Studnia od dech

Studnia od dech, tak na nią mówili w sąsiedztwie.

Nikt nie pamiętał, dlaczego tu stała i kto z niej ostatni korzystał. Żaden znany mi człowiek nie wydobył z niej nawet kropli ożywczej wody, przesyconej słonym smakiem podziemi. Studnia od dech sterczała od lat na środku kamienicznego dziedzińca, gardziel miała zawaloną starych dechami, belami i innym rumowiskiem, a jej smętny kształt przypominał widmo, czające pod oknem.

Któregoś razu skusiła mnie studnia od dech. Któregoś dnia – posępnego dnia, mokrego dnia – gdy wracałem do domu mojej matki, zatrzymałem się przy niej chwilę za długo. W okręgu dziedzińca widziałem matczyne okno, widziałem, jak wydobywa się z niego strużka dymu, zwiastująca posiłek, w którym moja matka zaklinała najlepsze smaki i uczucia. A jednak zatrzymałem się nad studnią od dech i delikatnym ruchem uchyliłem jej klapę. Znałem jej wnętrze, bo odkąd pamiętam, zerkaliśmy tam z okolicznymi chłopakami – my dorastaliśmy i zmieniały się nasze twarz, a ona stała niezmiennie.

W ten ponury dzień jednak kanciaste trzewia studni wydały mi się inne.

W czarnym kręgu widziałem te same ślady dziesiątek lat ludzkiej egzystencji, które sterczały tu zawsze. Kto to wymyślił, mówiła zawsze moja matka, robić ze studni śmietnisko to jak ucinać drzewo na pustyni – choć sama na żadnej pustyni nie była. Ale dzisiaj ten chaos rzeczy miał w sobie jakąś niespotykaną głębię, zupełnie tak, jakby próbował coś do mnie powiedzieć w rozpaczliwie kanciastych kształtach rumowiska.

Wróciłem do domu.

Przywitałem się z matką tak, jakby nie witał się z nikim. Zjadłem obiad tak, jakby nie miał przed sobą żadnego jedzenia. Mała Seffe coś paplała, ale moje myśli otulone były obrazem zaklętego w kręgu rumowiska i żadne z jej słów nie przebiło tej powłoki. Zaszyłem się w swoim kąciku i nie wyszedłem z niego do momentu, w którym noc rozpostarła swoje dłonie nad miastem, opuszkami snu zamykając oczy Seffe i mojej matki.

Wyszedłem z domu, gdy ciszę przerywał tylko rytm ich uśpionych oddechów.

Studnia czekała na mnie. Znów do niej podszedłem, znów podniosłem jej klapę, a widok rumowiska przywitał mnie jak tajemnicza kochanka.

Pierwsze krzywizny porzuconych desek były całkiem nisko.

Przywołałem swoją drugą postać i wlazłem.

Lubiłem swoją magiczną właściwość, choć nie rozumiałem jej wcale. Dookoła mnie żyło przecież mnóstwo ludzi, starych i młodych, pięknych i brzydkich, a żaden z nich nie umiał stawać się zwierzęciem. Ale tej nocy nie protestowałem – gdy kocie pazury wpiły się we wpółzmurszałe drewno, poczułem na grzbiecie dreszcz tajemnicy.

Ostrożnie zszedłem w dół po starej desce. Zanurzyłem się w rumowisko, przesmyrgnąłem się między jedną arkadą śmietniska, a drugą. Zagłębiłem się w kolejne warstwy. Ogryzki ludzkiego świata, wyrzutki ludzkich domów, resztki ludzkich światów miały wąskie luki między sobą, malutkie przejścia, niewielkie przestrzenie, które moje kocie ciało wypełniało z łatwością. Schodziłem w dół precyzyjnie, kuliłem kark, obniżałem łapy, kręciłem wąsem i okiem przebijałem ciemność – jakbym był na postronku tajemnicy.

Trzask, który zdławionym echem poszedł w kamiennym gardle, spłoszył mnie o chwilę za późno.

***

Gdy obudziłem się, leżałem w tępych objęciach bólu i kałuży własnej krwi. Podniosłem łeb, a za nim mozolnie stanęło całe ciało. Najpierw kark i przednie łapy, potem ściśnięty brzuch, za nim tylne łapy i ogon, który bolał tak, jakby ktoś mi go złożył w harmonijkę. Wpieprzyłeś się, pomyślałem, bo kocie oko po jednej stronie widziało hałdę śmiecia – tę, która gdzieś na górze musiała sięgać wylotu studni od dech – a po drugiej stronie otwierający się w ciemność korytarz.

A co najgorsze, w tej ciemności nie byłem samotny.

Słyszałem to wyraźnie i czułem, że ten rytm nie wydobywa się z moich wnętrzności. Och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – byłem przekonany, że ktoś tu oddychał.

Zastygłem, czekając na atak, ale żaden nie nadchodził. Tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, lekki rytm, który tańczył w miejskich podziemiach. Cicho, cichutko, zrobiłem parę kroków w głąb osobliwego korytarza. Znów och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, jak odwieczne echo, kołaczące się w trzewiach miasta. Wspomniałem na wszystkie legendy, na wszystkie historie z mojego miasta o tym, jak magiczne siły wyrwały jego tkankę z ziemi, wznosząc budowle na powierzchni i korytarze pod powierzchnią. To musiał być jeden z nich, ale nic – tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – towarzyszyły mi w tym spotkaniu z jego tajemnicą.

Dałem się wciągnąć w ten rytm, by gorzka myśl o śmierci nie rozgościła się w mojej głowie. Ruszyłem w głąb korytarza, bo na podróż w górę sterty raczej nie mogłem liczyć. Zdawało mi się, że jest wydarty w samej ziemi, nie miał płaszczyzn sklepienia, tylko poharatane skaliska, a wznosił się nie za wysoko, jakby stworzony był mocą niezbyt wysokiego człowieka.

Rytm nie ustawał mimo moich kroków – mało tego, w pewnej chwili zorientowałem się, że biec zaczyna kilkoma głosami, że tu jeszcze och i ach, a tam już wydech i wdech, a jeszcze gdzie indziej: wciągnięcie i luz. Po kolejnych kilku krokach słyszałem już wyraźnie, jakby to płuca kilku istot tłoczyły swoją pieśń, jakby to głosy kilku stworzeń odbijały się echem.

Po następnych krokach wtopiłem się zupełnie w ten rytm.

W mojej głowie wybuchły wszystkie głosy – już nie wdechy i wydechy, ale słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jakbym nagle znalazł się w samym sercu tłumu. Słuchałem, chłonąłem, byłem, nie patrzyłem już na ciemność i nie obchodził mnie mrok. Tylko słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jak wielka symfonia miasta, jak rytmy wszystkich płuc i serc, które biły na powierzchni.

A może i rytmy z przeszłości, pomyślałem nagle, gdy zacząłem rozróżniać słowa w mroku. Niektóre żaliły się, niektóre cieszyły się, niektóre nawoływały do boju, a ja, w samym sercu ciemnego korytarza bez nadziei, tonąłem w nich, tuliłem się w nich i każdą moją myśl oddawałem tym bezcielesnym myślom.

Nie poczułem, gdy do głosów w mroku dołączył mój głos.

A potem wszystko stało się rytmem.

***

Matka mi powiedziała, że znaleźli mnie na drugim końcu miasta, wybrudzonego i skrwawionego jak rozbitek. Seffe mi powiedziała, że pięć srebrców zapłaciła lokalnej żulerii, by pomogli mnie szukać w zakazanych rewirach kwartału nieboraków. Ale to i tak ona dostrzegła mnie pierwsza – ona znalazła mnie w piwnicach opuszczonej kamienicy, których gardziel głęboko wpijała się w mrok.

Ponoć, gdy mnie znaleźli, szeptałem jeszcze jakieś słowa.

Och i ach, wydech i wdech, rytm i tajemnica.

Domkruszki: Tajemne ścieżki wszystkich moich kotów

Nie umiałabym teraz wymienić ich imion, choć wiem, że wszystkie je nazywałam.

Nie umiałabym opowiedzieć o futerkach i ich plamach, o ogonkach i ich łapkach, o tym, jak im się kładły na pyszczku wibrysy i czy reagowały na „kici-kici”. Gdzieś zgubiłam pamięć ich pomruków, tony ich pomiaukiwań, nie wiedziałabym, który koci gest przypisać do kociego ciała.

Ale przecież były.

Koty wałęsały się całymi czeredami wokół domu. Panoszyły się w ogrodzie i na grządkach, wyłaziły z zakamarków chlewika i spomiędzy drzewek. Były małe i duże, łaciate i pręgowane, a czasem przyprowadzały za sobą równy rządek piszczących, puchatych kulek. Przynosiły nam myszy. Spotykały mnie, gdy bawiłam się przy innym domu – wychodziły wtedy z obcych krzaków z taką miną, jakbym to ja wpadała do nich w odwiedziny. A czasem znikały, rozpływały się bez miauknięcia po to, by kilka dni później objawić się w martwej materii przy brzegu ulicy.

Raz w taki sposób zajrzałam w  oczko śmierci – pełne białych larw wśród skropionego czerwienią krwi kociego ciała.

Koty rozpanoszyły się wszędzie. Nawet w moich wspomnieniach ułożyły się wygodnie jak na słonecznej kanapie. Jedno z pierwszych zdjęć, jakie pamiętam, jedno z ulubionych, do których wracam jest przecież naznaczone ich doskonałością. Na tym zdjęciu siedzę na ławce – ja i moje na oko cztery lata, ja i moja słodka sukieneczka w bordowo-czarne pasy, do dziś pozostające kolorami mojego serca. W dłoni mam kijek ze sznurkiem i papierową witką, skręcony najpewniej przez tatę i dziadka, a dookoła mnie…

Oczywiście, że koty.

Koty skupione i rozstawione, czyhające na tle wiosennego buroszarego podwórka. Wpisane w moją historię razem ze wszystkimi zakamarkami stuletniego domu.

Patrzę czasem na trzy kociszcza, które teraz mruczą w moim życiu. Nie wiem, czy one wiedzą. Nie wiem, czy czują, że nie wzięły się znikąd. A może gdzieś między ludzkimi dźwiękami i kosmosem kocich spraw słyszą mruczenia kocich pokoleń, tych, które już przetoczyły się przez moje życie.

Może mój ludzki głos otacza mgławica kocich mruczeń, z kocią nonszalancją krążących na granicach żyć i śmierci.

Anatomia kariery

Do naszego gabinetu poczta przychodziła dwa razy w tygodniu. Z reguły były to: rachunki (na chuj z nimi), holoulotki (diabli nadali to ustrojstwo) albo pogróżki dla Neurina, jeśli jakaś matka odkryła tatuaż, który pociecha strzeliła sobie u niego, udając, że ma powyżej osiemnastu lat.

Ale tego dnia listonosz przyniósł przesyłkę do mnie. Stary robot pocztowy, który braki smaru w złączach nadrabiał sowicie alkoholem, zapukał do drzwi naszego gabinetu i wręczył mi paczuszkę.

– Pan pokwituje, panie Enneries – zaburczały trybiki, udające dźwięk mowy.

Totalnie zgłupiałem.

Nie chodzi o to, że zapomniałem, jak się podpisywać przy tradycyjnych listach. Ostatni list, jaki dostałem to ten, w którym Dyrekcja Astrouniwersytetu informuje moją matkę, że albo się ogarnę, albo moja rodzina zostanie zmuszona do zapłaty kary w wysokości… i tu leciała jakaś niebotyczna liczba astrodolarów, taka na dwie lub trzy linijki, bo na tyle szanowna Dyrekcja wyceniła sobie kłopoty z moją osobistością.

– No, otwórz ten list – łysy łeb Neurina wepchnął się między mnie a przesyłkę, gdy tylko robot poszedł – Może to kobieta?

Wynajmowaliśmy razem z Neurinem gabinet od wielu lat – ja, weterynarz kosmicznych kreatur, i on, tatuażysta kosmicznych kreatur. Do różnych jego dziwactw zdołałem się przyzwyczaić. Wiedziałem, że jego nerwy mają konsystencję galarety i wpada w panikę średnio co 3,5 sekundy. Wiedziałem, że zbiera uranogranaty w naszym gabinecie, a gdy nikt nie widzi: dzwoni do matki i opowiada jej o swojej karierze prawnika. Mało tego – raz nawet przearanżowaliśmy na łeb, na szyję nasz gabinet na prawniczą kancelarię, gdy szanowna madre postanowiła nas osobiście odwiedzić. Mieliśmy co prawda lekki problem, gdy maman dogrzebała się do tatuatorskich maszynek Neurina i moich serc szeklożuczków w formalinie, ale wykpiliśmy się tajemnicą śledztwa.

Ale poza tym wszystkim, Neurin był okropnym plotkarzem, a to już czasem ciężko szło mi zdzierżyć.

Szczególnie w takich chwilach, jak ta.

– Czy ty znasz taki kontrowersyjny termin jak tajemnica korespondencji? – zezłościłem się, ale wewnętrzny panikarz Neurina był zbyt zajęty lekturą.

– To z jakiejś szkoły? – mruknął, a ja odskoczyłem i zabrałem list sprzed jego nosa – Dogrzebali się, że razem podrobiliśmy Twój dyplom?

Kurwica mnie strzeliła i zalała całego.

– Nie podrobiliśmy mojego dyplomu, Neurin – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. W zasadzie to zmieniliśmy tylko „nie dopuszczony” na „dopuszczony”, czy to jednak warto toczyć aferę o trzy znaki?

– Ale jakaś szkoła do ciebie pisze – Neurin przezornie przesunął się w stronę swojego stanowiska – To co oni mogą chcieć innego?

Usiadłem za swoim biurkiem, lekceważąc parę wodnistych oczu, które śledziły mnie z psią wiernością i spojrzałem raz jeszcze na elektroniczny arkusz.

Przeczytałem to, co tam do mnie napisano.

Literka po literce, znak po znaku.

A potem zrozumiałem, że muszę się napić.

Poszedłem na zaplecze i wygrzebałem ostatnie piwo z lodówki. Kopie jak stąd do gwiazd, głosił szumny napis na etykiecie, a ja pożałowałem swoich wyborów. Do kurwy, mogłem zostać kolesiem, który pisze denne teksty na butelkach piwa i mój świat z pewnością byłby lepszy.

