Ostatni na ziemi

Nie czuj presji.

Nie czuj presji.

NIE-CZUJ-ŻADNEJ-PRESJI.

Ale czy można nie czuć presji w moim położeniu? W moim opłakanym, przekichanym, zaplutym położeniu, a raczej – w moim locie, w moim pędzie, w moim szybowaniu do ziemi?

Nazywam się Żorżo, strach mnie rypie na przełaj i właśnie spadam z macierzystego drzewa.

Jestem ostatnim żołędziem na ziemi.

***

Jak to się stało? Nie wiem. Gdy byłem małym żołądkiem, gałęzie mruczały mi do snu, że kiedyś było nas więcej. Ach, te żołędzie – szumiały liście między sobą, gdy chlorofil uderzał im do głowy – w sześćdziesiątym siódmym żołędzie takiego guza nabiły kotu, że wyglądał jakby miał trzy łby!

Ale to nie był sześćdziesiąty siódmy.

Był dwa tysiące sto siedemnasty i populacja żołędzia wynosiła jeden. Słownie jeden. Dosłownie – ja.

Myślałem, że umrę, gdy wreszcie rypnąłem o ziemię, a moja szypułka zaryła w glebę. Co robić, kurwa, co robić, jak to właściwie leciało, próbowałem pozbierać myśli, gdy ziemisty zapach wbijał mi się w żołędziowe zmysły.

Musisz wypuścić z siebie kiełek do ziemi, podszepnął rozsądek.

ALEJAKTOOOO, zawyła panika.

A potem mnie kopnęli.

***

Jak mnie kopnęli? Boleśnie mnie kopnęli! Bezczelnie mnie kopnęli! Poleciałem przed siebie, tracąc resztki orientacji. Pęd! Szybkość! Turlanie! Świat zlany w jedno! I jak ja tu mam pracować, piszczała panika, jak mam się rozmnażać, OMATKOMATKO RÓD ŻOŁĘDZI WYMRZE!

Zatrzymałem się wreszcie.

Odetchnąłem z ulgą.

Teraz, Żorżo, będziemy się rozmnażać.

Teraz…

OKUUURWA!

Ja przecież zatrzymałem się na ulicy!

Jeden dziki pojazd myknął tuż obok mnie. Podmuch zerwał się okrutny. Cisnął mnie na drugą stronę asfaltu. I wziuuum, drugi pojazd wyrwał obok, a ja dawaaaj, znowu przed siebie. I raz! I drugi! I kolejny! I ryk, i światła, i chaos, jak w brzuchu bestii, niech ktoś wyłączy te…

Po pierwszych dwóch sekundach bez szumów i światła zrozumiałem, że zatrzymałem się w jakiś dziwny sposób.

W trzeciej sekundzie ktoś podniósł mnie z ziemi.

***

To człowiek! Wziął mnie do ręki, zacisnął mnie w dłoni, w mokrej, obleśnej dłoni i gdzieś powlókł! Ciemność mnie ogarnęła, ciemność i ludzkie ciepło, a panika zaczęła wyć jak syrena. COONZROBI, COONZROBI, jak ja wypuszczę te przeklęte nasionko do ziemi?

Nie wiem, ile szliśmy, ale dźwięki zmieniały się bez ustanku. Najpierw był szum uliczny, potem szum głosów, a potem podejrzana cisza, przetykana tylko szuraniem kroków. I nagle zgrzyt, znowu kroki i uścisk zwalnia, a ja zamiast ludzkiego ciepła poczułem słoneczko.

No pięknie, kurwa. Tak blisko, a tak daleko.

Położyli mnie na parapecie, w otwartym oknie, obok kilku spętanych doniczką kwiatków i tłustego, czarniawego kota.

– Te, kot – spróbowałem nieustraszenie, jak na ostatniego w rodzie przystało. – Ej, kocur, jest sprawa. Weź mnie w pysk i wsadź do ziemi.

– Miau? – Pysk wykrzywił się w fałszywym dźwięku, a mnie zżera cholera.

– Stary, ja nie jestem człowiekiem, ja wiem, że wy umiecie rozmawiać – rzuciłem do niego, a kot skrzywił pysk i pogardliwie prychnął.

– Ja nie jestem człowiekiem – mruknął wyniośle, oblizując się po nosie – a ty rzucasz mi tu starymi jak byle plebejusz. Całuj psa w nos.

Podniósł się i zeskoczył z parapetu, a razem z nim zeskoczyła moja nadzieja.

– Mruczunia, ty cholerniku, znowu spałeś wśród kwiatów? – Krzykliwy głos rozległ się nagle z dalszej części domu. – Jak tylko mi któregoś zwalisz, to popamiętasz!

Do pokoju weszła młoda kobieta, a w kota ani chybi wszedł diabeł. Wystarczyło, by Mruczunia usłyszał zakaz – i hyc, już wskoczył na okno, i szuuuurrr, zamachał ogonem, i siuuuup, kwiatek poleciał za okno. A kto poleciał razem z nimi? Ja poleciałem, proszę państwa, ja, żołądź Żorżo, największy farciarz w spieprzonej historii zwanej moim życiem.

Gdy ląduję na glebie, czuję się jak zwycięzca.

Ni chuj mnie stąd już nie ruszycie.

A potem nagle powraca to niemiłe, niewygodne pytanie.

Co ja mam zrobić, żeby ten cholerny kiełek ze mnie wylazł?

ŁEŁOŁEŁOPANIKA.

Czy mam jakoś otworzyć szypułkę? Czy mam się rozpęknąć na jedną i drugą połowę? A może muszę się kręcić? Może powinienem temu kiełkowi śpiewać? Może trzeba rozpocząć rozmowę? Może są jakieś teorie, nauki, porady, którymi stare żołędzie – z tych czasów, w których były stare żołędzie – dzieliły się między sobą? Ale ze mną się nikt nie podzieli, bo ja przecież byłem ostaaaaat…

– No siema, nowy. – Obcy głos podziałał na mnie jak kubeł zimnej wody. To biały rumianek nachylił się w moją stronę, a jego oko zalśniło żółcią jak słońce.

– Nie taki nowy – burknąłem. – Jestem tak stary, jak pokolenia, które były przede mną.

– Niech zgadnę – żółty pysk rumianka uśmiechnął się tajemniczo. – Musisz wypuścić z siebie kiełka?

Spojrzałem na niego, jakby był aniołem.

– Ty wiesz, jak to się robi? – zapytałem zdziwiony, a on zachwiał się lekko na wietrze jak poeta.

– Niektórych rzeczy się nie robi – mruknął, a ja wywaliłbym na niego oczy, gdybym tylko miał parę na stanie.

Tyle wysiłku, tyle zachodu, tyle walki o życie, łapiących dzieci, pieprzniętych kotów i pędu, pędu, pędu – po to, by jakiś pajac mi teraz mówił, że czegoś się NIE ROBI? Dookoła nas rosło w cholerę innych rumianków i może z perspektywy jego pyzatej gęby wyglądało to inaczej. Ale ja byłem ostatnim żołędziem na ziemi! Ja nosiłem w sobie nasionko! Ja miałem misję i zadanie!

– JAK TO SIĘ NIE ROBI? – ryknąłem tak mocno, jak mógł tylko ryknąć żołądź. – Ja muszę sprawić, by to coś we mnie wyrosło!

Żółte oko rumianka zakołysało się lekko.

– Niektórych rzeczy się nie robi – powtórzył. – Na niektóre rzeczy się czeka, aż Matka Natura zdziała swoje.

***

Sto osiemnaście lat później ja dalej pamiętałem te słowa. Choć ja już wtedy nie znaczyło: żołądź.

Ja sto osiemnaście lat później byłem potężnym dębem. Żołędzie sypały się ze mnie rok w rok jak śnieg na zimę, a moje dzieci porastały okolice tak daleko, jak mój drzewny wzrok sięgał.

Wszystkim tym żołędziom opowiadałem historię swojej parszywej drogi. Nawet sto osiemnaście lat nie wykorzeniło ze mnie gaduły.

Ale na koniec zostawiałem każdego z krzepiącą, uspokajającą myślą.

Niektórych rzeczy się nie robi. Na niektóre rzeczy się czeka, aż Matka Natura zdziała swoje.

O rozstaniach i powrotach

Złotawe kruszyny piasku przesunęły się delikatnie pod naporem lśniącej w słońcu fali, a Stworzonko poczuło przyjemne łaskotanie w stopki. Podwinęło okrągłe paluszki, miękkie łapki wsadziło w piasek i zwinęło się jak cynamonowa bułeczka, by poczuć całym sobą to słońce, tę delikatność piasku i te ciepło, które miło grzało po stworzonkowym ciałku.

– Haloooo, kochaniutkie – usłyszało nagle jednak krzyk koło swojego uszka. – Co to jest za spanie? Nie ma żadnego spania!

Na grzbiecie poczuło ucisk kościstych łapek i zanim zdążyło zaprotestować, wylądowało w piasku i morskiej toni, która wdarła się do noska. Zerwało się, prychnęło i wypluło resztki słonej wody, strząsnęło krople z sierści i spojrzało przez siebie. Miał to być rozeźlony wzrok, ale umówmy się – trudno patrzeć rozeźlonym wzrokiem, jeśli jest się miękkim jak cynamonowa bułeczka.

– Ja nie wiem, jak ty tak możesz! – Towarzysz Stworzonka wyszczerzył się w uśmiechu. – Tylko leżeć i siedzieć, i zupełnie nie oglądać cudowności tego świata.

Z oczu Stworzonka resztki rozeźlenia uciekły razem ze łzami.

– Ja nie muszę oglądać. Wystarczy mi, że czuję.

– Czujesz to, co jest tu i teraz – prychnął jego towarzysz. – Ale nie wiesz, co poczułbyś za horyzontem.

Stworzonko spojrzało niepewnie na towarzysza.

