm, by gorzka myśl o śmierci nie rozgościła się w mojej głowie. Ruszyłem w głąb korytarza, bo na podróż w górę sterty raczej nie mogłem liczyć. Zdawało mi się, że jest wydarty w samej ziemi, nie miał płaszczyzn sklepienia, tylko poharatane skaliska, a wznosił się nie za wysoko, jakby stworzony był mocą niezbyt wysokiego człowieka.

Rytm nie ustawał mimo moich kroków – mało tego, w pewnej chwili zorientowałem się, że biec zaczyna kilkoma głosami, że tu jeszcze och i ach, a tam już wydech i wdech, a jeszcze gdzie indziej: wciągnięcie i luz. Po kolejnych kilku krokach słyszałem już wyraźnie, jakby to płuca kilku istot tłoczyły swoją pieśń, jakby to głosy kilku stworzeń odbijały się echem.

Po następnych krokach wtopiłem się zupełnie w ten rytm.

W mojej głowie wybuchły wszystkie głosy – już nie wdechy i wydechy, ale słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jakbym nagle znalazł się w samym sercu tłumu. Słuchałem, chłonąłem, byłem, nie patrzyłem już na ciemność i nie obchodził mnie mrok. Tylko słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jak wielka symfonia miasta, jak rytmy wszystkich płuc i serc, które biły na powierzchni.

A może i rytmy z przeszłości, pomyślałem nagle, gdy zacząłem rozróżniać słowa w mroku. Niektóre żaliły się, niektóre cieszyły się, niektóre nawoływały do boju, a ja, w samym sercu ciemnego korytarza bez nadziei, tonąłem w nich, tuliłem się w nich i każdą moją myśl oddawałem tym bezcielesnym myślom.

Nie poczułem, gdy do głosów w mroku dołączył mój głos.

A potem wszystko stało się rytmem.

***

Matka mi powiedziała, że znaleźli mnie na drugim końcu miasta, wybrudzonego i skrwawionego jak rozbitek. Seffe mi powiedziała, że pięć srebrców zapłaciła lokalnej żulerii, by pomogli mnie szukać w zakazanych rewirach kwartału nieboraków. Ale to i tak ona dostrzegła mnie pierwsza – ona znalazła mnie w piwnicach opuszczonej kamienicy, których gardziel głęboko wpijała się w mrok.

Ponoć, gdy mnie znaleźli, szeptałem jeszcze jakieś słowa.

Och i ach, wydech i wdech, rytm i tajemnica.