Ale nie był.

Ja zostałem kosmicznym weterynarzem i jak zawsze ściągnęło to na mnie nieszczęście.

– Jakie to miłe z ich strony – Neurin rozpromieniał się właśnie nad moim listem, gdy wróciłem – Uważam, że powinieneś być zachwycony.

Miałem nadzieję, że moja kwaśna mina wyraża coś zupełnie innego.

Poprosili mnie o poprowadzenie zajęć z weterynarii dla młodzieży najbogatszego gwiezdnego liceum.

To musiało się skończyć katastrofą.

***

To nie jest tak, że ja nie lubię szkół. Albo, że nie lubię młodzieży. Po prostu zęby mi w drugą stronę rosną od obcowania z przestarzałymi, zatwardziałymi organizacjami, których jedynym orężem jest hierarchia. A kociej mordy dostawałem od przebywania w towarzystwie nabuzowanej hormonami dziczy, której jedynym celem jest napić się astrowódki tak, żeby matka nie widziała.

No dobra, to jednak nie lubiłem szkół. I stanowczo nie cierpiałem młodzieży.

Do tego jeszcze drażnił mnie świat prestiżu, blichtru, modnych trendów i zasad, a autorytetom lubiłem udowadniać, że się mylą. Moja matka mogła twierdzić, że szkoła chciała mnie wywalić w deszczu zapłaconych pieniędzy, bo byłem leniem i nieukiem, ale ja doskonale pamiętałem każdą ciętą ripostę, jaką raczyłem swoich profesorów – starych dziadów we frakach, którzy ostatni raz oglądali na własne oczy zwierzę, gdy ich kot zeszczał się im na dywan i nigdzie nie było pokojówki.

Podsumowując, najbogatsze gwiezdne liceum brzmiało jak ostatnie miejsce, w którym chciałbym się znaleźć.

Gdy przyszedł ten nieszczęsny dzień, wyruszyłem z gabinetu zakutany w garnitur jak ostatni idiota. Poprzedniego wieczora próbowaliśmy namierzyć z Neurinem ten idealny strój na tę pieprzoną okazję, ale pokłóciliśmy się przy ocenie mojego ulubionego T-shirtu.

Ja twierdziłem, że będzie idealny, Neurin z wprawą stylistki dowodził, że zrobię z siebie jeszcze większego durnia, o ile to w ogóle możliwe. Nie rozumiałem jego uwag. Koszulka była solidna, miała nadruk z kotem, który ujeżdżał jednorożca na kręcącej się pizzy i ja nie miałem jej nic do zarzucenia.

Ale stchórzyłem ostatecznie i wziąłem garnitur.

Już w astrobusie ludzie patrzyli się na mnie jak na ważnego człowieka – a raczej, lustrowali takim wzrokiem mój garnitur. Miny pełne szacunku gasły, gdy ich wzrok zatrzymywał się na mojej twarzy. Pierwsze „dzień dobry” usłyszałem już na drodze do liceum – a kiedy winda wywiozła mnie wysoko do przeszklonego gmachu, na jego korytarzu czekało już na mnie trzech starych dziadów.

O, przepraszam, trzech szacownych nauczycieli.

– Czy pan Enneries? – zagadnął jeden z nich, zerkający krzywo zza najmodniejszych astrokularów.

– We własnej osobie – potwierdziłem i podałem rękę dziadydze, a reszta jego koleżków przyjrzała mi się znacząco.

– Mamy nadzieję, że zdaje sobie pan sprawę, gdzie pan został zaproszony – dziad uścisnął mi dłoń z wahaniem, a grymas wygiął jego starcze usta.

– Mam nadzieję, że zdają sobie państwo sprawę, kto został zaproszony – wypaliłem, jakby mój język ułożył się w słowa szybciej od moich myśli.

Zanim dotarłem do klasy, już byliśmy wrogami.

***

Spóźniłem się na te zajęcia o 1,5 minuty. Mówię o tym, bo uczniowie od progu powitali mnie tym wyrzutem – 1,5 minuty oddzieliło ich przecież od ich kariery i świetlanej ścieżki rozwoju, to 1,5 minuty w tyle za konkurencją, świat nie spał przez te 1,5 minuty.

Nie zesrajcie się z tymi minutami, miałem ochotę im odpowiedzieć.

Zamiast tego jednak powiedziałem:

– Dzień dobry.

Przed sobą miałem trzydziestkę z pewnością najbardziej zblazowanych stworzeń, jakie spotkałem w swoim życiu. Rozpoznawałem te typy bez wahania. Na ostatnich ławkach: cheerleaderki i chłopaki ze szkolnej drużyny, otoczeni wyziewami swoich nastoletnich hormonów. Na pierwszych ławkach: mściwe kujony, gotowe zabić, by nie pożyczyć notatek. W środkowych ławkach: wzgardliwe nerdy, chowające się w swoich klikach przed całym światem.

Wszyscy różni, ale połączeni najnowocześniejszym wnętrzem klasy, najmodniejszymi gadżetami i wyrachowaniem w nastoletnich oczach.

– Na dzisiejszych zajęciach chciałbym wam opowiedzieć o bogactwie gatunków w naszej galaktyce – zacząłem zajęcia, nagle jednak podniosła się wrzawa.

– Nie obchodzą nas gatunki w galaktyce – rzuciła sztunia z kategorii: dziewczyna kapitana drużyny – Wiadomo, że i tak za dwadzieścia lat to wszystko przestanie istnieć, poprosimy o temat istotny dla naszej kariery.

– My tu musimy mieć same piątki – dodał chłopak, który z pewnością prowadził sportową drużynę – Pan rozumie, prestiż i dobre oceny, nie po to moja stara płaci za tę szkołę.

– No dobrze, w takim zajmijmy się ludźmi, którym udało się zrobić coś niebywałego – nadal siliłem się na spokój – Odkrywcy pulsaromotyli.

– Kogo tam obchodzi odkrywanie jakichś bzdur – rzucił chłopaczek z kategorii: mściwe kujony – Zajmijmy się czymś perspektywicznym dla naszej kariery.

– Piątki i prestiż, panie weterynarz – przypomniał drużynowy mięśniak.

Zacisnąłem zęby i sięgnąłem do torby żałując, że nie podpieprzyłem Neurinowi kilku uranogranatów.

– W porządku, w takim razie praktyka. Praktyka zawsze jest perspektywiczna – wyciągnąłem z torby słów z formaliną – Rozbiór serca meteorożca, czy ktoś odważy się zacząć?

Otworzyłem słój i wyciągnąłem potężny mięsień, a klasa spojrzała na mnie z obrzydzeniem.

– Babranie się w bebechach? – wyraził swoją wątpliwość jeden ze wzgardliwych nerdów – To…

– … nie jest zajęcie zgodne z profilem waszej kariery? – przerwałem mu, a moje myśli oddały walkowerem władzę dla języka. – To ja wam coś powiem, moi drodzy, coś być może wywrotowego:  wiecie, że żaden pracodawca w galaktyce nie będzie zwracał uwagi na wasze piątki, a światu trzeba innych rzeczy niż waszej bufonowatej kariery?

I wtedy rozpętało się piekło.

***  

Okrężną drogą wracałem do naszego gabinetu, lekceważąc spojrzenia ludzi w astrobusie. Zazdrościłem szczerze spokoju dla serca meteorożca, a widok galaktyk za szybami pojazdu napełniał moje myśli eskapistycznym pierdoleniem.

Gdy wróciłem do naszego gabinetu, Neurin wypuścił z rąk maszynkę na mój widok. Umknąłem od razu na zaplecze, nie chcąc mu płoszyć klienta, ale dopadł mnie, zanim zdążyłem zdjąć krawat.

– Poszedłeś prowadzić lekcję czy napierdalać się z połową szkoły? – rzucił z ekscytacją strachliwego plotkarza, a ja spochmurniałem.

– A na co ci to wygląda?

Neurin zmierzył wodnistymi oczami moją obitą gębę, siniaki wokoło oczu i rozdarty garnitur, na którego kołnierzu odcisnęła się krwawy ślad szczęki.

– Zarywałeś do laski kapitana drużyny? – zakpił, a ja pokręciłem głową.

– Gorzej – odparłem – Próbowałem im uświadomić, jakie to wszystko ma znaczenie.

Neurin przejął się absolutnie. Wyciągnął z lodówki piwo, którego zapasy musiał uzupełnić, przyłożył mi najpierw puszkę do najbardziej obitych partii gęby, a potem wetknął mi ją do ręki.

Zaniepokoiłem się, gdy ją otworzył i zaczął mówić.

– Na luzie, stary. Kolejnym razem ja pójdę, przebiorę się za ciebie, zrobię im parę dziarek i nikt nie będzie narzekał – spojrzałem na niego zdziwiony, bo mój koleżka rzadko kiedy wypowiadał tak złożone zdania. – Nawet mogę założyć tę twoją koszulkę, najgorzej tylko będzie z włosami, ale ja już…

Chłód podejrzenia objął mnie szponowatą ręką.

– Neurin, czy ty coś wiesz?

Wodniste oczy wbiły spojrzenie w ziemię.

– No… bo… zanim ty zdążyłeś wrócić, to już przyszło pięć kolejnych szybkobieżnych listów.

Puszka piwa wypadła mi z dłoni. Ale nie zwróciłem uwagi ani na denny napis, ani na żółtą, cieknącą po podłodze strudze.

– W jednym dyrektor szkoły gratuluje Ci sprowokowania młodzieży do rozważań – wymamrotał Neurin – Napisał ci tam, że młodzież nigdy jeszcze nie była taka pobudzona, a kontakt z ryzykownych ideami sprawił, że tym bardziej zrozumieli wagę…

– … piątek i kariery? – skończyłem ponuro, a Neurin spojrzał na mnie zaskoczony.

– Kolejne cztery to zaproszenia z innych szkół na lekcje.

Przypadek Czesi Pazurek

To będzie proste, powiedzieli mi kiedyś, najtrudniej to tylko sprowadzić pannę młodą do piwnicy.

Wpadłam na wesele jak zawsze mocno spóźniona. Eliksiry zdrady, detektory podłości, odczynniki kłamstwa i mierniki przyrodzenia swoje ważyły, dość ciężko ukrywało się je w koktajlowej torebce albo za stanikiem. Zza cekinowego brzegu mojej sukienki i tak zresztą wystawała rurka do testera jakości nasienia, ale w pewnej chwili przestałam się nią przejmować.

To cudeńko wyglądało zupełnie jak złoty e-papieros, a ja zawsze lubiłam uchodzić za ekstrawagancką i bogatą.

No więc, wpadam na wesele. Mam cekinową sukienkę, złote buty, burzę loków i burzę w sercu, bo ja niczego się nie boję. Aj, ta wariatka, mówili o mnie, aj, Czesia Pazurek, jak wjedzie, to poziom testosteronu spada poniżej zera – a ja zawsze wtedy mówiłam: pierdolicie, kochaneczki, pierdolicie i nie chodzi mi o to, co robiliście wczoraj pod kołderką.

Na weselu rypie już muzyka. Kapela rzępoli smętne disco polo, laska za mikrofonem ma taką minę jak ja na szkolnej akademii, ale niestety nie śpiewa o opłotkach i kransoludkach. Koleś napieprza w klawisze z gracją drwala rąbiącego las sekwoi, a typ od gitary gra tak, jakby zamiast gitary macał kogoś po cyckach.

Wnioskując po płynności melodii, nie są to zbyt równe cycki.

Zdejmuję wysadzane brylantami okulary i rozglądam się. Na lewo – typ z cyklu: wuja Marian, wąs, łysina i morze obleśnych żartów za pazuchą. Obok niego – ciocia Grażyna, albo inna Wiesława, a może nawet Gienia. Na głowie ma fryzurę inspirowaną wdziękiem kalafiora, na twarzy resztki podkładu pierwszy raz w tym wieku, a garsonka zaraz po weselu powędruje niechybnie na półkę z oznaczeniem: użyć drugi raz w dniu pogrzebu. Dzieciaki biegają chmarą, młodziki łypią póki co po kątach, a jedna, pucołowata dziewczynka z różowymi gumkami bezczelnie leje wódkę do kubeczka z sokiem, ozdobioną słomeczką z różowawym misiem.

Znam ja ich wszystkich zbyt dobrze.

Pannę młodą dostrzegam na końcu, odgrodzoną chmarą ludzi. Podbiegam do niej, dziewczyna ma grzywkę, ciemne włosy i jest mocno przestraszona. Odciągam ją na bok, udaję przyjaciółkę, ona w smutnym umpa-umpa muzyki nie umie mi odmówić.

A kiedy lądujemy w kiblu w piwnicy, zaśmiewając się jak dwie przyjaciółki – choć tylko jedna z nas naprawdę rechocze – mówię dziewczynie, o co tu chodzi naprawdę.

– Muszę tam wejść w Twojej sukni. Odebrałam cynk, że dzieją się tutaj złe rzeczy.

***

Ile czasu zajmuje mi przekonanie dziewczyny? Za długo. Laska opiera się, ale kibel ma metr na metr i to ja stoję bliżej wyjścia. Wychodzę po długiej chwili, eliksir zmiennokształtu już się odpalił, więc mam grzywkę i ciemne włosy. Wpadam na salę w sam środek rejwachu, licząc, że goła panna młoda nie ucieknie z kabiny w akcie desperacji.

Za pończochą mam detektor podłości. Jak perfumę rozpyliłam sobie eliksiry na zdradę. Odczynniki kłamstwa tkwią mi za stanikiem, a miernik przyrodzenia udaje, że jest bransoletką.

Dość długą bransoletką, bo musi mieć skalę na najróżniejsze przypadki.

Tanecznym krokiem mijam wuja Mariana i wszystkie inne ciotki. Dopadam pana młodego – wygolony typo o wodnistych oczach patrzy się na mnie zaskoczony, a ja klnę sama na siebie w myślach. Gdzie z tymi zębiskami, gdzie z tym uśmiechem, gdzie z tą brawurą myślę sobie – ta panna młoda była cicha jak myszka.