– Myślisz, że za horyzontem tu i teraz wygląda inaczej?  – zapytało. – Inaczej świeci słońce, inaczej bije morze o brzeg?

Jego towarzysz się zmieszał, ale tylko na chwilę.

– Skąd wiesz? – burknął opryskliwie. – Nie było cię tam.

– A ty skąd wiesz? – odparło Stworzonko. – Ja przynajmniej znam na wylot tu i teraz. I… ono jest coraz piękniejsze, choć w gruncie rzeczy niewiele się zmienia. Czy to nie magia?

Towarzysz Stworzonka obrócił się na pięcie i zaczął krążyć po mokrym piasku, kopiąc co większe kamienie. Stworzonko stropiło się. Pamiętało czasy, kiedy obudzili się razem na morskim brzegu, dwa Stworzonka, wtulone w siebie, jakby były jednym. Ale te czasy się skończyły. Teraz drugie Stworzonko zakazało się tak nazywać, zaczęło szukać swojego imienia, krążyć po spokojnej plaży i nasze Stworzonko – które kochało swoje imię, plażę i bliskość drugiej istoty – zupełnie nie wiedziało co robić.

Patrzyło teraz na szybkie kroki swojego towarzysza, którymi zamiatał mokry piasek na plaży. Widziało zieleń lasu, który otwierał się tuż za złotymi piaskami. Wiedziało, że towarzysz tam był, że poznał pieśni leśnych drzew, śpiewy leśnych mchów i tajemnice owoców gęstego boru. A mimo to nadal mu było mało. Nadal chciał poznawać. Nadal łaknął tego, czego nie widział wcześniej.

On nadal tęskni, pomyślało Stworzonko, i ruszyło w stronę towarzysza.

Podeszło do niego, patrząc tęsknie to na linię mokrego piasku, to na linię drzew. Położyło mu łapkę na ramieniu.

– Czego chcesz? – burknął rozeźlony towarzysz, a Stworzonko posmutniało na myśl o tym, co ma powiedzieć.

Ale nie było już innego wyjścia.

– Wyrusz za horyzont – powiedziało smutno. – Sprawdź, jak tam smakuje tu i teraz, bo widzę, że jesteś nieszczęśliwy.

Na odpowiedź nawet nie musiało czekać.

***

Usiadło potem na plaży – łapki blisko nóg, broda blisko kolan – i patrzyło na sylwetkę towarzysza.

Najpierw widziało, jak towarzysz biegnie przez połacie piasku, które odsłonił przypływ. Morze jak zawsze odsłoniło najróżniejsze muszle, ale dzisiaj Stworzonko nie patrzyło na ich wymyślne kształty. Dzisiaj patrzyło na to, jak drobna sylwetka przemierza szare pola piasku, w których odbija się słońce, wyskakując raz na jakiś czas radośnie w górę.

Potem zobaczyło, jak towarzysz wskakuje na pierwszą skalistą wysepkę, zanurzoną prawie zupełnie w wodzie. Porośnięty zielenią ląd z wąską linią plaży zamykał morze z obu stron, ale serce zatoki należało do wysepek. Wznosiły się nad wodę, czerniały w świetle słońca jak leniwe foki, układały się aż po horyzont. I Stworzonko teraz widziało, jak sylwetka towarzysza wskakuje na kolejne wyspy, jak wdziera się po czarnych brzegach skał, jak wskakuje na czarne szczyty, na obłe grzbiety tych kamiennych morskich stworzeń. Towarzysz malał i malał, sięgał coraz to dalszych wysp, aż wreszcie…

Aż wreszcie Stworzonko nie umiało już odróżnić jego kształtu. Jego kształt zlał się w jedno z szarością tych najodleglejszych wysepek i siwymi smugami horyzontu. Zapatrzyło się na te linie, gdzie znikała woda, gdzie znikały wyspy, gdzie świat tracił swój tak dobrze mu znany kształt.

I wtedy Stworzonko poczuło coś, co do tej pory było dlań tak dalekie, jak horyzont.

Stworzonko zaczęło tęsknić.

***

Gdy minęły zimy i lata, gdy przez horyzont przetoczyły się najróżniejsze barwy, obie istoty spotkały się wreszcie znowu. Nie wyglądały już tak samo – towarzysz Stworzonka zrobił się smukły, jakby wichry morza i dale horyzontu wyostrzyły jego kształty. A Stworzonko? Dalej wyglądało jak cynamonowa bułeczka i dalej kochało chować paluszki do mokrego piasku.

Mimo to jednak okazało, że nadal mogą ze sobą rozmawiać.

– Możemy być dla siebie nawet, jeśli nie jesteśmy teraz razem. – zauważyło Stworzonko, gdy na rozmowach minęły im popołudnie, wieczór i noc.

– Możemy od siebie odchodzić, bo zawsze możemy wracać. – odparł towarzysz Stworzonka.

Od tamtej pory dwa Stworzonka odnalazły swoje imiona i miejsce w świecie.

Jedno nazwało się Blisko. Zamieszkało na plaży, przy swojej ulubionej stercie piasku, a tym, którzy je spotkali, opowiadało o przyjemnościach bliskości, o radościach świata, który pozornie zna się na wylot.

A drugie nazwało się Daleko. Ono krążyło między plażą a horyzontem, sprawdzało, jak świat wygląda za szarymi chmurami, gdzie kończy się morze, a tym, którzy je spotkali, opowiadało o rozkoszach odkrywania dali, o emocjach, które płoną, gdy przedziera się przez nieznane.

Ale przyjaźń została w ich życiu, choć zmieniło się wszystko inne.

Gdy tylko były razem, dalej spały ze sobą zwinięte jak kuleczka.

***

Może dlatego ludzie czasem potrzebują być blisko, a czasem chcą rzucić się gdzieś daleko? Może na sercu każdego z nas odciska się miękka łapka jak cynamonowa bułeczka i ostry kształt dłoni, która wie, jak piąć się po horyzont?

Tego nie wiem.

Ale wiem, że dobrze czasem odejść. I dobrze czasem wrócić.

A blisko i daleko przenikają się w życiu, jakby nadal bywały zwinięte razem jak kuleczka.

Dzienniki betonowe

Dzień 1342, popołudnie

Żyję z nimi tak długo, że zapominają o moim istnieniu.

Nie myślą o mnie.

Nie wspominają mnie.

Gdy mówią do istot wokół, nie ma tam słów dla mnie.

Czasem mnie to drażni. Irytuje. Boli. Czasami, gdy szary deszcz zalewa moje szare oczy, mam wrażenie, że płynie nie z chmur, tylko z mojego serca. Ale ja przecież nie mam serca. Ja jestem tylko szarością i ciężarem, konstrukcją i fizyką, nie ma we mnie ani grama żywej tkanki.

Poza nimi.

Nie mam swojego serca, bo posiadłem serca ich wszystkich.

To chyba jedyny plus istnienia, gdy jesteś starym, zniszczonym przez czas i ludzkie ręce wieżowcem.

Dzień 1343, poranek

O przepraszam, mam jeszcze jeden plus z bycia wieżowcem.

Wschody słońca.

Gdy masz 21 pięter, nikt Ci ich nie zasłoni. Żadna nowomodna galeria, żaden żywopłot z tujki, żadna szeregówka ani inny nowatorski wysryw zubożałych myślowo architektów. Wschody i zachody słońca są moje. Letnie i zimowe. Chłodne i gorące. Zatopione w chmurach i rozpalone światłami. Każdego dnia są inne, ja każdego dnia jestem taki sam, ale i tak każdy do mnie należy.

Wschody słońca i ich serca.

Tętnią przecież we mnie i żyją we mnie, a ja jak nikt znam ich problemy. Na pierwszym piętrze mężczyzna bije kobietę. Na trzynastym co noc odbywa się smutny spektakl seksu bez miłości. Osiemnaste piętro jest pełne muzyki, a ja przeczuwam, że żadne z tych dzieci nie zostanie pianistą, bo świat nie ma serca dla małych marzycieli.

Na dwudziestym piętrze co noc ludzki cień staje samotnie na parapecie, ale nigdy jeszcze nie zrobił kroku w stronę nocy.

Widzę ich wszystkich, ale nikt z nich nie dostrzega mnie.

Dzień 1345, wieczór

Dziś zobaczyłem człowieka, którego braknie w moich trzewiach. Macie tak czasem, że widzicie kogoś, kto jeszcze jest nikim, ale nagle staje się kimś? Ja spotkałem go dzisiaj. Szedł ulicą obok mnie, w dłoni trzymał podniszczoną marynarkę, w drugiej ręce miał staroświecką teczkę, a zza wielkich okularów patrzyła na mnie twarz człowieka, który wie. Człowieka, który umie czytać losy starych rzeczy i sam boryka się na granicy między istniejącym a minionym. Pisarz, pomyślałem, muzealnik, może antykwariusz.

Ktoś, kto kocha wszystko, co stare.

Gdybym miał serce, pękłoby na widok osób, które wyszły za nim zza rogu ulicy – kobiety i trójki małych dzieci.

Gdybym miał serce, zrosłoby się na dźwięk jego słów.

„Kochanie, a może w tym bloku poszukamy mieszkania?”

To szansa, której nie mogłem utracić.

Dzień 1345, noc

To noc, w której zapadłem się w tworzenie.

Wszyscy śpią. Słyszę ich oddechy. Słyszę ich sny i bicia serc. Czekam na moment. Na tę jedną chwilę, kiedy wszystko stanie się całością, a misterny mechanizm świata zagra sprzyjającą mi melodię.

Gdy to się dzieje, wiem doskonale, co robić. Moje ściany rozciągam, choć kamień nie może być w ruchu. W moich oknach odbijam inne okna. Sufity podnoszę ku niebu, wznoszę to, czego nie da się wznieść, mnożę to, czego nie można rozmnożyć, a oczy moich okien zachodzą parą od wysiłku.

Nad ranem przy ulicy słyszę głos:

„Dziwne, wydawało mi się, że jeszcze wczoraj nie było tego piętra”.

Wtedy zapadam w odpoczynek.

W kamienny sen.

Dzień 1347

A raczej – Bardzo Radosny Dzień.

W mieszkaniu na 22 piętrze, tym wydartym z moim trzewi, zamieszkał już mężczyzna ze staroświecką marynarką. Patrzyłem na niego długo. Obserwowałem go czule. Widziałem, jak robi herbatę i pedantycznie wyciska torebkę. Widziałem, jak pije kawę bez żadnego dźwięku. Widziałem, jak przegląda gazety i zakreśla je tylko granatowym mazakiem.

I zastanawiałem się, jakiego języka użyć, by opowiedzieć mu o swoich nieszczęściach.

O długich latach samotnego bycia wieżowcem, jedyną istotą, która sięga w podniebną dal, choć wszyscy twierdzą, że nie ma serca.

A potem – zjawiła się jego rodzina.

I tu się skończył Bardzo Radosny Dzień.

Dzień 1347

Już wiem, kogo nienawidzę najbardziej.

Już poznałem imię i twarz swojego wroga.

To imię i twarz kobiety, która krąży wokół mężczyzny zakochanego w przeszłości.

Gdy ona się pojawia, znika z jego twarzy wyraz uduchowionej zadumy. Odkłada wtedy swoje stare książki, odstawia kawę i zaczyna z nią rozmawiać o błahostkach. A ja tu jestem, ja stoję i czekam, ja cierpię i w każdej cegle czuję, że gdy przemówię, mój grobowy głos przegra z jej szczebiotem.

Choć nie wiem, czy ja mam grobowy głos – do tej pory słuchałem tylko głosów innych, ale dla niego znajdę sposób, by przemówić.

Dzień 1390, wieczór.

Długo nie było żadnego słowa w moim dzienniku, ale po cóż tracić czas na spisywanie dni zamiast cieszyć się codziennością? On tu nadal jest. Ja szukam swojego głosu. Ona się pojawia, ale nie myślę o niej, drażni mnie i budzi we mnie złe rzeczy, ale nie mogę przecież skupiać się na niej. To nie dla niej otworzę drzwi swojego serca.

 I byłbym najszczęśliwszy, gdyby nie to, że dzisiaj usłyszałem słowa, od których już nie ma odwrotu.

„Nie podoba mi się to mieszkanie. Wynajmijmy je. Sprzedajmy i zapomnijmy. Zasługujemy na życie w innym miejscu.”

Ta noc nie będzie dobrą nocą.

Dzień 1394, cały czas

Złe słowa zamieszkały na stale w moich trzewiach. Słyszę je każdego dnia.

„To dziura, dlaczego chcesz tu mieszkać”?

„To zabytek, kochanie, to budynek, który wiele przeżył. Ostatni, który wyszedł spod ręki tego architekta…”

„Nie mów mi o architektach, to rudera! Nie chcę jej ani chwili dłużej oglądać!”

„Ale jeśli…”

„Nie ma żadnego jeśli! Już i tak za dużo poświęcam dla Twojej pasji”.

Poświęcam? Myślę gorzko o tej nocy, kiedy wydałem z siebie 22 piętro, o ciężarze i bólu rozrywanej kamiennej tkanki.

To wspomnienie sprawia, że moje skrupuły pękają jak trzaśnięte młotem cegły.

Dzień 1395, poranek.

Czuliście kiedyś fantomowy ciężar zrzuconej właśnie okowy?

Ja go poczułem dzisiaj rano.

Spadł ze mnie tak lekko, jak ludzkie ciało spada z parapetu dwudziestego drugiego piętra.

A za jedną obawą podążyły trzy kolejne.

O wschodzie słońca dostrzegłem nie tylko czerwień nowego dnia, ale i czerwień ludzkiej, rozbryzganej na chodniku krwi.

A teraz on cały czas płacze. Ale ja się nie martwię. Wiem dużo o płaczu. Pomogę mu i razem będziemy szczęśliwi.

To ostatni wpis w moim dzienniku. Poczekam, aż mężczyzna ze staroświecką marynarką zostanie sam. Aż wszyscy wyjdą i wyniosą swoje śmieszne kondolencje, żale i formalności. Zawrę na zawsze drzwi dwudziestego drugiego piętra. Zamknę na wieki jego okna. Zostanę z nim sam na sam, płacz z płaczem, rozpacz z rozpaczą i pozwolę, by kamień przemówił.

Nie będę już więcej potrzebował dziennika.

Moim dziennikiem staną się przecież jego własne myśli.

Huśtawka starego domu

W starym, bardzo starym domu, w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie huśtawka skrzypiała jak koło od wozu, który wiezie trumnę. Dokładnie tak i nie inaczej – to skrzypienie miało w sobie skrzek umierającego drewna, trzask załamującej się szubienicy i tę nutę zawodzenia, która rozlega się w pierwszej chwili po śmierci, gdy ktoś trzyma rękę bliskiej osoby i dociera do niego, że w tej chwili, w dokładnie tej chwili ta osoba umiera, a jej dusza bezpowrotnie rozłącza z ciałem, zostawiając tylko martwe kręgi źrenic za sobą.

Dokładnie tak skrzypiała huśtawka, który bujała się na wietrze w dzikim, bardzo dzikim ogrodzie, naokoło starego, bardzo starego domu.

Gdyby drzewa rosnące w ogrodzie umiały mówić, śpiewały by każdemu pieśni o ucieczce. Gdyby krzewy pnące się do góry już bez ręki ogrodnika mogły szeptać, ostrzegałyby każde żywe stworzenie i każdą istotę ludzką.

Ale drzewa milczały, krzewy nie szeptały i nawet wiatr nie muskał twarzy w rytm ostrzeżeń.

I nikt nie wiedział, dlaczego nie wolno wchodzić do starego, bardzo starego ogrodu.

Bo nikt nigdy do tej pory stąd nie wrócił.

Nikt żywy nie zszedł z huśtawki, która skrzeczała jak szubienica.

*

– Patrz, braciszku! – mała, rudowłosa dziewczynka krzyknęła radośnie, gdy tylko wpadli na tyły domostwa – Jaka świetna huśtawka!

Byli nowi w hrabstwie Somerset i nie znali tajemnic tutejszych miejsc. Sprowadzili do dworu zwanego Angel’s Tear kilka tygodni temu, ona i on, siostrzyczka i brat, jedno i drugie tak samo rudowłose, jedno i drugie ubrane w falbany i białe koszule, zwiastujące dzieci ludzi, którym się udało. Tak, ich rodzicom się udało. Ojciec kapelusznik wyprowadził rodzinę na prostą, warsztat zostawił w rękach najemników i opuścił duszny Londyn, zaszywając się na zarośniętej lasami, mchem i plątaniną roślin wsi.

Gdyby wiedział, nigdy nie opuszczałby wielkiego miasta.

Gdyby wiedział, nigdy nie wybrałby dworu Angel’s Tear.

Angel’s Tear znajdowało się zdecydowanie zbyt blisko starego, bardzo starego domu, którego ogród przeszywały trzaski i skrzypienia.

Gdy dziewczynka popruła przez wybujały trawnik starego domu, brat popędził za nią, choć był już w tym wieku, w którym nie wolno było biegać. Ale to miejsce, skryte w sercu czarnego lasu miało w sobie czar i urok, który działał każdemu na wyobraźnię.

– Chcę na huśtawkę – rzuciła butnie dziewczynka, stając wśród traw, które sięgały jej do pasa. Cały plac zabaw wznosił się nieopodal, ponury jak grobowce na cmentarzu, pordzewiały i splątany roślinnością.

– Nie możesz na huśtawkę – głos brata zabrzmiał niepewnie – nie wiesz, czy do kogoś nie należy.

– Tu i teraz należy tylko do mnie! – dziewczynka tupnęła nóżką, ale trawy stłumiły dźwięk – Pójdę na huśtawkę.

Pobiegła w stronę huśtawki, wskoczyła w kałużę, która otwierała się przed konstrukcją jak czarne oko stawu, jak przepaść i bezdenna głębina, a w tej samej chwili na najwyższym punkcie huśtawki usiadł kruk.

Był cały czarny, ale jasne pasmo miał na skrzydle. Jego łapki były przykurczone, jego dziób przypominał trochę zakrzywiony nos ludzki, a z oczy patrzyło zdecydowanie zbyt mądrze.

Ale brat nie patrzył na oczy kruka.

Brat nie spuszczał wzroku ze swojej siostry.

– Nie rób tego – rzucił, gdy mała wskoczyła na siodło huśtawki.

– Zrobię! Nikogo tu nie ma. Jest tylko to stare kruczysko.

Ptak na huśtawce przekręcił łepek, a ponure zawodzenie mechanizmu wzbiło się w stronę zachmurzonego nieba.

– Nie huśtaj się! – zawołał brat, a jego głosik zadrżał – Ona tak dziwnie skrzypi.

– Sam tak dziwnie skrzypisz. – parsknęła siostrzyczka – jesteś starszy, a zachowujesz się jak baba.

Zaczęła się huśtać. Najpierw powoli i spokojnie, potem mocniej i mocniej, silniej i silniej, aż nagle wiatr zaczął szarpać na wszystkie strony sukienką i brat ledwo widział pokraśniałą od radości twarzyczkę.

Ale niebo było ciemne, drzewa dookoła czerniały i ta sama czerń zdobiła krucze skrzydła.

Nie wiedzieć czemu, brat poczuł nagle zimną strużkę na plecach.

– Przestań już! Wystarczy!

– Nie! Tu i teraz to moja huśtawka! I nikt mi jej nie zabierze, nawet to stare, potworne kruczysko!