No więc ja też jestem cicha jak myszka. Łypię spod grzywki, ruszam do tańca, a moje skarby cichutko pracują.

Eliksiry pylą się i widzę, jak w moim pierścionku zmienia się kolor oczka. Detektor napieprza mi wciąż za udem, tak mocno, że boję się o jego burczenie. Odczynniki kłamstwa robią się ciepłe, a miernik przyrodzenia – no tym razem nie jest mi zupełnie potrzebny.

– Skąd masz taką piękną biżuterię? – sapie mi do ucha pan młody, a ja widzę, jak łypie nad moją głową na inne panienki, szczególnie: na jedną rudą w kusej, czerwonej sukience.

– Wujek mi dał.

– Jaki wujek?

– Przecież wiesz, jaki wujek. Tylko jeden wujek może mi dać taką… taką… no taka długą biżuterię – kluczę i rumienię się, bo ta panna młoda nigdy w życiu nie powiedziałaby: biżuterię w kształcie potężnego chuja.

– Niezły wariat ten wujek Marian – rechocze pan młody, a wtedy moje mierniki kończą swoją pracę.

I ja już wszystko wiem.

***

– Nie panikuj – mówię potem do nieśmiałej dziewczyny, gdy ona już odzyskała swoją suknię, a ja wbiłam się na nowo w cekinowe szmatki – Ja jestem Czesia Pazurek, ze mną nie zginiesz. Jestem Wykrywaczką Łobuzów i Tropicielką Męskiej Szumowiny.

Dziewczyna gapi się na mnie spod grzywki, jakbym zesrała się złotem, które od razu zmieniło się w jednorożca i zaczęło płynnie mówić po angielsku.

– Ale mój misio… – szepcze naiwnie, a ja kiwam głową ze zrozumieniem.

Ach, te misie. Te pieprzone, zasrane niedźwiedzie, których morale jest płaskie jak skóra zwierzaka, rozlozona przed telewizorem.

Zza uda wyciągam malutki paragon z kartami pomiaru i zaczynam tłumaczyć dziewczynie parametry.

A potem jest tak, jak zawsze: trochę krzyku, trochę płaczu, trochę wspomnień, aż wreszcie panna młoda siada pod ścianą wśród swoich falban jak zżarta i wypluta beza, a łzy zaczynają płynąć i rzeźbić wąwozy w jej makijażu.

Zawsze jest mi ich szkoda w tej chwili, ale do jasnej anielki, nie po to zostałam Wykrywaczką Łobuzów, by skazywać kobiety na draństwa męskiej szumowiny. Siadam obok niej. Ze stanika wyciągam piersiówkę i żelki. Łoimy wódkę, która ma smak misia haribo, a z góry dochodzą nas śpiewacze jęki. Zaczyna mi mówić o Kaśce spod piątki, o późnych powrotach, o zużytej gumce, którą raz czy dwa znalazła na tyle samochodu, o wieczorach, w których nie znaleźli żadnego tematu i urlopach, które dla niej bliższe były udręki. Mówi o matce, która wspominała o jej weselu odkąd skończyła podstawówkę, o ojcu, który od matury odlicza, aż się zjawią wnuki, o całej wsi z wujem Marianem na czele, która zawsze łapie ją za brzuch, gdy tylko się pojawi, a ja wciąż kiwam głową ze zrozumieniem.

– I co ja mam teraz zrobić? – mówi mi na koniec – Mówili mi, że łobuz to kocha najbardziej – mruczy, a ja ze schowka pod zlewem wyciągam same niezbędne teraz rzeczy.

Gaśnicę, wiadro pomyj i ogromną siekierę.

– Myślę, że teraz, na tym weselu, to ty moja droga, powinnaś zostać największym łobuzem.

 Po siekierę i wiadro pomyj sięga jeszcze jak cicha myszka. Ale gdy razem wychodzimy na schody, mam obok siebie najdzikszą szczurzycę.

Kartografka Nieistniejących Oceanów

Poznałam Nieistniejące Oceany tak dobrze, że zapomniałam, czym jest dobrze znany ląd. Gdy dzień otwierał podwoje nad moją pracownią, ja otwierałam swoje mapy. Gdy noc rozsypywała gwiazdy na czarnym obrusie nieba, ja składałam swoje lśniące cuda i zapadałam w sen, który mijał szybko jak błyskawica. Byle do rana, byle do świtu, byle do momentu, gdy mapa Nieistniejących Oceanów otworzy się po raz kolejny.

A kiedy chciałam na własne oko zmierzyć się z tajemnicą, wyciągałam z piwnicy łódź i wypływałam na Ocean.

Nie umiem powiedzieć, czy to lubię – bo to tak, jakby lubić albo nie lubić oddech, krążenie krwi czy bicie własnego serca. Ja spędzałam miriady chwil i nieprzebrane ułamki sekund w swojej pracowni, na szczycie latarni, która snopem światła oświetlała fale Oceanu. A Nieobecni tam byli – jeszcze nie urodzeni i jeszcze nie stworzeni, nie czekali na mnie, ani na nikogo, ale gdy wypływałam między fale, śpiewali mi swoje pieśni.

Moje mapy nie były zwykłymi mapami, moje kompasy czy lunety nic wspólnego nie miały z marynarskimi sprzętami, a Ocean wokoło mnie tylko pozornie utkany był z wody. Wiedziałam o tym, czułam to, oddychałam tym – ale dopiero, gdy w małej łupinie wypływałam między oceaniczne fale, każda komórka w moim ciele przypominała mi, kim ja jestem i co się kryje w falach.

Ja byłam Kartografką Nieistniejących Oceanów.

Ocean był przestworem przyszłych chwil.

Wśród białogrzbietych fal wyłapywałam szumy przyszłości, łowiłam cuda niedokonanych czasów i w głębokich toniach widziałam to, co jeszcze szykowały krótkie chwile albo długie wieki. Mój kompas wyznaczał mi kierunek, moje koło sternicze kilkoma zamachami wyprawiało mnie w drogę, a moje mapy czuwały nade mną jak czułe przyjaciółki, przekazane przez pokolenia poprzednich Kartografek. A potem wracałam do swojej latarni, brałam w dłoń papier, ołówek i linijkę, wszystkie trybiki mechanizmów mojego kartograficznego świata i pływy przyszłości układałam na mapach tak, jak pisarz kreśli swoje słowa.

Tak było do momentu, w którym napotkałam Wyspę.

***

Czy spodziewałam się tego? Nie. Czy liczyłam na to? Nigdy. Czy jakakolwiek fala zdradziła mi jej istnienie? Wszystkie milczały.

Ale już tego dnia, gdy wyciągałam z piwnicy łódkę, mrużąc od słońca oczy, podskórnie czułam, że coś będzie nie tak.

Wsiadłam jednak do łodzi. Moja dłoń dotknęła kompasu i koła, moje oczy popieściły mapy. Ruszyłam przez spokojne jak nigdy fale, czując, że pruję przez płaszczyznę swojego królestwa, opisanego przez pokolenia Kartografek. Będę pamiętała już zawsze biel grzbietów, turkus zawirowań i słony smak wody – te wszystkie cuda, które towarzyszyły tego dnia moim pewnym siebie myślom.

A potem – zobaczyłam Wyspę.

Najpierw nie dowierzałam, że to ona. Daleko na horyzoncie zobaczyłam przecież tylko szary ślad, lekkie muśnięcie, wznoszące się nad fale, nic szczególnego i nic niezwykłego. Moje mapy milczały, moje mapy w tym miejscu wskazywały ogrom wody i pusty czas, a ja im przecież zwykłam ufać najbardziej.

Ale ona tam była.

Zobaczyłam ją, gdy podpłynęłam bliżej – skalny ząb wyrastający z lekko falującej tafli oceanu, twardy kamień rozdzierający suknię wody, tak brutalny i namacalny, że nic innego to być nie mogło. Złapałam za mapy i kompas, wstrzymałam sternicze koło, a pustki Oceanu nagle zakrzyczały do mnie najstraszliwszym śpiewem.

Ale to śpiewało tylko w mojej głowie, bo dzisiaj nie było tu Nieobecnych. W mojej głowy coś zawyło i zapłakało, a serce roztrzaskało mi się na kawałki tak drobne, jak skalny pył na plaży.

W tym miejscu nie mogło być Wyspy.

***

Nie wierzyłam w nią nawet, gdy postawiłam stopy na rozgrzanym kamieniu, a mięśnie tępo bolały od wspinaczki przez skały. Nie wierzyłam, gdy krążyłam po ścieżkach między czarnymi zwałami kamienia, które piętrzyły się jak zrzucone skóry przedwiecznych bestii. Nie wierzyłam, gdy przysiadłam na rozgrzanym głazie i gdy moje łzy pociekły na jego chropowatą powierzchnię.

Mapy, które zostały w łodzi, nagle wydały mi się zdrajcami, kompas najgorszym kłamcą, a pokolenia Kartografek – podstępnymi widmami, których pazury wyrysowały mi klęskę.

Wszystko mi mówiło, że tu jest pustka i przestwór, że tu fale tańczą z wiatrem i nie rośnie żadna wyspa.

A ona jednak tu była i to jej głazy oddawały mi teraz swoje ciepło, przyjmując w zamian łzy płynące z serca potrzaskanego świata.

I nawet promienie słońca, które hojnie rozlewało swoje blaski, nie mogło ugasić tych łez.

***

Tego samego wieczora przed latarnią rozpaliłam potężne ognisko. Nie żałowałam drewna na zimę, bo żadnej zimy nie miało już przecież być. Płomień rozgorzał jak dziki, przyćmił sobą latarnię i wszystkie kolory zachodzącego słońca, które rozlewało złoto i krew na roztańczone fale.

Jedną ręką wrzuciłam do ognia kompas i słuchałam, jak trzaska kruche szkiełko.

Drugą ręką wrzuciłam do ognia mapy i patrzyłam, jak żarłoczny pysk ognia pożera czuły papier pełen rysowanych przez pokolenia ścieżek.

A potem wzięłam swoją łódź – ja, Kartografka, ja, zaklinająca pływy przyszłości w rozrysowanych planach i popłynęłam przed siebie.

W przestwór nocy, fal i oceanu.

A mojej drogi po raz pierwszy nie wyznaczał żaden plan ani żadna mapa.

Wilkcieraczka

Całe nasze nieszczęście zaczęło się od tego, że do salonu Neurina przyszedł koleś z potężnym kosmopsem. Przyzwyczaiłem się do Neurina – on jest tatuatorem kosmozwierząt, ja jestem kosmicznym weterynarzem i to dobre połączenie na naszej szalonej planecie, gdzie więcej jest kosmicznej fauny, niż ludzi.

A w zasadzie: myślałem, że to dobre połączenie do dzisiaj.

– Poproszę tatuaż z wilkiem. Tatuaż z wilkiem kosmopsiulkowi – powiedział koleś, który przyszedł do Neurina, gdy ja czyściłem przyrządy po operacji. Wycinałem astromątwie lokalnego mafiosa woreczek żółciowy i cóż Wam powiem, moje nerwy były wtedy w gorszym stanie od tego woreczka.

Kosmopsiulek miał na moje oko 2 metry wzwyż, 2 metry wzdłuż i jeden kuper w gratisie. Neurin zanurkował w psią sierść, jego łysa łepetyna wyjrzała z okolic psiego dupska jak kleszcz, ale w końcu, po dłuższym oględzinach, Neurin się zgodził. Bałem się, że zemdleje przy okazji, bo jak sama jego ksywka wskazuje, stalowe nerwy nie są jego mocną stroną – ale tym razem ocenił chłodnym okiem sytuację i słabym głosem zawyrokował:

– We… wezmę.

Rozstawił parawany, łypiąc na mnie krzywo i zajął się tatuowaniem kosmopieseczka.

Najpierw zza parawanów wyfrunęły kłaki. Potem wystrzeliło kilka kołtunów. Na koniec ja mało nie zszedłem na zawał, gdy coś kosmatego zawinęło mi się wokół łydki – to ostatnie, najdłuższe pasmo włosów z okolic tyłka.

Próbowałem zająć się robotą, ale koleś od kosmopsa był jeszcze gorszy od Neurina.

– Tylko z wilkiem – piszczał – Tatuaż z wilkiem ma być!

Słuchając go, myślałem o tym, że koleś tańczy po krawędzi. Neurin przecież poza słabymi nerwami miał także atomową bazukę i trzy kiście uranogranatów w szufladzie – stały element prowadzenia biznesu, gdy stać cię na lokal wyłącznie przy stacji kosmicznej.

W końcu jednak towarzystwo się uspokoiło i zza parawanów dobiegał mnie tylko monotonny warkot maszynki. Być może Neurin pokazał kolesiowi zawartość szuflady – to z reguły zmieniało nastawienie najbardziej drażliwych klientów.

A potem zacząłem jeść zupę i dramat rozpoczął się na nowo.

Termos z pomidorową przyniosłem sobie wczoraj, ale hydrożuk i amputacja jego serca odjęły mi apetyt. Dziś jednak nie czekałem już na nikogo. Otworzyłem termos za biurkiem, sięgnąłem po miskę i już miałem rozkoszować się posiłkiem, gdy dotarło do mnie, że czegoś mi tu brakuje.

Łyżka. Nie miałem łyżki.

Przez chwilę rozważałem kroplówkę, nie po to w końcu jestem kosmoweterynarzem, by nie znać takich manewrów – ale ostatecznie wstałem jednak i powlokłem się do…

– Kurwa mać! – wrzasnąłem w pół myśli i nagle wylądowałem na podłodze. Pieprznąłem barkiem w biurko, usłyszałem tylko ostry zgrzyt i nagle ciepła struga popłynęła przy mojej nodze.

Pierwsza myśl: zwieracze?

Druga myśl: zupa!

Moja pyszna zupa ściekała właśnie smętnie po podłodze, barwiąc mój biały kitel na szlachetny kolor bitew i mordowania swoich wrogów. Wstałem skwaszony, poszedłem po mopa, sprzątnąłem resztki obiadu i zawlokłem miotłę z powrotem.

Jedyną radość przyniósł mi fakt, że Neurin też się wypierdolił.

Nie byłem samotny w nieszczęściu.