Ptak po raz kolejny przekręcił łebek, a dziobem pogmerał w okolicy skrzydła.

I wtedy noga dziewczynki odbiła się nagle od kałuży. Wpadła bucikiem w burą toń, wzburzyła ją jak taflę oceanu, a odbicie kruka zniknęło w okamgnieniu.

Brat odetchnął z ulgą. Zrobił krok w stronę huśtawki, jakby uradowało go pozbycie się nieproszonego gościa i z wahaniem pomyślał o tym, że może jednak warto oddać się zabawie, jak już znaleźli to miejsce, tak inne od rodzinnego Angel’s Tear.

Dopiero po chwili zorientował się, że kruczysko nie odleciało daleko. Że cały czas tu jest.

I siedzi jego siostrze na ramieniu.

*

To stało się szybciej niż mgnienie oka. Nagle poczuła zaciskające się pazury na ramieniu. Nagle poczuła, jak coś ostrego wbija się w jej szyję, dziko, rozdzierająco, boleśnie, jakby całą siłę wkładało w to, by dostać się do jej środka, by ją rozerwać i rozsadzić, by wydobyć każdy mięsień ciała na światło pochmurnego dnia. A potem – znowu i nagle znowu, i raz i drugi, aż w końcu poczuła ciepłe strugi, które w jednej chwili zaczęły ją oblewać z każdej strony.

Krzyknęła tak przeraźliwie, że niebo powinno rozpęknąć się na pół i ją ukryć.

Ale niebo nie pękło.

Niebo jej nie ukryło.

Na krzyk było już za późno.

*

Zobaczyl tylko czerwień i czerń, kruka i krew, której odcień złączył się z rudością lekkich loków. I nagle wrzasnął, bo kruk poderwał się od siostry, wzbił się do góry, zapikował i zanim brat cokolwiek zdążył zrobić, kruk już leciał z góry, już dotykał siostry, już ją prawie strącał.

Brat wpadł w kałużę chwilę po tym, jak zlana krwią dziewczynka runęła z siodła huśtawki.

Nie spadła jednak do kałuży.

Dookoła niego nie było żadnego ciała.

A na huśtawce nie było już kruka.

Za to w wodnej toni brat widział wyraźnie odbicie – kształty czarnego lasu i chmurnego nieba, odbicie huśtawki, która skrzypiała jak szubienica. I czarnego, wysokiego mężczyznę z nosem krzywym jak dziób ptaka, który w tafli wody stał obok huśtawki i w ramionach trzymał zakrwawioną dziewczynkę. Krople krwi ściekały z jej sukienki, ciężkie, czerwone, wyraziste.

I był to jedyny kolor, jak brat widział w tym odbiciu.

– Tu i teraz – wychrypiał lekko skrzeczącym głosem, a chłopczyk usłyszał go tak wyraźnie, jakby stał tuż obok – Tu i teraz należysz tylko do mnie.

Zrobił dwa kroki i przepadł, zniknął z odbicia.

A kiedy w niebo poniósł się płacz chłopca, wtórowała mu tylko huśtawka skrzypiąca jak szubienica.

Piekło Niemądrych Powiedzeń

Opowiadania fantastyczne

Pracowałam już długo w Głównym Urzędzie ds. Mechanizmów Świata. Poznałam na wylot wszystkie komórki i departamenty, wszystkie magistraty i okręgi, mało tego – wiedziałam nawet, jakie pączki lubi pani Gienia z księgowości.

Ale gdy dostałam wezwanie na kolejną kontrolę, zdałam sobie sprawę, że w tym jednym miejscu nie byłam jeszcze nigdy.

Nigdy nie byłam w Piekle Niemądrych Powiedzeń.

Zszokowała mnie już sama nazwa. Bo wiecie, my tu tak na poważnie zarządzamy tymi mechanizmami, mamy urzędy i przełożonych, kierowników i procedury, te wszystkie profesjonalne rzeczy, które w ryzach trzymają świat. A tu masz: Piekło. Jak w taniej opowiastce dla niegrzecznych dzieci.

I za pewną ironię losu uznałam fakt, że Piekło znajdowało się w… piwnicy.

***

Gdy jednak się tam zjawiłam, okazało się, że mam chyba mylne wyobrażenie o piwnicy.

W tej piwnicy nie było wąskiego korytarza. Nie było rowerów sąsiadów i słoików z dżemem. Ta piwnica powitała mnie solidną bramą, wysoką jak dwóch chłopa, ogniem, dymem i wyciem uciskanych istot, które na pewno nie było puszczane dla czczego postrachu z kasety. Na szczycie bramy złotym, gotyckim fontem czyjaś dłoń wygrawerowała napis, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, jak go zobaczyłam.

Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

A jakże.

– Pani jest z tego urzędu? – usłyszałam nagle czyjś głos. Obejrzałam się. Za mną stał facet w średnim wieku, ubrany w ten rodzaj czarnego T-shirtu, który wygląda swojsko, ale zapewne kosztował miliony. Ręce krzyżował na piersi, siwizna znaczyła jego skronie i miał taką zadumaną minę, jakby chciał powiedzieć coś, co jest czystą filozofią, metaforą i tanią poezją jednocześnie.

– Gerdi Morales – przedstawiłam się – Przychodzę na kontrolę.

Mężczyzna zadumał się jeszcze bardziej.

– Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak panią zaprosić – wskazał na bramę, a ona sama uchyliła się. – Ja jestem Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów. Proszę nie pytać, jak się tutaj znalazłem, ale jestem jedyną osobą, która poświęca teraz uwagę temu miejscu.

Wyprężył dumnie pierś, a ja spojrzałam nań z powątpiewaniem. To miejsce nie wyglądało na miłe stanowisko pracy.

– I pan tak daje radę w pojedynkę? – zapytałam, a Paulo obruszył się.

– To nie dawanie rady. To powołanie i misja. Dobry artysta zawsze jest samotny.

Uśmiechnął się cierpko, jakby siedział nad brzegiem rzeki i miał już zacząć płakać, po czym wkroczył za bramę.

A razem z nim – ja.

***

Wbrew pozorom, Piekło Niemądrych Powiedzeń było całkiem dobrze poukładane.

– Tu mamy pierwszego delikwenta – powiedział Paulo, dalej krzyżując ręce na piersi.

Podeszłam bliżej. Przy stanowisku tabliczka głosiła: Only Sky Is The Limit, ale nie dostrzegłam nikogo. Za tabliczką stał tylko potężny zwój grubej liny, który rozwijał się do góry, jakby na jego końcu wisiał balon. Ale choć zadzierałam głowę do góry i wytężałam wzrok, nie widziałam nikogo pod ginącym w mroku sufitem.

– Skazany go na to, by szybował w niebo – powiedział Paulo flegmatycznie – i rozpieprzał się po kolei o te wszystkie planety, meteory i komety. Nawet w najwyższych partiach nieba można się przecież roztrzaskać, ale on tego jeszcze nie rozumie.

Poszliśmy dalej. Przy kolejnym stanowisku tabliczka głosiła „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni”, a za tabliczką czarno ubrana, wychudła kobieta próbowała robić szalik na drutach.

Szłoby jej pewnie łatwiej, gdyby nie to, że nie miała jednej ręki, a krew jeszcze kapała z okręconego bandażem kikuta.

– Ta tutaj uczy się, że to, co cię nie zabije, może cię jednak zniszczyć – podszepnął Paulo – Jak widać, również bez skutku.

Przy kolejnych stanowiskach było jeszcze ciekawiej. Tam, gdzie tabliczka głosiła „Gdyby Kóżka Nie Skakała, To By Nóżki Nie Złamała”, dorosły facet skakał na trampolinie jak dziecko, a łamał nogę, kiedy już schodził z niej i szedł po trawniku. Nieszczęścia mogą przydarzyć się wszędzie, podszeptywał mi Paulo, nie ma sensu wiązać ich z sytuacjami, w których jesteśmy radośni. Dalej, przy „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy”, wypieczone bułki spadały na bogacza, a zapracowany człowiek zerkał na to tęsknie znad pola. A tam, gdzie widniała tabliczka „Pieniądze Szczęścia Nie Dają”, młody chłopak próbował zrealizować receptę w aptece, nie posiadając ani grosza w portfelu.

Nie powiem, dobrze się tutaj bawili.

Gdy doszliśmy do następnego stanowiska, nie było tam niczego. Ale tak zupełnie niczego. Po prostu za tabliczką wisiała ciemność gęsta jak burzowa chmura i żaden głos nie przerywał ciszy.

Tabliczka głosiła: „Jak Kocha, To Się Zmieni”.

– To czysty mrok i groza – powiedział Paulo – ale nikt jeszcze nie wymyślił mu odpowiedniej kary za te nieszczęścia, które spowodował.

Pomyślałam, że nie chciałabym mieć do czynienia z przełożonym mojego przewodnika.

Za to przy ostatnim stanowisku wszystko wyglądało zdumiewająco przyjemnie. Trawka rosła, wiatr delikatnie ruszał fałdami obrusa na stoliku, a trzy cytrynowe drzewka dawały cień. Przy tym stanowisku pachniało włoskim latem, rozgrzanym powietrzem, lekko owocową, cierpką nutą i domyśliłam się, jaki napis widnieje na tabliczce.

– Gdy Życie Daje Ci Cytryny, Wyciśnij z Nich Lemoniadę – Paulo przerwał moje myśli, a ja spojrzałam na niego zdziwiona.

– A co wy tu w piekle macie do cytryn? – zapytałam, a Paulo aż się zatchnął.

– Są kwaśne. Są niedobre. Jak życie daje ci cytryny, to i tak już jesteś na przegranej pozycji. Nawet, jak wyciśniesz z nich kwaśną, niedobrą lemoniadę.

– Lemoniada jest w porządku – wzruszyłam ramionami. – Lubię lemoniadę. O ile tylko ktoś zadba o to, by dodać do niej cukier.

Paulo zbladł. Spojrzał się na mnie, jakbym przynajmniej odkryła nową planetę w układzie, zaczął dyszeć, jakby się dusił i wyjąkał:

– A może… może ja to wszystko robiłem źle?

***

Zaliczyłam tę kontrolę. Dałam tyle pieczątek, ile trzeba, podpisałam się wszędzie i odłożyłam akta na półkę.

Tę w moim gabinecie i tę w mojej pamięci.

I dopiero pół roku później u pani Gieni w księgowości dobiegły mnie plotki o błyskawicznym awansie pewnego urzędnika. O rewolucji, jaka wydarzyła się w jednej z naszych komórek. Pani Genia mlaskała mi o tym znad pączka, ja zerkałam na artykuł z tabloidu i bez wątpienia rozpoznawałam twarz z pierwszej strony gazety.

Paulo C., Mistrz Szeroko Używanych Cytatów.

Okazało się, że moja wizyta otworzyła tam w Piekle parę klapek w głowach. Zamiast stawiać na system kar i nieszczęść, postawili na resocjalizację. Pracę terapeutyczną, społeczne działanie, obcowanie z roślinami i zwierzętami.  „Only Sky Is The Limit” pracowało jako wolontariusz w hospicjum i poznawało historie ludzi, którym granice jednak zawęziły nieco wszechświat. „Co Cię Nie Zabije, To Cię Wzmocni” prowadziło zajęcia sportowe z byłymi żołnierzami, którzy zmagali się z PTSD. A „Bez Pracy Nie Ma Kołaczy” zajęło się aktywizacją bezrobotnych i gazeta pisała, że teraz bułki walają się po wszystkich przestrzeniach Piekła Niemądrych Powiedzeń. Wyzwanie tylko stanowiło nadal „On Nie Gryzie”, ale tu gremium zgodnie uznało, że to nie problem psów, a właścicieli.

No i przede wszystkim – do swojego działu Paulo C. zatrudnił kilkoro ludzi, którzy pomagali mu tworzyć nowe pomysły.

– Zobaczy pani, jakie to wszystko mądre – westchnęła Gienia, wycierając ręce w haftowaną chusteczkę – Ciekawe, skąd ten Paulo to nawymyślał.

Uśmiechnęłam się enigmatycznie i nie powiedziałam nic. Najwyraźniej mój przewodnik sprzed pół roku rozprawił się z jeszcze jednym Niemądrym Powiedzeniem, choć nie pisały o tym żadne  gazety.

Z tym, które mówi, że dobry artysta zawsze jest samotny.

Pod namiotem

Albert Gżegżółka wiedział, że z zaproszenia Rodryka nie wyniknie nic dobrego. Rodryk – zwany teraz Ryszardem, Rysiem, pysiulkiem, szwagrem albo mordo-ty-moja-kiedy-ostatnio-piliśmy – był kiedyś potężnym germańskim magiem, tak jak Albert. Ale Albert postawił na rozsądek. Przed swoimi wrogami skrył się w ciele szynszyli i teraz z godnością, którą może mieć w sobie tylko stworzenie trzymane w pionie przez ogon, pełnił obowiązki rektora Wyższej Szkoły Mediów, ucząc młodych ludzi, jak pełnić ten wymagający zawód.

Bycie medium to przecież nie w kij dmuchał.

A Rodryk wybrał o wiele gorszą ścieżkę.

Rodryk ukrył się przed swoimi magicznymi wrogami w ciele białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści.

Rodryk miał głupawą żonę, wkurwiające dzieci, dom na kredyt i samochód od – skądinąd – Niemca, a tuje rosły przycięte tak równo na jego trawniku, jak równo niegdyś były przycinane głowy jego wrogów. Rodryk chodził na wesela, komunie, zjawiał się w pracy i miał w zasadzie wszystko, czego biały, heteroseksualny mężczyzna może pragnąć w życiu.

Nie miał tylko jednego.

Poczucia sensu.

Dlatego zabrał Alberta na męski wypad do lasu. Rozstawił namiot, rozpalił ognisko wśród drzew i pieprzył przez pół nocy o kredytach, tujach i wełnie-mineralnej-na-dach-znów-podnieśli-cenę-skurwysyny, a Albert siedział przed nim, tarł łapką szynszyle oczka i nie mógł się nadziwić, co mu się porypało we łbie, że przyjął te zaproszenie.

A potem było jeszcze gorzej.

Potem Rodryk wyciągnął wódkę.

– Pij, Albert – wymamrotał, a jego łysina zdawała się świecić od taniej lampki z Decathlonu.

– Kurwa, jestem szynszylą – burknął Albert, a R jak zawsze słabo mu wyszło przez przednie zęby – Gwint mi nie wlezie do pyszczka.

– No to zmień postać – parsknął Rodryk – Stary, ze mną się nie napijesz?

– Nie jestem twoim szwagrem, żeby słuchać takich rzeczy – obruszył się Albert, bo choć w samotności pijał tanie wino z butelek po drogiej whisky, to jednak lubił dbać o pozory. No i przede wszystkim: do wina miał swoją słomkę, wielorazową słomeczkę w różowe flamingi, bo za życia germańskiego mściciela nigdy nie widział tych słodziaków na żywo.

Zalane tłuszczem i nieszczęściem przedmieści oczy Rodryka błysnęły przebiegle.

– Rozumiem stary. To proste, że się boisz. Nie musisz tego robić, jeśli strach jest od ciebie większy. W sumie strach zawsze jest większy, gdy jesteś szynszylą.

Albert przypierdoliłby mu w sam środek ryja, gdyby nie to, że jego łapka była cienka jak zapałka.

– Wiesz, że mnie znajdą – odparł jednak tylko, siląc się na wyżyny ogłady. Tkwił przecież przez stulecia w ciele szynszyli, by kryć się przecież przed swoimi wrogami.

– Tutaj? W tym lesie? Chuja, a nie Ciebie znajdą. Zmieniaj postać, żaden jeden się nie dowie.

Rodryk odkręcił korek w butelce i gryzący zapach alkoholu poniósł się w namiocie. Albert zamrugał szynszylim oczkiem, spojrzał na udręczonego białego, heteroseksualnego mężczyznę z przedmieści i na wódkę, na mężczyznę i na wódkę, a potem wymamrotał z rezygnacją pradawne zaklęcie.

Buchnęło wtedy w powietrzu, huknęło, zapach pradawnej germańskiej magii wypełnił namiot,  a lampka z Decathlonu na chwilę zgasła.

Gdy zapaliła się na nowo, na karimacie siedział blondwłosy, postawny mężczyzna w szarawej tunice i tylko podejrzanie równe żęby mogły zdradzać, że chwilę temu był szynszylą.

Ale Rodryk nie był zachwycony.

Rodryk wypuścił z ręki butelkę, a wódka polała się smętną strugą na karimatę.

Na żółtej płachcie namiotu widać było dwa cienie.

I tylko jeden z nich należał do Alberta.

***

– Rusz się – wybełkotał Rodryk, jakby już się napierdolił – Rusz się, Albert!

– Kurwa, Rodryk – Albert skorzystał z ludzkiej żuchwy, by wyartykułować przekleństwo – Mieliśmy pić, a nie grać w twistera pod namiotem.

Rodryk nie odpowiedział. Patrzył się martwo w punkt nad Albertem, a jego pełne wargi zaczęły miotać bezgłośne przekleństwa. Widział wyraźnie cień Alberta – a ta druga smuga, która wznosiła się od ziemi aż po szczyt namiotu, nie mogła należeć do żadnego człowieka. Przez myśl Rodryka – tudzież Ryszarda, tudzież misia-pysia albo szwagra – przemknęły wszystkie znajome legendy i opowieści, wszystkie artykuły z gazet o zwyrodnialcach i gwałcicielach, a na końcu tego kołowrotka myśli pojawiła się ta najstraszniejsza.

Kurwa, faktycznie znaleźli Alberta.

Albert tymczasem odwrócił się i Rodryk miał wrażenie, że postawna sylwetka skurczyła się od razu. Patrzył długo na nieruchomy cień. Ruszył jedną ręką. Widmo się nie ruszyło. Ruszył drugą. Smuga pozostała w bezruchu. Wstał w namiocie, strzelił głową w sufit i zaklął, usiadł.

Smuga cienia nadal wisiała ponuro, nieruchoma i groźna jak obietnica śmierci.

– Znaleźli mnie – głos Alberta wydał się nagle zimny i obcy, jakby rozbrzmiał przed wiekami i dopiero teraz go dopadł – Znaleźli mnie. Jesteś gotów na to, by umierać? – obrócił się w stronę Rodryka, a w jego niebieskich oczach lśniło coś, czego Rodryk nie widział do stuleci.

Żaden z jego kolegów – białych, heteroseksualnych mężczyzn z przedmieści – nie patrzył na świat w taki sposób.

Było to spojrzenie istoty ruszające na ścinanie łbów swoich wrogów.

– Albert, ja mam kredyt – zajęczał Rodryk – Żona sama nie spłaci hipoteki, a zajęcia dzieci…

– Pierdol dzieci – rzucił Albert nieobyczajnie – On wypruje im flaki i powiesi sobie na szyi, jak się zorientuje, że ich ojciec pił ze mną. Czy jesteś gotów, by umierać?

Rodryk poczuł nagły ucisk serca i pęcherza.

– Nnnnie… – wyjęczał, paląc się ze wstydu jak niewierne wioski w 1345 – nie mogę teraz umierać.

Spojrzenie Alberta było nieodgadnione.

– No to nie wyłaź chociaż z namiotu.

***

Gdy Albert otworzył wejście do namiotu, zapach mokrego lasu uderzył go w nozdrza. Ale poza gryzącą wonią śmierci i paproci, było tam coś jeszcze – nieuchwytny zapach magii, który Albert wyczuwał zawsze, gdy obok niego się znajdował.