Zakręciłem termos bez nadziei i wyszedłem z lokalu. Na mojej planecie dzień był w rozkwicie, trzy słońca nakurwiały radośnie po orbicie, a statki z pobliskiej stacji furgały po niebie jak kłaki neurinowego kosmopsiulka. Poszedłem do spożywczego, ale nie wpuścili mnie, dzisiaj mieli dzień bez ludzi. Zajrzałem do kiosku, ale tam wisiałem jeszcze hajs za fajki, tam też nic nie ugrałem.

I już miałem rzucać to wszystko w cholerę, gdy nagle dostrzegłem, że w naszym pionie wieżowca rozbłyskuje wybuch.

Pomyślałem o Neurinie i uranogranatach.

Zawróciłem. Wpadłem do wieżowca z zadyszką, windę zrugałem trzy razy, że za wolno jedzie – a kiedy wpadłem do naszego salonu zamarłem i znów poczułem się jak wycinany woreczek.

Resztki parawanów walały się po wybuchu. Kosmopies – potężny kosmopies, 2 metry na 2 plus gratisowy kuper – sterczał na moim biurku jak księżniczka i skamlał głosem bitego dziecięcia. Skamlał też Neurin, bo koleś od kosmopsa jeździł prawie na nim po salonie, darł się na niego jak opętany, a podłoga upstrzona była plamami jego śliny.

– Co tu się dzieje, do pulsarodiabła? – rzuciłem, a koleś się zatrzymał.

– Skrzywdził mi kosmopsiulka. Mojego kosmopsiulka! – zawołał, a bydlak dwa na dwa zaskamlał na zawołanie.

– Na razie to kosmopsiulek krzywdzi moje biurko – powiedziałem, widząc że psia odbytnica  otwiera się idealnie nad moim komputerem – Na czym polegają inne krzywdy?

– Na czym? Na czym? Proszę zobaczyć, na czym.

Niechętnie zbliżyłem się do gratisowego kupra. Był już obok niego rysunek Neurina i na jego widok mało nie parsknąłem śmiechem.

Ale wspiąłem się na wyżyny opanowania.

– No i?

– Ten tatuaż nie wygląda jak drapieżnik – rzucił koleś oskarżycielsko – On wygląda brzydko…szkaradnie… płasko jak wycieraczka.

Zaiste, lepiej bym tego nie określił. Wilk był koślawy, miał spierdoloną perspektywę pyska, a jego kanty były tak ostre, jak odłamki uranogranata.

Ale nadal nie zszedłem z wyżyn opanowania.

Spojrzałem na skulonego Neurina, który miał talent rysowniczy, ale zdecydowanie nie do zwierząt. Spojrzałem na rozsierdzonego kolesia, na bydlę o dwóch dupach i orzekłem chłodno:

– Wilkcieraczka. Takie zwierzę. Ja jestem kosmoweterynarzem i mojego autorytetowi może pan uwierzyć. To wilkcieraczka. Drogie zwierzę. Rzadkie zwierzę.Tylko jeden mafijny bonza ma takie na tej planecie i kosztowało go to milion stardolarów, trzy własne nerki i połowę planety. Na szczęście moja rodzina hoduje wilkcieraczki i wszystko wiem o tych zwierzętach. To wilkcieraczka jak malowanie.

Koleś zastygł, a ja rozwijałem swoje oratorskie talenty dalej.

Gdy typ wyszedł – zdecydowanie zaintrygowany hodowlą wilkcieraczek – nerwus Neurin bez słowa zabrał się za sprzątanie. Wytarł wszystko, zamiótł każdy drobiazg, a kiedy skończył, spojrzał tylko na mnie spode łba i zapytał cichutko:

– Enn, jak ty to zrobiłeś?

– Mam mózg, durny kasztanie – mruknąłem – Jak klient ma uwagi, to nie wyciąga się od razu uranogranata.

Na tym skończyliśmy naszą dyskusję.

***

Kolejnego dnia rozdzwoniły się w naszym gabinecie telefony. Odebrałem jeden, drugi, trzeci, czwarty – przy dziesiątym puściłem nagraną wiadomość, przy piętnastym schowałem się w toalecie.

Przy dwudziestym przyszedł Neurin, a przy dwudziestym siódmym Neurin zorientował się, że jestem w kiblu.

– Enn, co ty zrobiłeś? – usłyszałem speszony głosik.

– Wypierdalaj Neurin. Zejdź mi z oczu, bo ja wyciągnę uranogranata.

– Ale co ja…

Sam wypadłem zza drzwi.

– Wiesz, czyjemu kosmopsu dziarałeś wczoraj dupę? To był kosmopies brata prezydenta Federacji.

– I co z tego?

– To druga najbogatsza rodzina na tej planecie.

– I co z tego?

– I druga najbardziej uzbrojona rodzina na tej planecie.

– No i? – zapytał Neurin pokornym tonem, a ja oparłem się o ścianę.

– Wszyscy teraz dzwonią po żywą wilkcieraczkę.

Żeglarka Nostalgicznych Mórz

Nigdy nie pomyślałam, że się odważę, a jednak siadłam za sterami Statku Wspomnień. Nie powiem, była to ciężka decyzja – tym bardziej, że do jej podjęcia zmusiły mnie:

  1. dwa wypchane żbiki ze strychu mojej babki,
  2. faun z lekko zbereźnego obrazu,
  3. moja własna prababka, którą poznałam tylko dzięki temu, że miała taką samą wadę wymowy, jak moja babka, matka i pół ciotek.

Tak, to nie była zwyczajna noc.

***

Tej nocy wracałam z baru krokiem bardziej niż mniej chwiejnym. Moje życie zdawało mi się bez sensu: byłam samotna, zmęczona pracą i poszarzałym światem. I nawet wypity alkohol nie był w stanie dodać temu wieczorowi wystarczającego uroku.

Dodał mi jednak odwagi do śpiewania, więc trochę sobie śpiewałam. Przez chwilę szła nieopodal mnie dziewczyna w białej sukience, co miała asymetryczną czerwoną plamę na piersi, jedyna istota oprócz mnie na pustej, nocnej ulicy. Jej obecność nie powstrzymała mojej śpiewaczej ekspresji. Potem ktoś z balkonu zaklaskał na moje nucenie. Tym lepiej, woda na mój muzyczny młyn. Tylko policjant pogroził mi palcem, gdy przechodziłam obok zaparkowanego przy bloku radiowozu, ale to nie zrobiło na mnie wrażenia. Nie zna się, dupek, pomyślałam, nie ma nic lepszego niż „Don’t Stop Me Now”, śpiewane przez alt skropiony solidnie irlandzkim piwem.

Weszłam między bloki i zatrzymałam się koło śmietnika. Brodaty menel krzyknął na mnie wtedy, żeby się poszła odlać jak dama, ale ja udowodniłam mu w trzech słowach, że żadną damą nie jestem. Przy śmietniku walał się niski stolik, dwie paprotki, a dębowa szafa otwierała swoje drzwi przetrącone jak skrzydła. Przyjrzałam się każdemu z bibelotów na tyle, na ile mogłam przez filtr irlandzkiego piwa, rozejrzałam się, czy menel został odpowiednio spłoszony moją demonstracją soczystych przekleństw i już miałam dyskretnie ściągać spódnicę, gdy nagle usłyszałam:

– ANIMISIĘWAŻ.

Rozejrzałam się strachliwie, ale nadal byłam sama.

– KOPNĘCIĘRAMĄWTENTYŁEK – głos znów się rozległ, gdy tylko położyłam dłonie na biodrach.

Zaczęłam szukać.

Zajrzałam do szafy i pod stolik, w doniczki dwóch paprotek i już miałam nurkować do śmietnika, gdy pojęłam nagle, kto do mnie mówi.

– COSIĘGAPISZJAKBABANAOBRAZ – burknął głos, a ja zbaraniałam.

– Bo ja jestem babą? – wybąkałam – a Ty jesteś obrazem?

Długowłosy faun, lekko przepasany złotą szatą na piersi poprawił liście figowe na swoim kroczu i wyszedł z obrazu, który stał tuż obok śmietnika. Zgłupiałam doszczętnie. Serce mi strzeliło jak armata, a irlandzkie piwo zniknęło jak moje szanse na emeryturę w liberalnej Polsce.

A to był dopiero początek.

***

Chciałam uciekać gdy faun zaklaskał w dłonie i zza krzaków wyszły dwa żbiki – wypchane, a jednak poruszające się z resztkami kociej gracji. Pamiętałam je. Stały u mojej babki i za dzieciaka bawiliśmy się w to, kto pierwszym trafi cukierkiem do ich pyska. Kto trafiał ostatni – przegrywał i zjadał cukierek, a razem z nim całą tonę chemicznego paskudztwa, które czaiło się w pyskach wypychanych bydląt.

Gdy je zobaczyłam znowu, brzydkie jak środek styczniowej nocy na blokowisku, zaniemogłam potężnie. Ale największa niespodzianka jeszcze na mnie czekała.

Pojawiła się nagle na niebie, zasłaniając sobą gwiazdy. Wpłynęła nad śmietnik majestatycznie, a jej cień kładł się na blokowisku jak grudniowa chmura. A kiedy zza jej burty – tak, do chuja, to miało burtę – spłynęła lina i zjechała po niej kobieca postać, potrzebowałam chwili, by przypomnieć sobie, jak się mówi.

– Prababcia Klotylda?

***

Żeglarz Nostalgicznych Mórz, tak się nazywała jej widmowa łajba, która szybowała po niebie każdej nocy. Oczywiście, prababcia była martwa i łajba była martwa, a nikt z zabieganych ludzi nie mógł jej zobaczyć. Faun – zwany Żorżem – robił za bosmana, choć nie było tam żadnej załogi, a dwa żbiki, gdy było trzeba, polowały na Rekiny Niepamięci i odgryzały im ogony, albo prały je łapkami po pyskach.

To powiedziała mi moja prababcia tej nocy, stojąc pod widmem statku przy śmietniku, za którym chwilę temu jeszcze chciałam się wysikać.

Gdy lina ze statku przysunęła się do mnie jak kot, ja spojrzałam na nią i pozwoliłam się jej opleść.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

***

– Wyobraź sobie wspomnienia – powiedział Żorż, gdy stałam już na pustym pokładzie widmowego statku – Wspomnienia tak samotne, że szybują po świecie i wyją za oknami. Wy na to mówicie: duchy, zjawy, upiory. A my wiemy, że to zgubione okruszki przeszłości, które chcą wrócić do swojego świata.

– Nie dziw się, że na Ciebie padło – powiedziała prababka Klotylda, biorąc się pod bok jak najprawdziwszy pirat – do stu fur beczek dynamitu, jesteś moją potomkinią i płynie w Tobie moja krew. Powiedz, czy ty czasem widzisz rzeczy? – machnęła nogą w koronkowych galotach, jakby chciała zatańczyć kankana, poprawiła sobie pirackiego kapelusza i wydobyła zza pasa lunetę.

Czy widzę? Kurwa mać, ja im chwilę temu śpiewałam, pomyślałam o dziewczynie z asymetryczną plamą na piersi.

– My też widzimy – odezwały się żbiki, a moja zdolność do zdziwienia skończyła się w tym momencie – rozpoznajemy człowieka, który słyszy inne głosy. Człowieka, który będzie Żeglarzem Wspomnień. A do tego: wyczyści nam czasem fantomową kuwetę i sypnie księżycowej karmy.

Przysięgłabym, że gadziny wyszczerzyły krzywe pyski w uśmiechu.

***

Od tamtej pory nie lubiłam fantomowej kuwety, ale musielibyście poznać tę technologię, żeby ją zrozumieć. Nigdy jednak więcej moja noga nie postała na ziemi.

Od tamtej pory ja byłam Żeglarką Wspomnień i szybowałam z moją prababką po Nostalgicznym Niebie.

Wtedy dopiero zobaczyłam przerwane ludzkie historie. Krążące po ziemi pytania kobiet, które same nie rozumiały siebie i snujące się bezpańsko nad ludzkim światem odpowiedzi ich babek, które już przekroczyły progi wszelkiej wiedzy. Zbolałe serca, które zapomniały o swoich naturach i echa tych natur które nie mogły odnaleźć swojego miejsca. Smutki na twarzach kobiet i wspomnienia najpiękniejszych chwil, które samotnie błąkały się pod księżycem.

Prababka mi wszystko pokazała.

Łowiłam je, łączyłam je, zszywałam srebrnymi nićmi snów i otulałam czerwoną płachtą uczucia. A kiedy noc się kończyła, kobiety budziły się szczęśliwe – w objęciach chwil, o których zapomniały, z pamięcią o babkach, z odpowiedzią na wiele, najbardziej krwistych pytań.

Czy kiedyś to zrozumiałam?

Nie.

Czy kiedyś żałowałam?

Zupełnie.

Stanęłam na granicy świata ludzi i zjaw, z moją babką i gromadą postrzelonych istnień u boku. Stworzyłam się i urodziłam na nowo, a wdzięczne wspomnienia czasami odwiedzały mnie i grzały się w światłach naszego żeglowca.

I tak żyję, tak łączę serca z chwilami, a jeśli mnie kiedyś spotkacie….

Nie musicie mieć oczu szeroko otwartych, gdy czaicie się obok śmietnika. Ja jestem Żeglarką Wspomnień i poznam wszędzie serce innej Żeglarki – zmysły tak czułe na przeszłość, że w noc niepamięci jaśnieć mi będą najcieplejszym światłem.

Kiedy rzucę Wam linę, nie bójcie się ująć ją w dłonie.

Świat potrzebuje Żeglarek, które dopowiedzą zbłąkanym sercom ich najważniejsze historie.

Tekst stworzony podczas pisania na żywo u Aleks Makulskiej.

Szczurołap

Czy gdybym mógł wybierać, zamieniłbym się z kimkolwiek?

Nie zawsze.

Nie w każdej chwili.

Za nic nie oddałbym tych momentów, w których patrzę na kawernę veirańską z wysokości jej strzelistego dachu. Nie ma żadnego innego widoku na świecie, który tak bardzo doprowadzałby mnie do łez – wszystkie kamienne kształty starej budowli wygrzewające się w słońcu, dachy domów i zieleń świata, co rozpościera się za murami aż hen, po horyzont składają się na obraz, który zawsze mam w swoim sercu, skropiony łzami i krwią.