To od niego uciekał przecież od stuleci.

Wziął głęboki oddech i pomyślał, że to pewnie ostatni ludzki oddech w jego życiu. Spojrzał w gwiazdy, które lśniły nad czarnymi kształtami świerków. Przypomniał sobie najsroższe zaklęcia – te, o których nawet nie myślał na osierszczonym fotelu dyrektora szkoły mediów i wyszedł z namiotu.

A widmo już tam było.

Potężne, wysokie jak świerk, ciemne jak noc, z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa. Ptaki ucichły, wiatr ustał i słodkawy zapach zwłok wisiał w powietrzu jak cisza, która zalega w przestworzach przed burzą. Albert spojrzał na nie od góry do dołu, zmierzył wzrokiem nieruchomą posturę, pomyślał z żalem o przytulnych zakamarkach szkoły mediów, wziął głęboki oddech i rzucił hardo:

– Więc przychodzisz, by mnie zabić, widmowy skurwielu?

Nieruchoma do tej pory postura drgnęła. Wstrząs przeszedł przez strunowate ciało widma i Albert sam zadrżał. Co ten skurwiel szykuje? Jakie zaklęcie jest tak potężne, że rusza całe ciało widma? Co on do cholery chce odjebać?

Zimna strużka potu spłynęła mu przez całe plecy, zostawiając gryzące igiełki na kręgosłupie. Ręce mu zadrżały i nagle Albert zorientował się, że powietrze mu zalega w piersiach, a serce zaczyna łomotać w przyspieszonym rytmie.

Pora umierać, pomyślał z godnością dawnego germańskiego wojownika. Szkoda tylko, że nikt nie pochowa mnie w obrzędzie ognia i wody, bo ten debil Rodryk zaraz też zginie.

I wtedy widmo zrobiło kolejny ruch. Następny wstrząs. I jeszcze jeden, i drugi.

A Albert patrzył na to zastygnięty i własnym oczom nie wierzył.

Widmo nie ruszyło do walki.

Po widmowym pysku trupa zaczęły płynąć łzy.

***

Gdy Albert z powrotem wlazł do namiotu, Rodryk był już w połowie siwy. To znaczy – tak mu się wydawało, że osiwiał, bo gra cieni na płachcie namiotu była najgorszą rzeczą, którą oglądał, gorszą, niż przegrana polskiej reprezentacji i jubileuszowy odcinek Klanu, oglądany z pięcioma koleżankami żony.

Ale zrozumiał, że pierdoli – i że dopiero teraz osiwieje naprawdę, gdy za Albertem do namiotu zaczął się wciskać ktoś jeszcze.

Potężne, ciemne jak noc widmo z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa.

– Przepraszam najmocniej – wymamrotało widmo, próbując upakować swoje strzeliste kończymy w namiocie-trójce z Decathlonu – Jestem widmem białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści i nie mogę znaleźć za grosz poczucia sensu. Czy panowie mają może wódkę?

Zajrzyj także na Spotify, by poznać wersję czytaną tekstu:

Z ogrodu mojej babci

Gdy byłam mała, wierzyłam, że inny świat zaczyna się za progiem naszego stuletniego domu. Dorośli nazywali go słowami ze zdecydowanie nudnego słownika: ogród, krzaki, działka.

Ale w moich oczach od pierwszego kroku za drzwiami rozbłyskiwała magia.

Po jednej stronie domu słały się cienie starych jabłoni o nazwach tak tajemniczych jak nazwy nieuchwytnych istnień. Glogierówki i renety, mówili dorośli, królowe wszelkiego sekretu, mówiłam ja. Malinówki, pomarańczówki, papierówki, mówili dorośli. Księżniczki wśród pałacu króla, mówiłam ja.

Potężne korony i delikatne diademy ich gałęzi dawały cień całemu ogrodowi. U ich stóp rosły truskawki w równych rzędach, marchewki, buraki czy pietruszki o chropowatych skórkach, na które natrafiałam podczas pielenia tak często, jak na pancerzyki owadów. A tam, gdzie kończyło się ich królestwo, władzę przejmowały boginie koloru – kwiaty.

Pachnące oszałamiająco floksy. Proste i urocze rumianki. Tulipany, które z ziemi wyciągały uśpioną wiosnę. A nade wszystko – cynie. Ich kolorowe główki pięły się dzielnie ku niebu, a ja lubiłam się wśród nich chować, oglądać z bliska ich tajemnicze trzewia. Te same cynie babcia nosiła co sobotę na cmentarz, stawiała się na naszym rodzinnym grobie, a ja, niewielka towarzyszka rytuału, nie wiedziałam jeszcze, że dzięki temu na zawsze nabiorę odrobiny ciepłych myśli do życiowego cienia.

Ale nie na barwach, nie na zapachach i nie na cieniu polegała magia ogrodu.

Magia ogrodu polegała na tym, że mieszkały w nim tajemnicze stworzenia.

Oczywiście, jak to z tajemniczymi stworzeniami bywało, że nie objawiały się byle komu. W zasadzie objawiały się tylko dla mnie.

Tylko ja biegałam z nimi między grządkami. Tylko ja walczyłam z ich wrogami, poznawałam ich sekrety i rzucałam się do walki. Tylko ja wiedziałam, że w starej wieży ciśnień, która wznosiła się tuż za naszym płotem, na terenie starej, rozhuczanej i błyskającej nocą fabryki, mieszka zło. Jakie zło?

Tego na szczęście nie musieliśmy nigdy się dowiedzieć.

Do tego zawsze udawało nam się nie dopuścić.

Pamiętam jedną z historii miłosnych, jaka wydarzyła się w tym ogrodzie. Pan Kawałek Kijka poznał Panią Listeczek o zielonej głowie, a miłość spadła na nich tak pięknie, jak barwy zachodzącego słońca kładą się na świecie. Ale niestety, na drodze Pana Kijka stanęła Pani Wanna – potężna stworzenie, które pamiętało kilkadziesiąt lat i wiosen, kilka pokoleń kijków, listeczków i innych ogrodowych stworzeń. Do dziś mam przed oczami proste ciało Pana Kijka, które płynie już martwo po powierzchni wody – a Pani Listeczek rwie sobie zielone włosy na strzępy.

Czy się uśmiecham, kiedy to piszę? Oczywiście. Zawsze będę się uśmiechała.

I choćbym nie wiem, jakie jeszcze napisała słowa, jakie wymyśliła światy i stworzenia, zawsze będzie w nich ziarno tego pierwszego.

Magicznego ogrodu.

Magicznych stworzeń.

I prostych uczuć, jakie moc wyobraźni może wykrzesać z liścia, wody i kijka.

Rytuał Alberta Gżegżółki

Albert Gżegżółka, rektor Wyższej Szkoły Mediów, niechętnie zasiadał do wieczornego rytuału. To nie końca znaczyło, że rektor Gżegżółka nie lubił rutyny – wręcz przeciwnie, Albert Gżegżółka pasjami kochał przewidywalność i spokój, nawet jeśli sam z natury był hipochondrykiem i panikarzem, który topił strachy w tanim winie, pitym z butelki po drogiej whisky.

W końcu Gżegżółka w Wyższej Szkole Mediów uczył ludzi, jak być medium i słyszeć głosy z zaświatów, a to przecież poważny zawód.

Powagi temu zawodowi nie odbierał fakt, że Albert Gżegżółka był szynszylą. To znaczy, kiedyś w zamierzchłych czasach Albert był germańskim wojownikiem, ale skrył się w ciało gryzonia i tak już sobie radośnie pozostał na wieki. Mały może więcej, mamrotał zawsze, zgrzytając zębami, gdy ktoś się pytał o powody tej decyzji.

Ale teraz nikt o nic nie pytał Alberta Gżegżółki.

Teraz Albert Gżegżółka otwierał starą księgę z pomocą nieporadnej szynszylej łapki. Ogonkiem zmiótł kurz, zazgrzytał zębami, widząc nadgryzione brzegi starego manuskryptu, a potem wskoczył na rozłożone karty i zaczął czytać.

Miał na dzisiaj wielkie cele.

Jutro czekała go wizytacja Urzędu Skarbowego. Dzisiaj musiał wywołać Widmo Golema Gniewu.

Pora nie była najlepsza ku temu. W gabineciku Alberta tlił się tylko jeden, malutki kandelabr, wiszący nad biurkiem. Okna zasłonięte były zawsze czerwonymi, zamszowymi zasłonami – Albert wiedział doskonale, że studenci Szkoły śmieją się, że jest to czerwień rodem z burdelu, ale on to zdecydowanie lekceważył.

Chodził do burdeli, gdy genotypy rodzin tych studentów krążyły jeszcze w galaktycznym pyle, mogą mu chujki naskoczyć.

Pogrążył się w lekturze manuskryptu, ale dopisek na brzegu, ustylizowany na średniowieczne monstrum, powiedział mu więcej, niż cały uczony opis. Zapamiętaj medium młode, czerwień krwi lej najpierw w wodę – przeczytał, a lata alchemicznych szkoleń stanęły mu jak żywo przed oczami.

Zeskoczył z księgi i podreptał w kąt gabineciku, gdzie miał przenośne, miniaturowe laboratorium. Wskoczył na niski blacik, rozejrzał się dookoła, po miseczkach, alembiczkach, rureczkach i słoiczkach z substancjami. Woda już tam stała w małej, cynowej balijce – Albert wydobył ze szkatuły niewielki nożyk, dostosowany do szynszylej łapki i raz jeszcze spojrzał na przyrządy. Musiał zamówić je w sklepie z zabawkami, specjalnym, rzemieślniczym i drogim jak cholera. Ale wciąż miał przed oczami minę rzemieślnika, któremu jeden z nauczycieli Szkoły – oczywiście z Albertem w wykładanej pluszem klatce – tłumaczył, że chce zestaw małej alchemiczki dla swojej córeczki. Żebyś ty widział, przygłupie, co ja z tym do tej pory zrobiłem, pomyślał chełpliwie Albert, bo jego duma była jak dobre wino: im starsza, tym w lepszej kondycji.

Teraz chciał robić rzeczy równie wspaniałe.

Skupił się. Szynszylim pyszczkiem wymamrotał inkantację i wkurwił się jak zawsze, gdy „R” wyszło mu chujowo przez przednie zęby. Odśpiewał Starożytną Pieśń Umarłych od tyłu, sypnął księżycowego proszku na taflę wody, chwycił w pazurki suszonego żabiego płodu i zanurzył go do wody.

A potem złapał w pazurki nożyk, odgarnął sobie futerko i delikatnie, bardzo delikatnie, naciął skórę przy łapce.

Kropla szynszylowej krwi spłynęła na taflę wody, a uderzenie zmiotło Alberta Gżegżółkę na drugą stronę pokoju.

Padł w kąt i nakrył się własnym tyłkiem. Wygrzebał się spod niego akurat wtedy, gdy czerwony kłąb wzbijał się w powietrze. Formował się z rozmachem jak atomowy grzyb – najpierw węzły mięśni na ramionach, potem potężne, gruzłowate piersi, dwie kolumny nóg, aż wreszcie głowa. Wielka głowa z czarnymi dziurami oczu i rozwartym szeroko pyskiem zatrzęsła się jak łeb lwa. Pięści widma ścisnęły się, jakby już czuły pod sobą szyje wrogów, a pysk rozwarł się jeszcze szerzej.

Nakurwiaj, Golemie Gniewu, pomyślał mściwie Gżegżółka.

Rozpierdol ten urząd w cholerę.

Idź i wchłoń ich w swoje trzewia, zalej rozpaczą i napełnij lękiem serca ich wszystkich, bo jesteś…

– CZERWONYYYY JAK CEEEGŁA! – zawyło widmo z entuzjazmem i wygięło widmowe ciało w pozie godnej piosenkarza – ROZGRZANY JAK PIEEEEC…

Albert Gżegżółka zaklął.

***

Następnego dnia na korytarzu woźna Lucyna pierwsza zagadała do rektora, gdy zmierzał na zajęciach po balustradzie eleganckich schodów.

– A co to tak śpiewało przez pół nocy rektorze? – woźna oparła się o szczotkę gestem, który Albert uznałby za zalotny, gdyby nie był szynszylą.

– Absolutnie nic.

– Ja słyszałam, rektorze. Najpierw Czerwony jak cegła, potem Lady in Red, była też sekcja piosenki patriotycznej w postaci Czerwony Maków, polski pop i Czerwone Korale, a nawet…

– To Poskrobko jest na rauszu – rzucił zdawkowo Albert, wykrzywiając pyszczek w półuśmiechu diabolicznym nawet jak na szynszylę.

– To brzmi, jakby ktoś wyczarował Widmo Golema Śpiewu – oboje usłyszeli głos Romana Poskrobki, nauczyciela wabienia zmarłych, za swoimi plecami.

Roman schodził po schodach lekkim krokiem, a Albert znów zaklął pod szynszylim nosem, ponure myśli śląc pod adresem autora starego manuskryptu.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu. – oświadczył zimno i już miał ruszać dalej, gdy pijackie wycie znów poniosło się po korytarzu szkoły.

Red, red, wine – śpiewał znajomy głos widma, ale oprócz niego słychać było trzy zapijaczone alty i jeden rozedrgany sopran.

– Niezłe te Widmo – dodał Poskrobko – Nie wiem, skąd się wzięło, ale zdążyło rozpić wizytację, wciągnąć je na karaoke i nikt nie siedzi z nosem z papierach. Czy coś rektorowi o tym wiadomo?

W swoim szynszylowym sercu Albert zmienił osąd sytuacji.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu – powtórzył i uśmiechnął się tajemniczo – Ale znajomy znajomego ma manuskrypt, który potrafi jego sprowadzić. Wiecie, gdzie mnie szukać, jeśli ten potwór będzie kiedyś jeszcze potrzebny.

Powlókł się w górę balustrady z godnością, a wszyscy, którzy go później spotykali, zgodnie twierdzili, że dla rektora musiał to być dobry dzień.

Baśń o Duszy Drzewa

Stare drzewo rosło nad morskim brzegiem.

Misterna siatka korzeni mocno wgryzała się w ziemię, by dzikie wichry nie porwały drzewa w swój szaleńczy tan. Chropowaty pień widział już wiele wschodów i zachodów słońca, a ciemne igły chłonęły mądrość z soków, krążących w drzewnym ciele jak krew. Ale nikt nie wiedział, co kryje się między zwojami drzewnych słojów, nikt nie znał tajemnicy zaklętej w rachitycznej roślinie.

Stare drzewo miało młodą, dziką duszę.

W słoneczne poranki wypuszczało ją ze swoich objęć. Pozwalało jej hulać z wichrami w blaskach jutrzenki i tęsknie patrzyło, jak wzbija się pod złotawe chmury. Dusze już tak mają, mruczało drzewo, czując, jak korzenie drżą lekko od wgryzania się w głębiny ziemi. Dusze potrzebują ruchu i powietrza, świateł i radości, a mrowiącym szczęściem napawał je fakt, że jego dusza zawsze do niego powracała.
Zawsze się bało, że jego dusza – szalona dusza, dzika dusza – któregoś dnia podąży gdzieś dalej, złoży pocałunek na ustach wichru i zniknie za horyzontem.

Ale nigdy nie podejrzewałoby, że to ono opuści ją pierwsze i na zawsze.

***

Tego ranka, gdy Dusza Starego Drzewa wracała z nadmorskich harców, czekała już na to, by zatopić się w labiryntach słojów. Kochała hulać z wichrem i tańczyć ze światła, ale to mądrość i czułość starego drzewa przynosiła Duszy uczucie, na które nie umiała znaleźć słowa. Tego ranka jednak wszystko było inaczej.

Wśród setek innych pni i tysięcy innych gałęzi Dusza nie znalazła swojego Drzewa.

Zamiast niego zobaczyła tylko okaleczony pniak, sterczący z ziemi jak martwy odprysk.

A zamiast szumu starych gałęzi usłyszała tylko dalekie głosy drwali.

Wtedy jej płacz przeszył plątaninę nadmorskiego lasu. Rzuciła się między wichry, wzbiła się między chmury, a jej gorycz rozpętała nad taflą morza najdzikszą, najstraszliwszą burzę. Szalała jak zraniona kochanka, rozpaczała jak osierocone dziecko, a kiedy opadła na piaski złotej plaży – wyczerpana jak chory ptak – tylko jedna myśl i potrzeba w niej tętniła.

Postanowiła sama stać się Drzewem.

Rozsiadła się na piasku i przywołała do siebie Czas. Zwiewne dłonie wpuściła w ziarenka piasku, a oczy wzniosła ku niebu. I zastygła, znieruchomiała, oddała całą swoją energię Czasowi – by zamienił ją w to, co pokochała najbardziej.

Ale czy Jedno może stać się tym, czym było Dwoje?

***

Spotkałam Duszę Starego Drzewa, gdy sama krążyłam nad morskim brzegiem. Jej pień nie miał w sobie strzelistości – wyginał się jak kręgosłup chorego zwierzęcia, jak most, któremu zabrakło oka architekta. Wątłe gałęzie sterczały na boki. Zżółkłe igły ledwo trzymały się drzewnej tkanki, a część z nich opadła już zupełnie – tam słońce prześwietlało się jak przez kostki szkieletu. Nie czułam zapachu tej Duszy, nie pachniała orzeźwiająco jak inne drzewa w lesie – zamiast tego znaczyła ją słona woń morza, jakby o swój własny zapach Dusza już nie miała siły walczyć.

A jej cień rozkładał się na piasku jak cień wygłodniałego stworzenia.

Widziałam, że Dusza Starego Drzewa drapieżnie wysuwa nadłamane szpony gałęzi ku tafli wody. Widziałam, że ostatkiem sił wznosi się ku niebu, jakby chciała mu się oddać w zupełnie. Wzlecieć tak, jak wzlatywała kiedyś. Ale teraz to nie było możliwe. Oddała się przecież Czasowi i stworzyła swoje drzewne ciało, choć nie mogła stać się tym Drzewem, które pokochała najbardziej.

Czułam jej rozpacz. Miałam wrażenie, że ciągnie ją do morza, do dzikości, do nieba. Patrzyłam na nią jak na zwierzę uwięzione w stworzonej przez siebie klatce, księżniczkę zamkniętą w zbudowanej przez siebie wieży, wędrowca, który skazał się na drogę bez odwrotu.

Czy Jedno może stać się tym, czym było Dwoje?

Tego nie wiem.

Ale wiem, że własny duch jest jak skarb, którego żadnym mocom nie wolno oddawać.

Kochanica Mgieł

Kochanica Mgieł wyrosła na granicy mojego świata bez najmniejszego ostrzeżenia. Pojawiła się któregoś dnia – albo któregoś dnia po prostu ją zauważyłem – ale już następnego ranka, gdy spojrzałem na lekką koronkę jej kształtów, poczułem się tak, jakby miejsce na nią od zawsze tu było.

Ale czy to możliwe, by żywy duch tkwił w czymś, co wyrasta z martwej ziemi?