Za nic nie oddałbym czasu, w którym mknę przez podbrzusza miejskich sfer, bo nie ma żadnego innego miejsca na świecie, które kochałbym tak mocno, jak moją Veirę. Przejrzałem ją na wylot, przewierciłem się przez nią do głębi, od poddasza aż po kanały, znam jej ciemne strony i piękne zakamarki – i wszystkie kocham tak samo. Miasto Veira zawsze tętni życiem i energią – między kamienicami z zamierzchłych lat krążą żywo ludzkie sprawy i gwar głosów rozlewa się na ulicach. Kamień zdaje się tu przepływać jak woda – wyrasta ku niebu w gmachach kamienic, sięga ziemi w wężowej skórze bruku, rozdrabnia się na miliony części w zdobieniach budowli i spaja w jedno w ich ciężkich bryłach. Moja Veira jest jak koniec i początek, jak perfekcyjny nieskończony ciąg powołany do życia jedną ręką, wolą i zamysłem.

Ci, którzy żyją w Veirze, powtarzają opowieści o tym, jak moc muzyki bogów wydarła Veirę z trzewi świata. A precyzja i doskonałość miasta są wystarczającym dowodem na istnienie boskich rytmów zaklętych w kamiennych kształtach – i mi zostaje tylko duma, gdy kroczę ze swoją melodią po ulicach.

Ale gdy przychodzą chwile, w których zakazana morda strażnika prowadzi mnie przez ciemne korytarze lochów i trzyma na uwięzi kajdan – wtedy tak, mógłbym zamienić się z kimkolwiek.

Ale i tak nikt nie chciałby tego ode mnie wziąć.

*

Porucznik więziennej straży, Garod Vettire, zwany powszechnie Mordobijem, porządkował dokumenty w zaciszu gabinetu – a wrzaski, które dobiegły go z korytarza, przypomniały mu dobitnie, że Veira nie jest dobrym miastem dla poruczników. Nasłuchiwał chwilę, ale głos nie pozostawiał złudzeń – westchnął więc ciężko i dobył z szuflady zwinięty arkusz z książęcą pieczęcią. Rozłożył go i przeczytał raz jeszcze, żałując szczerze, że nie ma tam rozpisanego innego wyroku.

Chyba tylko śmierć mogłaby sprawić, by zamilkł…

– Lakeri Mosa! – Z tymi słowami strażnik otworzył drzwi, a razem z nim do gabinetu Garoda wpadła burza, awantura i taniec gromów z jasnego nieba.

Wszystko zaklęte w ciele jednego chłopaka.

– Złoczyńco przeklęty! – Poniósł się pełen oburzenia jazgot. – Niech cię noc pochłonie i rysa świata nie wypuści, niech cię szlag strzeli za to wszystko, co ja tu przez ciebie przechodzę! Żądam procesu, sprawiedliwości i uczciwego wyroku, mam znajomości w cechu, mam znajomości w kawernie, a moja matka piecze bułki samemu…

Porucznik ze znużeniem wysłuchał tego potoku obelg, które Lakeri Mosa wypluwał z siebie razem z własną krwią – sponiewierany, ale rozeźlony, miotający się w kajdanach, wypełniający swoją wściekłością cały gabinet porucznika. Patrząc na ten taniec, Garod czuł lekką odrazę – Mosa miał w sobie zwierzęcą gibkość i zwinność, wyglądał jak większość veirańskich powsinóg i uliczników, a jednak na dłuższą metę czuć było od niego coś nieludzkiego.

Wszyscy w Veirze wiedzieli o tym, jaka moc obudziła się w chłopaku – a Garod miał nieprzyjemne wrażenie, że to tylko jedna z jego tajemnic.

Ale absolutnie nie miał ochoty pytać o kolejne.

– To co zrobimy – przerwał mu bezceremonialnie, a chłopak zastygł, wybity nagle z rytmu – z tym rozkazem od księcia pana, w którym nakazuje cię uwolnić? Ty drzesz mordę i ja drę rozkaz?

Głos, który rozległ się po chwili, był aksamitny i czarujący, tak jak uśmiech, który pojawił się na wąskich wargach chłopaka.

– Nie godzi się drzeć rozkazów naszego księcia pana, mości poruczniku.

*

Ze wszystkich ludzi, którzy tego dnia przemykali przez zalany słońcem veirański rynek, nie spieszyli się tylko nieliczni. Rynek, okolony pysznymi fasadami głównych budowli miasta, był sercem miejskiego krwiobiegu – tu krzyżowały się ludzkie ścieżki, tu cudzoziemcy przystawali w zachwycie zadziwieni potęgą miasta, a i zwykli mieszkańcy czuli ukłucie wzruszenia na widok perfekcyjnych rozet sądu i biblioteki, oszałamiających zdobień gildii kupców czy klasycznego majestatu, jakim tchnęła cała konstrukcja książęcego pałacu.

O tej porze na rynku można było spotkać wszystkie gatunki ludzkich miejskich stworzeń – krążyły tu przekupki i obwoźni handlarze, ojcowie rodzin i matki z gromadką dzieci. Czasem przemknął jeździec, czasem wtoczył się wóz, a niekiedy dostojnym krokiem przeszedł patrol straży. Wszyscy byli tu w drodze, każdy dokądś zmierzał, tworząc jeden wielki strumień ludzkiej krwi, co pompowała się przez kamienne żyły miasta.

I tylko dwoje ludzi tego popołudnia nie zmierzało zupełnie nigdzie.

Mężczyzna i kobieta stali w cieniu głównej stanicy straży. Ona mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat – nosiła czarną sukienkę za kolana, zwisającą niedbale na jej kościstym ciele, a duże granatowe oczy przedzielone haczykowatym nosem zuchwale spoglądały na świat spod burzy loków. On był od niej starszy – rudowłosy wysoki mężczyzna w brązowym kubraku bez rękawów miał zielone oczy, na jego orlej bladej twarzy rysował się wyraz lekkiego znudzenia, a spojrzenie, jakim mierzył dziewczynę, gdy ta nie patrzyła w jego kierunku, było zdecydowanie spojrzeniem dumnego, zadowolonego z siebie kochanka.

Bawił się od niechcenia kamykiem w szczupłej dłoni, podrzucając go lekko – aż wreszcie zamknął go w pięści i po chwili w jego dłoni pojawił się kwiat.

– To dla ciebie, gwiazdo – mruknął, podając stokrotkę dziewczynie.

– Daruj sobie te sztuczki. – Uśmiechnęła się. – Już i tak po tym, jak wpadłeś Przejściem na nasze poddasze, baby trajkoczą, że nie jesteś zwykłym cyrulikiem.

Uśmiech mężczyzny dość dobitnie zobrazował, co sądzi na temat jakichkolwiek bab – ale nie miał okazji wyrazić swojej opinii.

Ze strażniczej bramy wyszedł niski czarnowłosy chłopak, a dziewczyna pognała w jego kierunku.

*

Gdy wychodzę na veirański rynek, dopada mnie słońce, a zaraz później – Animede Vendra, szalona mistrzyni ognia i moja przyjaciółka. Wypada na mnie z tłumu, witamy się serdecznie i nawet widok Anneira Esstera, który pojawia się za nią, nie psuje mojego humoru. Z nią przeszliśmy razem niejedną burzę. On przypałętał się do niej, a ja nadal nie znalazłem jakiegokolwiek powodu, by zacząć go tolerować, bo jest bucem, pajacem i pyszałkowatą kreaturą.

– Dobrze cię widzieć, Animede – mówię, wypuszczając ją z objęć. – Nieuszanowanie, Esster. – Nie mogę się powstrzymać, a on wykrzywia gębę w zwykłym grymasie pogardy.

– Mogliby kiedyś ci przyciąć tego jęzora, żebyś nim nie chlastał na lewo i prawo – mlaska ironicznie.

– Mogliby ci kiedyś przyciąć tego nosa, żebyś go nie zadzierał wyżej własnej głowy – słyszę swój własny głos, a Animede pochmurnieje.

– Awantury to zostawcie na później – rzuca nam. – Czekamy tu na ciebie, Lakeri, bo robota się kroi. Cech żywiołników zmaga się z jakimś nieszczęściem w pałacowych podziemiach.

– Ten cech, który wytoczył mi wojnę? – Patrzę to na nią, to na bramę stanicy. – W tych podziemiach, z których właśnie wyszedłem?

Animede uśmiecha się bezczelnie.

– Między innymi, Lakeri. I dlatego właśnie wyszedłeś.

*

Tego popołudnia Danga Rebbe, mistrzyni veirańskiego cechu żywiołników, przechodziła największe męki w swoim własnym gabinecie.

– Żebym dobrze zrozumiał, Danga. – Lakeri Mosa, obszarpany i niedomyty, rozsiadał się na fotelu przed biurkiem mistrzyni z uśmiechem godnym największego wielmoży. – W podziemiach pałacu księcia, który wypowiedział mi wojnę, zalęgło się coś, z czym nawet wy nie umiecie sobie poradzić. I teraz ty przychodzisz do mnie, choć ledwie miesiąc temu darłaś się, że jestem niebezpieczną anomalią, którą trzeba zniszczyć, i prosisz mnie, bym pomógł, nim nieszczęście wyleje się na miasto?

Chłopak przypominał teraz rozkapryszonego kota, który mierzy się pogardliwie do ataku, a Danga z goryczą przyznała rację tym wszystkim, którzy odradzali jej to spotkanie. W zasadzie sceptyczny był cały cech – tylko młoda awanturnica Animede była zdania, że Mosa może tu pomóc.

Dandze przemknęło przez myśl, że złym miejscem jest świat, w którym musi prosić o pomoc przyjaciół Animede – ale ostatnie wydarzenia nie dały innego wyjścia.

Przelana krew i trupy znalezione w podziemiach miasta Veira były dobrym powodem, by zacząć paktować z wrogami.

– Bardzo dobrze zrozumiałeś, Mosa – odparła zimno. – Miasto Veira skłonne jest zapomnieć o tym, co wydarzyło się do tej pory, i uznać cię za swoją integralną część. Ciebie i twoje zdolności – dodała z naciskiem. – To samo tyczy się cechu mistrzów magii, Mosa. Mogliśmy się co do ciebie mylić.

Czarne oczy chłopaka rozszerzyły się niepokojąco.

– Tym ostatnim zdaniem mało się nie udławiłaś, Danga – wycedził. – Cóż się stało, że zawiesiłaś swoją godność na kołku?

Przez moment Danga pomyślała o mocy żywiołu, którą władała po mistrzowsku – o tym, że parę zaklęć przecież załatwiłoby sprawę, ale zaraz porzuciła tę myśl.

Chłodna sztuka bezwzględnej dyplomacji nakazywała rozegrać to inaczej.

– Moja godność mi podpowiada, że potrzebna jest pomoc szczurołapa.

*

Tego wieczora Sarde Matt, który zajął wartę na pałacowych bramach, nie omieszkał wziąć ze sobą gąsiorka wina dla kurażu.

Rzeczy, które miały się tutaj dziać, mogły wymagać takiego remedium.

O zachodzie słońca do książęcego pałacu przyszła Danga Rebbe. Stara mistrzyni o lisiej, nalanej tłuszczem twarzy wydawała się zmęczona ciężarem lat – miała na sobie prostą suknię w kolorze własnej ziemistej cery, włosy spływały smętnie na przygięte ramiona, a Sarde pomyślał, że nigdy nie rozpoznałby w niej magiczki niosącej w sobie czarodziejskie moce.

Gdy gwiazdy stanęły nad miastem, do pałacowej bramy zapukała mistrzyni ognia, Animede Vendra. Cała na czarno, w tunice i męskich spodniach, stanęła we wrotach pałacu z taką pewnością, jakby zjawiała się we własnym domu. Chwilę po niej pojawił się trzeci gość, Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, który wydał się Sardemu najprzystępniejszą personą.

Może dlatego, że jako jedyny był zwykłym zupełnie niemagicznym człowiekiem.

Wszystkich ich Sarde prowadził do samego serca pałacowych podziemi, tam gdzie zwykłe piwnice przechodziły w plątaninę podziemnych korytarzy, których do tej pory dobrze nikt nie zbadał. Ten świat otwierał się pod pałacem od samych jego początków – mówiono, że moc muzyki bogów wywierciła również te trakty, niczyje jednak oko nie kwapiło się, by tam sięgać.

Chyba że okoliczności zmuszały do tego tak, jak teraz.

Gdy Sarde znów zajął miejsce przy wrotach pałacu, czekał na ostatniego gościa tak długo, że stracił wiarę w jego przybycie. Aż wreszcie zdało mu się nagle, że czyjeś oczy śledzą go w ciemności, chwilę później poczuł czyjąś obecność, a potem kroki zastukały na veirańskim bruku, lekkie i taneczne, niosące się jak muzyka.

Gdy w krąg światła pochodni wszedł człowiek, Sarde zrozumiał, że rozpoznałby go wszędzie i od razu.

Niski ciemnowłosy chłopak wychynął z mroku ze zwierzęcą gracją, jak dzika istota, która przez chwilę zgadza się pójść ludzkimi ścieżkami. Zmierzył Sardego czujnym półludzkim spojrzeniem, rozejrzał się wokoło, a gdy uśmiechnął się, przypomniał strażnikowi przyczajonego do ataku kota.

– Zwą mnie Lakeri Mosa – rzucił pewnie melodyjnym głosem. – Byłem tu dziś wieczorem umówiony.

Przez długi czas jeszcze Sarde zastanawiał się, dlaczego tak, a nie inaczej mu odpowiedział – ale roziskrzone półzwierzęce oczy chłopaka nie dawały innego wyboru.

– Wszyscy czekają już tylko na ciebie, mój panie.

*

Stara Danga Rebbe odetchnęła z ulgą, gdy tylko w niskim korytarzu dwóch ludzi pojawiło się z pochodnią. Łysina Sardego Matta lśniła dość wyraźnie w świetle, a taneczny krok drugiego człowieka z miejsca zdradził Lakeriego Mosę.

Przez oczekiwanie zdołała już umrzeć prawie cała jej nadzieja.

Dwie żywiołnice, cyrulik i para strażników byli już tam, gdzie pałacowe piwnice zagospodarowane i ułożone ręką człowieka przechodziły w podziemne trakty. Tu korytarz zwężał się i zniżał, a na jego końcu czerniały masywne metalowe drzwi, które odgradzały świat ludzi od świata tajemnicy. Ale veirański szczurołap musiał być bliżej tej tajemnicy niż inni mieszkańcy miasta Veira. Gdy dołączył do reszty, podszedł od razu do drzwi. Przyjrzał im się uważnie, opukał, ostukał, przypatrzył się trzem zamkom, po czym obrócił się z czarującym uśmiechem.

– Widzę, że książę pan zmienił to i owo – powiedział do zdezorientowanych strażników.

– Właściwy człowiek na właściwym miejscu – mruknął cierpko cyrulik z Morleadu. Lakeri Mosa wydobył drewniany flet zza pasa, sięgnął po chustkę i zaczął bezceremonialnie czyścić instrument.

– Dzięki, że przypomniałeś, Anneir – rzucił lekko i podniósł wzrok. – Wypieprzać mi stąd. Wszyscy.

– To cech i straż miasta Veira zawiadują tą akcją – zaprotestowała Danga Rebbe, a dwóch strażników sięgnęło po broń.

Lakeri Mosa wzruszył ramionami.

– Prosiliście o szczurołapa, więc macie szczurołapie warunki. – Oderwał się od ściany i stanął pośrodku kompanii. – Danga, ty nikomu tutaj nie pomożesz – wskazał flecikiem na starą żywiołnicę. – Animede, za bardzo cię cenię, byś miała się narażać. Esstera bym zaprosił, bo mi go nie szkoda – oskarżycielski flecik poszybował w stronę cyrulika. – Ale obawiam się, że to ja zmienię się w bestię po kilku krokach w jego towarzystwie.

– I ja zarzuciłbym swój obowiązek ratowania życia w twoim towarzystwie – uśmiechnął się cierpko Esster, a Danga Rebbe nie traciła czasu na żadne gierki.

– Albo idzie wasza trójka, ale wracasz do lochów – rzekła. – Ale tym razem nie wyjdziesz po miesiącu.

Lakeri Mosa powiódł dookoła rozbawionym wzrokiem.

– Na twoją odpowiedzialność, Danga – rzucił, a Animede poczuła ukłucie niepokoju. Szczurołap nie zwykł sam z siebie zarzucać swojego uporu.

Tymczasem dwóch strażników poczęło otwierać drzwi. Skrzypienie zamków rozdarło duszną atmosferę korytarza – metaliczny skrzek rozległ się trzy razy, a później przeciągłe wycie oznajmiło, że droga w podziemia otwiera się na oścież. W czarną plamę wkroczyła cała trójka – Mosa złożył szczupłe palce na fleciku, Animede wyczarowała niewielki płomień na kościstej dłoni, a Anneir Esster z pokaźną torbą medyka na ramieniu ruszył za nimi jak cień.

Od pierwszych kroków Mosa przestał na nich zważać. Szedł obok nich bez słowa przez ciemne gardło, które tutaj jeszcze niewiele różniło się od piwnicznego korytarza, stawiał odważnie kroki w ciemność, ale rozglądał się czujnie na boki. Niekiedy dotykał ścian, niekiedy schylał się na dół, a Animede widziała, że wszystkie jego zmysły pracują na pełnych obrotach.

Aż wreszcie właz został już tylko małą świetlistą plamką za ich plecami – i kiedy Mosa odwrócił się, a na jego twarzy w świetle ognia błysnął półludzki obłęd, Animede w nagłym olśnieniu pojęła zamiar przyjaciela.

Chwilę później tam, gdzie stał Lakeri Mosa, czarne kocisko spłynęło na ziemię i zniknęło bezgłośnie w czerni korytarza.

Anneir Esster pozwolił sobie na nutę podziwu w głosie.

– Zaczynam doceniać tę bestię, gwiazdo.

*

Astronom pieprzony, myślę sobie, gdy uciekam od Animede.

Ale ciskam się w mrok jak wariat i ruszam korytarzem tak szybko, jak tylko mogę – a nowy świat otwiera się przede mną wszystkimi zapachami i wrażeniami, nową perspektywą wysokości czterech łap. Bywam człowiekiem. Bywam kotem. I to moja tajemnica, którą znam ja, Animede i od dzisiaj Esster – bo strzegę jej przed światem najzazdrośniej, jak umiem, trzymając czarne kocie wcielenie na równie czarną godzinę.

Nie wiem, czy jestem tutaj z ludzkiej miłości do mojego miasta czy z kociego instynktu zabijania – ale czarna godzina bez wątpienia nadeszła.

Gonię więc teraz przez korytarz w podskokach, a wszystkie moje kocie mięśnie spinają się i rozluźniają jak na zawołanie, są trybikami, które pchają mnie do przodu przez zwilgotniały mrok i zatęchłe powietrze. Zmysły pracują swoją drogą – oczy przepatrują wszystko, ale widzą tylko kamienne ściany, nos łapie wszelkie zapachy, ale najwięcej tu stęchlizny, ucho czujnie czeka na jakikolwiek szelest, ale jedynym szelestem jestem ja sam, czarny kot, zwierzęca maszyneria szybkości.

Upaja mnie ten mrok i ta gonitwa.

Gdy wpadam w kilka kolejnych wiraży, tracę z oczu światełko i ostatni ślad ludzi – dopiero wtedy zatrzymuję się, wytężam zmysły po raz ostatni i wracam do ludzkiej postaci. Świat nagle znowu kurczy się wokół mnie – wilgotne ściany mam już na wyciągnięcie ramion, sufit niemal wisi mi nad głową, a zmysły milczą nadal, zawieszone w ciemności.

Czuję, że przychodzi czas na dalszy krok mojego planu.

Po omacku wyjmuję z torby małą lampkę i świecę. Chwilę zajmuje mi rozpalenie ognia, ale po kilku próbach mogę już zawiesić sobie przykopcony klosz na zgięciu łokcia. Wtedy w obie ręce ujmuję flet. Układam dłonie na jego dziurkach, a w głowie już kołysze mi się melodia. Dźwięki pokusy. Dźwięki wabienia. Dźwięki odsłanianej tajemnicy. Nie boję się – nie chcę na razie z czymkolwiek walczyć, chcę tylko przywołać to, zobaczyć, zakląć i uciec.

Albo umrzeć, jeśli moja muzyka okaże się zbyt słaba – ale w to nie do końca wierzę.

Pierwsze dźwięki brzmią tu obco, niemal wydaje mi się, że to nie ja sam gram. Zaklinam w nich wszystko – pokusę, wabienie, tajemnicę – i po chwili ta melodia krąży w mojej głowie, a ja kołyszę się w jej rytm tak, jak za chwilę zakołyszą się szczury.

O ile jakiekolwiek posłyszą ten głos.

Zaczynam iść wolno, a malutki ogień rozświetla słabo ziemię na dwa kroki przede mną. Myślę o bogach, którzy muzyką wznieśli to miasto, i czuję cień dumy, bo doświadczam teraz odrobiny tego szaleństwa. To potęga, która może upajać – i ja, szczurołap, który zaklina żywe istoty na jedną chwilę, mogę sobie wyobrazić majestat melodii, co wyrywa z wnętrzności ziemi nowy świat.

Świadomość tej mocy przejmuje mnie tak, że ronię kilka łez w zatęchłej pustce zapomnianego przez ludzi i bogów korytarza.

Chwilę później odkrywam, że jednak nie jestem tu sam.

*

– Kim on jest naprawdę? – Anneir mierzył wzrokiem ciemność korytarza, a Animede tkwiła nadal pod ścianą – Człowiekiem, kotem, postrachem strażników czy jeszcze inną bestią?

– Jest moim przyjacielem – ucięła krótko, maskując złością troskę. – Co zrobimy, jeśli nie wróci?

W blasku ognia, który obejmował kościste dłonie Animede, błysnął uśmiech Esstera.

– Spokojnie, gwiazdo – mruknął. – Postaw na moje sztuczki.

*

To tak przejmujące uczucie, że na moment gaśnie moja melodia – ale wzrok mnie nie oszukuje, zmysły nie kłamią.

Na samym końcu kręgu słabego światła widzę ciemnoszary kształt o czarnych jak dwa węgielki zwierzęcych oczkach. Te oczka zdają się dosięgać mnie z dołu, zwierzątko czai się na granicy ognia, a ja zaczynam grać głośniej.

Przede mną przycupnął szczur.

Nie reaguje na moją muzykę – spogląda na mnie z dołu, ani drgnąwszy, a ja jeszcze więcej serca i pokusy wkładam w dźwięki, które wibrują w ciemnościach. Kiedy po chwili szary kształt rusza wolno przed siebie w kierunku ciemności, ja zaczynam już rozumieć.

To on mnie przywołuje.

A ja daję się przywołać, bo pokusa, wabik i tajemnica krążą także w mojej głowie.

Gdy stawiam pierwsze kroki śladami szarego zwierzątka, widzę już, że mam rację. Moja melodia wibruje i wszystkie veirańskie szczury tańczyłyby już w jej rytm – ale ten drepcze przed siebie, trzyma się granicy ognia, a ja idę w obcy świat za tym wysłannikiem.

Mówią, że ginęli tutaj do tej pory ludzie – ale przecież ja nie do końca jestem człowiekiem.

Drepczemy tak przez chwilę, ja człowiek-kot i szare szczurzątko, a ze światem naokoło nagle zaczynać się dziać coś dziwnego. Ogień nie pokazuje niczego, ale ja mam wrażenie, jakby znienacka zrobiło się nas więcej w tym korytarzu, jakby ciemność zaczęła skrywać jeszcze inne istoty.

Ale idę – moja melodia słabnie tak, jak słabną moje płuca, nadal jednak unosi się w ciemności. Obecności wokół mnie robi się coraz więcej, już niemal fizycznie czuję oddechy, bicia serc, szelesty i świsty żywych organizmów, malutkie melodie utajonych żyć. Nie wiem, co z tym robić, nie wiem, gdzie jestem, ale idę, bo ciemność gra mi pokusę, wabik i tajemnicę tak samo, jak ja wcześniej grałem ją szczurom.

Czasami myślę, że jest we mnie zbyt wiele zwierzęcia.

Mój dźwięk nagle wpada w głębię i wraca zwielokrotnionym echem. Nie mam odwagi przestać grać, ale wyczuwam przed sobą przestrzeń, szerokość i otchłań. To już nie wąska gardziel rozkłada się przede mną – echo zdradza zupełnie inny, choć tak samo ciemny świat.

Zanim moja myśl obiera jakikolwiek kierunek, ciemność rzuca się na mnie – ciepła i miękka, śliska i ostra, jak miliony zwinnych szczurzych ciał.

*

Gdy Sarde Matt zjawił się w książęcej izdebce na wieży, by zdać raport, książę czuwał mimo późnej pory. Siedział na fotelu przed oknem, patrzył na rozlaną u stóp pałacu ciemność, na uśpione miasto, ale nie obrócił się nawet w jego kierunku.

Mężczyzna wyrecytował wszystko – a gdy skończył, głos księcia wydał mu się przytłumiony, jakby rozlegał się w sinej dali.

– Jeśli coś mu się stanie, nie jestem zdania, byśmy byli mu cokolwiek winni.

*

Gdy otwieram oczy, budząc się z bólu, wisi nade mną ciepły blask, który na myśl przywodzi nadziemia, boskie krainy i wszystkie pozaświaty. Nie wiem, ile czasów i miejsc minęło, w mojej głowie tętni to, co posłyszałem w ciemności, przejmuje mnie żal, zimny chłód dokonanego odejścia i przerażające podejrzenie, że świat jest już za mną bez żadnej nadziei i żadnego odwrotu.

Ale głos, który rozlega się nad moją głową, zdecydowanie nie jest głosem żadnego bóstwa.

– Niech cię szlag, Mosa – mruczy Anneir Esster. – Połowa tych przeklętych podziemi spłynęła twoją krwią.

*

W jednej chwili ledwo żywe ciało spięło się, ale nie po ludzku – wielkie oczy chłopaka rozwarły się jak oczy schwytanego zwierzęcia, jedna zimna dłoń chwyciła ramię Anneira z drapieżnością, druga zacisnęła się na ciemnym fleciku i Mosa zerwał się, po czym w ułamku sekundy znów zwinął wpół z wyciem niepodobnym do głosu żadnego człowieka. Ale Anneir Esster niejedno w życiu widział i niejednego doświadczył – bezceremonialnie dokończył opatrunki, a widząc półprzytomny wzrok, bez zbędnych ceregieli ujął Mosę za ramiona, wstrząsnął lekko i strzelił w policzek.

Poskutkowało.

– Esster! – jęknął bezradnie Mosa, jakby dopiero go rozpoznał. – Ja… to… on… – Przez moment chłopak szukał słów, aż wreszcie skapitulował i rzucił znów z determinacją godną dzikiego zwierzęcia. – Ty mnie stąd musisz wyprowadzić!

– Jeśli cię stąd nie wyprowadzę, Animede przerobi mnie na popiół – odparł Anneir drwiąco. – Co cię poharatało, koci książę?

Lakeri przez długą chwilę szukał odpowiedniego słowa w skołatanej głowie, a gdy wreszcie je znalazł, sam sobie zdawał się nie dowierzać.

– Szczurzygraj – wymruczał z przerażeniem. – Człekołap.

*

Pierwszy raz w życiu widzę, jak Anneir Esster, ta świątynia dumy i pogardy, traci kontenans i w tej nieszczęsnej sytuacji kąsa mnie dzika satysfakcja.

Żebyś ty, kurwa, Anneir, widział to, co ja.

Próbuję mu o tym mówić, ale nie mam na to języka ani rozumu – wiem tylko, że musimy się spieszyć, wiem, że moje miasto staje właśnie na drodze do śmierci i wszyscy…

Dopiero teraz spostrzegam, że nie ma przy nas Animede – gdy pytam o nią, Esster uśmiecha się przebiegle w blasku pochodni, a ja tężeję z przerażenia.

Gdziekolwiek by była, nie mamy się z czego cieszyć.

*

– Nie ma mowy, Danga. – Animede Vendra stała w przejściu do czarnej otchłani korytarza, na jej palcach tańczyły małe ogniki, a w oczach żar szaleństwa.

– Książę pan nakazuje zamknąć wejście. – Danga Rebbe powtórzyła jeszcze raz, a dwóch strażników dobyło miecza. Animede uśmiechnęła się tylko leniwie, a ogień na jej szczupłych dłoniach zapłonął żywiej.

– Esster go szuka i nie ustanie, dopóki nie znajdzie. A ja nie pozwolę wam na nic, jeden krok i ogień pójdzie w tany. – Wyrzuciła z siebie groźby bez najmniejszego zastanowienia, bo mogłaby puścić teraz ogień na pałacowe korytarze z mroźną trzeźwością umysłu. I ta bezwzględność musiała zrobić wrażenie: stara mistrzyni i strażnicy cofnęli się, a Animede pomyślała o blasku swojej mocy wypisanym w ich przerażonych oczach.

Ciepło oddechów na plecach, aksamitne szelesty z ciemności i cichutka melodia – tyle wystarczyło, by pojęła, że to nie jej zuchwałość odbija się strachem w ludzkich źrenicach.

*

Nie wiem, jak działa medycyna Esstera i czego we mnie napakował, ale po paru chwilach gnam już przez te korytarze jak wariat. A może to strach gna mnie do przodu – bo ja już wszystko widziałem i wszystko wiem.

Wszystko objawił mi Człekołap, Szczurzygraj, istota taka sama jak ja, która milczącego stracha napędziła straży oraz cechowi.

I zupełnie inna niż ja.

Gdy wypadamy wreszcie z podziemi, przy metalowych drzwiach nie ma nikogo. Esster klnie, ale ja pędzę dalej, bo na nic innego nie liczyłem – przez piwnicę, przez schody wypadamy na zacisze pałacowego korytarza usłane pysznymi dywanami.

Furda, zacisza! Furda, dywany! Stajemy na środku, przed nami kobierzec się ściele, ze ścian patrzą ze zgrozą przodkowie miasta Veira, a między tym złotem i wspaniałościami leniwym strumieniem przepływają szczury.

Dużo szczurów. Cała masa szczurów.

Ich czarne oczka zatrzymują się w jednym miejscu i wbijają się w nas, a wtedy ja w jednej chwili wtykam sobie flet do odrapanej gęby i zaczynam grać. Przez korytarz idziemy powoli, szczury rozstępują się, Esster idzie za mną przejęty jak panieneczka, a ja mam ochotę wyć, płakać i zabijać, bo wszystko jest tak, jak mi Szczurzygraj powiedział.

Teraz on przejmuje to miasto we władanie.

Kiedy wyłazimy z pałacu, ranek już wisi nad miastem, ale żadne dźwięki nie rozlegają się pośród kamiennych kolosów, żadne wołanie przekupki, żadne śmiechy strażnika. Wypadamy z pałacowych wrót prosto na rynek, a on otwiera się przed nami jak nieme cmentarzysko, jak pobojowisko życia i śmierci, jak milczący świadek zagłady, któremu już tylko cisza została zamiast lamentów i płaczu.

Na rynku veirańskim nie ma ani jednego człowieka.

Przez rynek veirański przepływają szczury.

Jest ich tyle, ile gwiazd na niebie, niektóre gnają przed siebie jak oszalałe, inne cisną się gromadami, a jeszcze inne – szabrują w oknach przepysznych kamienic, które wiszą już teraz martwo nad rynkiem. A ja gram swoją melodię, wygrywam im ślepotę, wygrywam im obojętność, resztki własnego serca i krwi wpluwając do flecika – i szczurzy świat kręci się bez zmiany, choć właśnie skończyło się życie tego naszego.

Tego ludzkiego.

Twarz Anneira Esstera, który stoi obok mnie, nie wyraża nic oprócz zdziwienia, a ja nawet nie mam siły na odrobinę uciechy, bo słowa Szczurzygraja dzieją się co do joty. I nie muszę szukać żadnego mieszkańca, nie muszę zastanawiać się, czy jest tu ślad człowieka, bo i to objawił mi nienawistny głos w ciemności, co zawisł nade mną chwilę przed moim skaraniem.

Nie będzie tu ni śladu człowieka. Szczurzygraj zjawił się tutaj, by wyprowadzić stąd człowieka – a każda z jego melodii ma moc zaklinania ludzkiego serca.

Tak jak moje melodie zwodzą wszystkie szczury.

Idziemy dalej – ja gram, dłonią wskazuję tylko Essterowi, żeby trzymał się mnie jak deski ratunku, a ten idzie za mną, lawirując ostrożnie między futrzanymi kłębami, które krążą i ocierają się o nas, nie widząc nas zupełnie. Przecinamy rynek, wchodzimy w Zachodnią, w największą arterię miasta, ale i tutaj zamiast barw i zapachów, zamiast głosów i rytmów kłębią się szczury – demontują świat człowieka w oknach i na ulicy, w drzwiach i na balkonach, ściągając wszystko, co tylko wpadnie w ich przykurczone łapki. Wiszą na okiennych zasłonach, wyciągają smakołyki z kramów, szamoczą się na ulicach ze wszystkim, co człowiek zostawił, a ja już płaczę bez żadnego opamiętania i łzy spływają po moich policzkach, bo Szczurzygraj, głos z ciemności, jest słowny jak śmierć i nieszczęście.

I nie muszę się pytać, gdzie podziali się wszyscy ludzie – bo i to mi w swojej pysze czy pokusie zapowiedział.

Żaden człowiek nie zasługuje na życie w oczach króla małych zwierząt.

Każdy człowiek zasługuje na śmierć.

*

W szarościach poranka na ulicy Zachodniej Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, zrozumiał, że tutaj właśnie kończy się jego pojmowanie rzeczywistości. Tysiące małych istnień kręciło się wśród kamiennych form miasta Veira, zlewając się w jedno z burością wiekowych kamieni, nagie ogony wiły się, a czarne oczka strzygły gdzieniegdzie znad zniszczenia i szabrowiska. Cała ta fala zdawała się przepływać obok nich, jakby byli z innego świata, i Esster nie wątpił, że to zasługa melodii, którą wygrywało nieszczęsne stworzenie stawiające koślawe kroki u jego boku.

Mosa niemal wpił się odrapaną twarz we flet, szedł do przodu przykurczony z bólu, a łzy płynęły mu pomiędzy zadrapaniami. Temu chłopakowi właśnie kończył się cały świat, a Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, po raz pierwszy poczuł coś na kształt współczucia.

Przystanął. Położył dłoń na ramieniu szczurołapa, a Mosa zwrócił się w jego kierunku, piłując wciąż prostą hipnotyczną melodyjkę.

– Czy to zrobiła ta istota z podziemi? – Mosa przesunął palce na fleciku i skinął głową. – Czy przez niego zniknęli stąd ludzie? – Umęczony wzrok znad instrumentu odpowiedział sam za siebie. – Czy oni mają szansę przeżyć? – Tu głos Anneira sam drgnął, a Mosa przymknął opuchnięte oczy.

Ostatnie pytanie Esster zadał, tknięty nagłą intuicją.

– Czy ty możesz jakkolwiek to wszystko zatamować?

*

Kurwa mać, Esster, pomyślałem sobie, niech szlag trafi ciebie i twoje pytania.

Oczywiście, że wiedziałem, jak to zatamować.

To także przepowiedział mi głos z ciemności – Szczurzygraj, Człekołap ludzka śmierć i szczurze panowanie.

Głos z ciemności, co opadł mnie razem ze szczurzą dusznością, przez pierwszą chwilę opowiadał mi o tym, jak zadziwiony jest moją melodią. Jak bardzo podziwia stąpanie po granicach światów. Jak zaskoczyło go nasze spotkanie – moje i jego, dwóch istot, które z dwóch granic wygrywały swoje melodie. Wtedy jeszcze szczurza duszność otulała mnie zaledwie, tysiące kosmatych ciał tuliły się do mnie jak do niewidzianego brata, a Szczurzygraj roztaczał przede mną wizję swojego królestwa, w którym żaden z jego poddanych nie zostawiłby go w ciemności na pastwę wroga, nie zlekceważyłby go i nie wystawił.

Zaprosił mnie do tego królestwa.

Powiedział mi, co gra w jego myślach i jaki los przynosi Veirze w imię wybawienia swoich, ja chwyciłem za flet, cisnąłem melodię ataku, a szczurza duszność bez wahania chwyciła za mnie. I w jednej chwili z piedestału runąłem w krwawe odmęty szczurzego kłębowiska – a głos z ciemności wyśmiał mnie pogardliwie, bo jednak okazałem się taki sam jak ludzie.

Szczurzygraj zwyzywał mnie od ludzkiego, zdradzieckiego pomiotu – i dokładnie taki miałem teraz zamysł.

Esster stoi naprzeciw mnie, a ja ważę w myślach to wszystko, co mógłbym uczynić. Nie chciałem. Było mi wstyd. Nie widziałem Szczurzygraja, ale czułem na sobie jego pełen pogardy wzrok. Zasłużyłbym na tę pogardę bez dwóch zdań.

Ale naokoło mnie szarawa fala przelewa się przez miasto, które kochałem. Szarawa fala wyparła stąd ludzi, których kochałem, a ponura śmierć wisiała nad ich głowami. Gdzieś w pochodzie Szczurzygraja tańcuje Animede i wszyscy pocieszni mieszczanie, którzy zginą, nie wiedząc nawet o własnej śmierci.

Nie wiem, czy godność i honor jednego człowieka są dobrą ceną za życie całego miasta – ale wiem, że są moją jedyną walutą.

*

Ostatnie takty melodii są głośniejsze, ostro odbijają od kamiennych ścian i bruku – a kiedy Mosa odejmuje od ust drewniany flecik, szepcze niemal bezgłośnie zdrętwiałymi wargami:

– Wiem, gdzie oni są. Mam sposób. Jest kurewski, Esster. Ale potrzebuję twojej pomocy.

– Tego jednego, parszywego dnia – Anneir Esster jest ponury jak śmierć i noc – możesz mnie prosić o wszystko.

*

Ze zdumieniem patrzę, jak to ryże utrapienie, które stało się moim ostatnim towarzyszem w tej eskapadzie zniszczenia, we własnych dłoniach wyczarowuje świetliste pasma magicznego Przejścia między przestrzeniami.

Cyrulik pieprzony, myślę z nieoczekiwanym zachwytem, bo i ja, i Animede wiedzieliśmy, że Esster tylko podaje się za medyka z dalekiego Morleadu, choć w rzeczywistości jest dzikim żywiołnikiem – urodził się z magicznymi mocami, ale nie szkolił ich w cechu, a dla szkolonych magików jest niewdzięcznym obiektem zagrożenia. I teraz Anneir Esster stoi naprzeciw mnie, spomiędzy jego dłoni świetliste pasma wyłaniają się z lekkością, a on układa je i czaruje, wprawia w ruch i w przepływ, aż wreszcie zamykają się między jego dłońmi w kształt świetlistych wrót.

Ciemność, która pojawia się między jaśniejącymi pasmami, ma dla mnie kolor nadziei.

– Jeśli mówisz, że powiódł ich na wzgórze Kanter, to właśnie otwieram ci drogę do Kanter – mówi Esster, uśmiechając się szelmowsko. – Nie musisz o tym później pamiętać.

Rozumiemy się bez słów – Esster i ja, dziki żywiołnik i szczurołap, anomalia i wybryk.

Dalej mam ochotę przetrącić jego gębę, ale teraz ten zarozumiały uśmiech wkurwia mnie jakby mniej.

Nie skupiam się jednak na tym – ujmuję flet, choć palce i usta odmawiają mi posłuszeństwa, a kolejna melodia, którą gram, nie jest już wolna i hipnotyzująca. Nie kryje nas. Nie chroni nas. Kolejną melodią znów wabię i kuszę, znów trącam najczulsze struny szczurzych serc, znów odmalowuję przed nimi zbawienie i szczurzy raj. I gram jak wariat, bo wiem, że na końcu tego wszystkiego czai się moje nieszczęście i moje potępienie – ale melodia przejmuje mnie w zupełności i po krótkiej chwili ja pierwszy żyję jej rytmem.

A zaraz po mnie – rytm poczyna przejmować ruchy szczurzej fali.

Pierwsze zwierzęta zatrzymują się i zarzucają swoje trajektorie, zostawiając szabrowane skarby na ulicach. A gdy kilka szarawych grzbietów podchodzi do moich nóg, ja kiwam powoli głową Essterowi i wkraczam w ciemność przejścia.

I za mną wije się pierwszy nagi ogon i pierwszy obły grzbiet.

*

Poza kamiennymi granicami ludzkiego świata tylko natura jest niemym świadkiem tego, co dzieje się na drodze do Kanter.

Tylko natura – krzewy i drzewa, trawy i kamienie, żywe istoty, którym bogowie oszczędzili otchłani ludzkiego rozumu – widzą ten pochód, który rozlewa się leniwie między łąkami. Oszołomieni ludzie podążają tutaj przed siebie, starzy i młodzi, biedni i bogaci, piękni i brzydcy, każdy z nich ze wzrokiem, w którym nie ma cienia świadomej, jasnej myśli. Toczą się przed siebie jak jedna fala o tysiącu głów, poranne słońce rozlewa się nad nimi tak, jak nad resztą świata, a melodia, prosta melodia, nadaje im rytm i krok.

Tę melodię słyszą wszystkie żywe istoty wokoło – ale nie odmienia ona ich serc.

Ona zaklina tylko myśli i rozum człowieka.

Wzgórze Kanter tkwi tak jak zawsze – wyrasta łagodnie spomiędzy łąk, unosi się obłym grzbietem ku niebu, a na jego płaski szczyt prowadzi droga wznosząca się leniwie przez zbocze. I taki też jest krok pochodu, który staje pod wzgórzem – a melodia, co tnie jasne powietrze poranka, zwalnia jak i ten, co wiedzie pochód ku jego przeznaczeniu.

Szczurzygraj, Człekołap pierwszy wkracza na ścieżkę niosącą się przez cielsko wzgórza.

Za sobą czuje tysiące istot, które dały się uwieść jego melodii. Przed sobą czuje jasność i moc, potęgę i przyszłość – bo piękny jest świat poza veirańskimi kanałami, a on dzisiaj temu światu niesie przyszłość śmigłą i zwinną jak szczur. Melodia wypełnia jego żyły i tłoczy się w jego sercu, gra jak opętany, nie przerywając ani na moment – a bicia serc i szelesty oddechów składają się w jedną symfonię z jego rytmami i śpiewami poranka.

Droga przez wzgórze nie nuży go ni odrobinę i nic nie wstrzymuje jego leniwego kroku. Stąpa po piaszczystej ścieżce i rozgląda się wokoło, po świecie, który zostaje coraz niżej, po polach i łąkach, które kładą się aż po horyzont. Z tyłu na widnokręgu zostaje kamienna skorupa miasta Veira, co właśnie zaczyna nowy czas swojej historii – ale tam Szczurzygraj nie patrzy, on w sercu ma tylko to, co czeka go w przyszłości.

Na płaskim grzbiecie wzgórza staje jako pierwszy, chłonąc moc przestworzy.

I dopiero cicha melodia zdradza mu, że nie jest w tych przestworzach sam.

*

Gdybym mógł, zabiłbym siebie samego w tej chwili.

Ale komu innemu obiecałem śmierć.

Gdy tylko melodia zaczyna się nieść znad drogi, ja od razu zmieniam swoją. Tkwię na kamieniu, w sercu tego nieszczęsnego wzgórza, naokoło mam otwarty świat, a za mną kołyszą się w hipnotycznym tańcu szczury. Są już moje, są już zaklęte – pozbawione Szczurzygraja wpadły w moje sidła jak zawsze, a ja wywiodłem je aż tutaj.

Jak zdrajca. Jak ludzki pomiot.

Gdy pierwsze ludzkie sylwetki wyłaniają się zza zbocza, ja nie od razu dostrzegam tego, kto ich wiedzie. Mierzę wzrokiem tę ludzką ławę – tych wszystkich otumanionych mieszczan, co idą właśnie na nieświadomą śmierć, i wyzbywam się resztek sumienia i skrupułów.

A potem rozpoznaję sylwetkę utrapienia z ciemności i moja melodia przez chwilę drży.

Szczurzygraj, Człekołap jest rzeczywiście taki sam jak ja.

Na czele ludzkiego pochodu idzie niewielka istota – prawie dziecko, na pewno młodzieniec, niski i przygarbiony. Wyglądałby jak człowiek, gdyby nie zmarszczona skóra twarzy, która przechodzi w płaty szczurzych uszu. Byłby bardziej ludzki, gdyby nie unosił się za nim nagi i zręczny ogon. Łatwiej byłoby mu spojrzeć w twarz, gdyby nie miał czarnych okrąglutkich oczu i gdyby jego nos nie układał się jak nos zwierzęcia.

Ta istota kroczy między światami zupełnie tak jak ja – z jasnym fletem u pomarszczonych ust.

Na mój widok przystaje, a razem z nim staje też pochód i ja dziękuję bogom, że nie ma w tej pierwszej ławie nikogo, kogo kocham, bo muszę być teraz zimny i rozmyślny. Wypluwam z siebie pierwszy rytm. Jest ostry i nieprzyjemny, jest rytmem śmierci i zniszczenia. Podciągam go, nasilam, wyostrzam – świdruję już ze wszystkich sił i już czuję, że masa szczurzych ciał za mną przejmuje moją muzykę.

Nie mam litości – rozlewam nad nimi dźwięki śmierci i zabijania, opowiadam im historię o żądzy krwi i rozdzieranym ciele, skazuję ich na głód i objawiam zaspokojenie, a kiedy szczury szaloną ławą rzucają się przede mnie, mam ochotę gnać z nimi, bo i mnie te dźwięki przejmują aż do głębi.

Widzę, jak fala obłych grzbietów dopada Szczurzygraja. Widzę, jak zalewa go morze kosmatych ciał, a jego czarne oczka – czarne i nieludzkie – są ostatnim, co znika pod zalewem buroszarej sierści. Do ostatniej chwili są wymierzone we mnie – a ja wiem, że on niczego nie zrobi, że będzie tak tkwił, zaskoczony tym, co napotkało go na wzgórzu, bo on nie przywykł do braku lojalności. On zginie jak król, nawet jeśli to ja zakląłem do zdrady i śmierci jego poddanych.

Jak zdrajca. Jak ludzki pomiot.

Moja własna melodia zagłusza mlaskania i odgłosy rozrywanego ciała – a świat usuwa się spod moich stóp w tej samej chwili, gdy pod szczurzą falą usuwa się Szczurzygraj.

Gdy toczy się ku mnie jasny flecik, jestem pewien, całą mocą gasnącego umysłu, że to jego ostatnia pokusa.

Dla zdrajcy, ludzkiego pomiotu i wyrzutka.

*

We własnym łóżku Animede obudziła się ze strzępami obrazów w głowie – obrazy drogi, wzgórza, świateł poranka nad miastem tańczyły w jej myślach do spółki z dwoma melodiami. Jedna z nich była groźna i zła, druga brzmiała jak głos przyjaciela, ale żywiołnica nie umiała złączyć tego w jeden obraz.

Na dobre zadziwiła się jednak, gdy stanęła w drzwiach własnego saloniku.

Na zielonej kanapie leżał Lakeri Mosa. Spał zwinięty i sponiewierany, w jednej dłoni kurczowo trzymał własny flecik, ciemny i drewniany, w drugiej miał podobny, tylko że większy i jasny. Na ziemi, oparty o kanapę i kolana Lakeriego, spał Anneir Esster – a jego blada, arystokratyczna twarz układała się przez sen w wyraz znużenia.

Nie wiedziała, co musiało się stać, by doszło do takiej komitywy – a chwilę później jej myśli odwrócił łomot do drzwi.

Znajome wrzaski obwieściły straż.

Na ten dźwięk Mosa i Esster obudzili się w jednym momencie – Mosa zerwał się, rzucił się w stronę drzwi, ale zatrzymał się po chwili i zmierzył wzrokiem jasny flet.

– Mosa, ja nie radzę… – głos Esstera był czujny i ostrożny.

Chłopak spojrzał na niego znad instrumentu, a zdumiona Animede spostrzegła na jego twarzy wątły uśmiech.

– Spokojnie, Esster – powiedział bez najmniejszych awantur. – Ja nie zamierzam.

Zatknął sobie ciemny flecik za pas tak, jak robił to zawsze. Jasny ujął w dłonie, przyjrzał mu się bacznie, lekceważąc straż i jej groźby za drzwiami – i pewnym, zdecydowanym ruchem przełamał instrument na pół. Oba kawałki cisnął w stronę Esstera. Anneir złapał je, a Mosa tanecznym krokiem poskoczył do drzwi.

– A cóż to za grobowe miny? – parsknął śmiechem w twarz zdezorientowanym strażnikom. – Domyślam się, że jaśnie pan książę ma ze mną do pogadania; na jego szczęście ja także dzisiaj chętnie utnę sobie pogawędkę.

Strażnikom dał się wyprowadzić bez najmniejszego zająknięcia.

– Esster? – na tyle było stać zdziwioną Animede, gdy drzwi zamknęły się za szczurołapem. Anneir wstał i rozsiadł się na kanapie. Dwa kawałki flecika schował do kieszeni z ostrożnością większą, niż zwykle, ale zamaskował ją zwykłym, arystokratycznym uśmiechem.

– Pan Mosa postanowił wrócić do domu – westchnął – To najważniejsze, co powinnaś wiedzieć o tej nocy.

Nie teraz

Gdy staję na brzegu strzelistego dachu, nie ma wokół mnie towarzystwa. Jestem ja i przestrzeń, która kończy się w szarych mgłach horyzontu. Ja i mozaika dachów, które sterczą z tkanki ziemi jak rachityczne zęby bestii. Ja i misterna plątanina ulic, która rozściela się u moich stóp jak zagadka do rozwiązania.

Ale ja nie przychodzę tutaj, by rozwiązywać łamigłówki.

Ja przychodzę tu na pocałunek śmierci.

Włażę na dach prastarej Kawerny zawsze wtedy, kiedy jestem kurewsko zły. To nie jest tak, że życie w moim mieście niesie korowody radości. Że karmi pysznymi pieczeniami sukcesów i poi najlepszym winem wygranych. Miasto Veira potrafi być potężnym kurwiskiem. A czasem nawet – wykidajłą, co z kijem stoi przed drzwiami burdelu i w Twoich oczach rozpoznaje tę samą pustkę, którą masz w portfelu.

W moim mieście ludzie nie rozumieją moich słów. W moim mieście ludzie nie lubią mojego towarzystwa. Ludzie mojego miasta śnią inne sny niż moje, a ich ciała żyją w innym rytmie niż te ciało, w którym ja utkwiłem. A jednak ja kocham do nich mówić, ja grzeję się w cieple ich ciał, ja opowiadam im sny, którym nie widziałem, tak proste i zgrzebne jak ich wizje.

A moje ciało i jego rytmy – cóż, czasami udaję, że ono nie istnieje.

Dlatego przychodzę tu na pocałunek śmierci.

Najpierw wchodzę do prastarej Kawerny. Wiem, jak to jest przemykać się pół-bezgłośnie, umiem się przecież zamieniać w kota i cisza jest moim powiernikiem. Służba nie widzi mnie, jeśli im nie pozwalam. Inni ludzie modlą się do bogów i nie ma tam miejsca na strapienia innych istot. Idę dalej – skręcam przy ołtarzu Kreatora. Znikam w schodkach, które dla większości prowadzą donikąd, ale dla mnie wiodą do mojej osobistej świątyni, do ołtarza śmierci i pojednania się ze światem. Aż wreszcie wchodzę po schodach starej wieżycy. Nie ma już tam pajęczyn, nie ma tam kurzu na poręczach, ja już wyznaczyłem ścieżki na wąskiej, zatęchłej klatce schodowej.

Gdy dochodzę do kawernalnych okien – potężnych, przebitych na wylot światłem – zmieniam postać na tę drugą, na zwierzęcą, na tę kocią. Misterny kanty zadaszenia Kawerny łatwiej mi pokonać na czterech łapach, choć wiatr zawsze szarpie mnie za ogon i świszcze swoje groźby w nadwrażliwych uszach. Ale gdy wychodzę na dach, gdy pnę się po stopniach dachówek na ostatnią platformę, gdy wskakuję tam, gdzie resztki budowli dzielą mnie od niewidocznych gwiazd, zawsze powracam do ciała człowieka.

W ciele człowieka strach krąży inaczej. Jest bardziej świadomy, niestłamszony ręką instynktów. Strach w ciele człowieka smakuje jak alkohol i ja – na dachu, wśród przestworu – upijam się nim, pozwalam, by krążył w mojej krwi i zaślepił mi oczy. Przy pierwszym zachłyśnięciu robię krok do przodu. Wtedy nie widzę czubków mojego buta na tle szkarłatnego dachu. Czerwień dachówek zamienia się na rysy miasta. Wicher bije we mnie, słońce mnie oślepia, a ja stoję. Chwieję się. Tętnię od upijanego strachu, a potem – gdy już nie wiem, czy jeszcze jestem wichrem, czy już może człowiekiem – otwieram szeroko oczy.

I wtedy widzę przestrzeń, która kończy się w szarych mgłach horyzontu. Mozaikę dachów, które sterczą z tkanki ziemi, jak rachityczne zęby bestii. Misterną plątaninę ulic, które rozścielają się u moich stóp, jak zagadka do rozwiązania.

Potrzebuję odległości jednego prastarego budynku i szkarłatnego koloru mojego własnego strachu, by spojrzeć na ten świat czułym okiem. Wtedy widzę ludzkie drobiny w tkance miasta. Te, które nie rozumieją moich słów, ale i samych siebie, bo krążą bezradnie jak mrówki po ulicach. Te które nie lubią, mojego towarzystwa, a jednak wszystkie są teraz pod moim okiem. Te, które śnią sny inne niż moje, a jednak teraz stają się moją własną wizją.

Łatwiej mi ich pokochać, gdy widzę ich bezradność.

Łatwiej mi siebie pokochać, gdy widzę, że mogę się stracić.

Łatwiej mi myśleć o sobie dobrze,  gdy czuję chłodny pocałunek śmierci na moim karku i chłodny pazur rozłąki – ten najgorszy, bo ze swoim życiem – na przegubie ręki.

***

Czasem jest tak, że gdy schodzę, pod Kawerną czekają już moi przyjaciele. Animede zawsze wtedy pyta, jak minął mi dzień, a ja odpowiadam zgodnie z prawdą: to było ciężkie popołudnie. Potwornie mnie wymęczyło to popołudnie. Ona śmieje się wtedy, a ja śmieję się z nią, bo jej śmiech leczy wszystkie moje smutki.

Ale ona nie wie, o co mnie pyta. Nie wie, że nie pyta o sprzątanie kawernalnych zakątków, nie wie, że ja wcale nie dorabiam tam na służbie i nie ma pojęcia, gdzie kończą się moje kroki.

Ale jeśli jest z nią Esster, to ostrożniej się śmieję pod ostrzałem jego zielonych oczu. I on ostrożniej się ze mną wita, gdy spotykamy się w takim momencie.

Obydwaj wiemy, co wydarzyło się pewnego poranka.

Obydwaj wiemy, że pewnego ranka spotkaliśmy się obaj na dachu Kawerny. Nie witaliśmy się i nie kłóciliśmy się, nie awanturowaliśmy i nie biliśmy się po pyskach. Spojrzeliśmy tylko po sobie – on na mnie, ja na niego i rzuciliśmy sobie dwa słowa.

Nie teraz.

Nie wiem, od czego on wtedy uciekał.

On nie wie, przed czym uciekałem ja.

Ale „nie teraz” zostało w nas obu i niesiemy je razem jak milczący, przeklęty skarb.

I za to jednak kocham mój świat i moje miasto. Zazwyczaj gdy staję na brzegu prastarego dachu, nie ma wokół mnie towarzystwa. Ale raz, gdy stanąłem na brzegu życia i śmierci, to jednak nie pozostałem tam sam.