***

Zawiśniesz, Mosa, mówili wtedy w moim mieście wszyscy, którzy mnie spotykali. O moim stryczku gadały baby na targach i mieszczanie w oberżach, rzemieślnicy w warsztatach i altarystki w nawach Kawerny. Będziesz wisiał, kręcił głową mój szczery przyjaciel Agarion i wyjątkowo żaden przepis miejskiego prawa nie przychodził mu do głowy, choć Agarion miał dyplomatyczny łeb do prawnych kruczków. Będziesz wisiał, mruczała moja szczera przyjaciółka Animede, a w jej oczach błyszczał wtedy ogień, taki sam, który tańczył na jej rękach, gdy wzywała swoją moc magii. Będziesz wisiał, mamrotał jej kochanek, Anneir Esster, a jemu to ja się kłaniałem i mruczałem dwornie: byleby by razem z tobą, bo strasznie się żeśmy z tym bucem nie lubili.

A potem po mnie przyszli.

Czułem już w kościach, że to tak się skończy, gdy pewnego deszczowego popołudnia pełniłem swoją posługę. Wezwali mnie rano bez ostrzeżenia. Kazali mi grać moje pieśni i moje melodie, a kiedy szczury wylazły ze wszystkich kątów – otępiałe, uśpione, z czarnym koralikami oczu zalanymi dziwną rozkoszą – po szuraniu ich nagich ogonów i chrobocie ich pazurzastych łapek rozległy się mniej subtelne hałasy buciorów strażników.

Ja byłem szczurołapem miasta Veira. Ostatnim stworzeniem swojej profesji, które potrafiło rytm życia zaklinać rytmem muzyki.

A jaśnie książę mojego miasta był pierwszym stworzeniem swojej profesji, które magii na ulicach wypowiedziało wojnę.

Myślę, że mógłbym wymienić parę rzeczy, które stało na przeszkodzie naszego dogadania się. Po pierwsze, była to moja pyskata morda. Po drugie, była to moja pyskata morda. Po trzecie, był to mój absolutny brak tolerancji dla tych sytuacji, w których słuchać się musiałem idiotów, w skrócie – moja pyskata morda. Działał w mieście cech magiczny, który układał się z księciem. Żyli magicy, którzy dali się wpisać w rejestry i prawa, zasady i zarządzenia, cenniki i katalogi – ale ja do nich nie należałem. Ja nosiłem z godnością moją pyskatą mordę i wszystkie honory, jakie przynosiła: uliczne pieśni, uśmiechy dziewcząt, zniżki w oberżach i te mniej przyjemne – urazy księcia, fochy miejskiej władzy i hordy wkurwionych strażników.

Tamtego deszczowego popołudnia uciekałem zatem przez tunele ulic mojego miasta, gnałem między wąwozami zaułków i pod czujnym okiem kamienic, a potem dalej i dalej, byle za mury, byle za horyzont, byle tam, gdzie nie dostrzeże mnie czujne oko śmierci, dla zmylenia ubrane w bordowy kubrak strażnika.

Tamtego deszczowego popołudnia spotkałem Kochanicę.

***

Najpierw jej pajęcze kształty dostrzegłem na jednym z miejskich dziedzińców. Rosła przy murze, niemal wtulała się w kamienną tkankę, a jej rachityczne linie wznosiły się ku niebu jak ramiona omdlewającej kobiety. Wtedy spojrzałem na nią i pognałem dalej – mógłbym po jej ciele wspiąć się na mur, ale było zbyt wątłe, nie utrzymałoby mojego ciała lekkością swojego bytu.

Potem minąłem ją w jednej z wioseczek – rosła przy drodze, wznosiła się leniwie znad zarośli i krzaków, a ja zatrzymałem się na chwilę, choć byłem ofiarą pościgu. Poznałem delikatny rysunek gałęzi, zdziwiło mnie, że parę godzin wcześniej ten sam szkic dostrzegłem wśród ulic mego miasta.

A potem znalazłem chatę na bagnach, skryłem się tam, oddałem drewnianej ruince siebie i swoje bezpieczeństwo.

Po kilku dniach ona już tam była – choć przysiągłbym, że poprzedniego wieczoru nic nie znaczyło przestrzeni w tym miejscu.

Nie wiem, dlaczego nazwałem ją Kochanicą Mgieł. Może w głuchych ostępach brakło mi drugiego człowieka. A może po prostu nasz pierwszy poranek we mnie został – ten, w którym dostrzegłem jej wątły rysunek gałęzi i spowijające ją mleczne kłęby. Mgły otulały ją jak sukienka, jak lekki tiul, jak delikatny szal, który tańczył wśród czerni jej kształtów w rytm melodii wichrów. Pamiętam, że patrzyłem wtedy długo. Na jej taniec, na misterną plątaninę suchych traw, które naokoło niej wznosiły się ledwo ku górze. Na czarny pierścień lasu, który z jednej strony zamykał horyzont jak cicha, choć poruszona widownia. Na szarości nieba, które otwierało się po jej drugiej stronie jak najwspanialsza scena.

Patrzyłem w jej stronę rano i żegnałem się z nią wieczorem. Widziałem jej czarne kreski w złotych światłach zachodu i różowych blaskach jutrzenki. Drżałem, gdy ona rzucała się na wietrze i oddychałem spokojniej, gdy ona rozprostowywała swoje koronki.

Czasem, gdy księżyc zalewał blaskiem ziemię, zdawało mi się, że widzę jej cień bliżej.

A czasem, gdy noc przynosiła aksamitną ciemność, wołałem ją przez sen do siebie.

– Śledzisz mnie, Kochanico? Przyjdź do mnie, Kochanico. Wiem, że tam jesteś, wśród pustek i mgieł – któregoś razu obudziłem się z tym krzykiem na ustach i pierwszy raz od dawna przestraszyłem się siebie.

Kilka dni później pierwszy śnieg spadł na bagnach, a Kochanica oprócz mgielnej sukienki przybrała ciężki kubrak śniegu. Jej czarne witki ugięły się ku ziemi, jej kształty zatraciły swoją ostrość, jej czerń ukryła się w jasności. Ale to nadal była ona. Nadal tańcowała, nadal kusiła i wabiła. Jej cienie stały w okienku zrujnowanej chatki, która kryła rumowisko tajemnic dawnych mieszkańców i moje własne życie. Jej ciało świszczało razem z wichrem, zawodząc żałobne piosenki, aż któregoś ponurego wieczoru poczułem, że straszno mi zerkać przez okienko.

Wtedy zacząłem znajdować na śniegu krew.

Któregoś ranka rozwleczone ciało myszy powitało mnie na progu. Potem ranna sarna konała na śniegu, choć jej krew nie zwabiła żadnego drapieżnika. Kilka dni później czyste śnieżne białości skalała czerń rozdartego wpół ptaka. Wziąłem jego zmarznięte ciało ostrożnie do ręki, schowałem w kieszenie za dużego płaszcza, który znalazłem wśród rupieci chatynki i przy ogniu dopiero dostrzegłem, co kryło się w jego sercu.

Czarny oścień, potężna drzazga wystawała jak skaza z zastygniętej krwi, a ja po raz pierwszy poczułem, że na tych bagnach nie żyję w samotności.

I nie było to wcale przyjemne uczucie.

Tej samej nocy krzyk śmierci wyrwał mnie z niespokojnego spania. Zerwałem się, jakbym na nowo poczuł oddech pościgu na karku, ale te wrzaski nie wyrywały się z gardła żadnego człowieka. Wydzierały się w ciemność zdławione, zduszone, jakby podlane krwią ginącego stworzenia i ściśnięte tkanką umierającego ciała. Serce mi łomotało, oddech nie mógł się uspokoić, a gardło same chciało razem z nimi krzyczeć.

I zakrzyczało, gdy wichry i wrzaski za oknem nagle ułożyły się w słowo.

Gdy wśród symfonii śmierci usłyszałem wycie, co ułożyło się w moje własne imię.

Zerwałem się, jakbym nagle narodził się na nowo. Chwyciłem ostatni płonący szczap drewna. Wypadłem z chatynki, wskoczyłem między śniegi. Cisza bezgwiezdnej nocy wisiała naokoło mnie jak kir, ale ja bez omyłki dopadłem do Kochanicy.

Stanąłem przed jej chropowatym ciałem i w blasku swojego ognia dostrzegłem rys jej koronki. Machnąłem ogniem, który cisnął w jej stronę iskry, a ja ze wszystkich swoich myśli, strachów i przerażeń wycisnąłem jedno, rozedrgane słowo.

– Dosyć.

Nad ranem już jej tam nie było.

***

Rzuciłem się wtedy w bagienne ostępy. Zacząłem jej szukać, tropić każdą polanę, zaglądać w truchła zarośli, przyglądać się wszystkim kształtom, napotkanym na drodze. Ale żaden nie miał w sobie lekkości Kochanicy. Żaden nie był nawet cieniem.

Wróciłem do chatki.

Stanąłem na progu zrujnowanego domostwa, gdzie tliły się ostatnie iskry paleniska.

Nie byłem sam.

W pierwszej chwili serce stanęło mi na moment, a krew zatętniła szybciej w moich żyłach. Ktoś tu był, ciemne kształty rysowały się nad ogniem, a sylwetka sięgała aż do krzywego sufitu.

W drugiej chwili rozpoznałem człowieka.

– Niech cię szlag, Mosa – moja szczera przyjaciółka Animede odwróciła się od ognia, a mi nagły zawrót uderzył do głowy. Myślałem, że Animede mnie chwyci w objęcia, ale ona zatrzymała się przede mną, ujęła moją twarz w swoje zimne dłonie i przyjrzała mi się uważnie – Wyglądasz, jakbyś wyszedł z siebie. I przynajmniej połowę siebie zostawił.

Chciałem jej coś powiedzieć. Zażartować, powitać. Przytulić ją, uścisnąć ludzkie ciało na powitanie.

Byłem w stanie jedynie krzywo się uśmiechnąć.

– Na przyszłość, jak będziesz szukał kryjówki, to zlituj się i zostaw mi chociaż pół śladu – parsknęła Animede – Teraz wszyscy w mieście pytają się o ciebie, a książę nie śpi po nocach i przez sen błaga cię o wybaczenie.

– Żartujesz – westchnąłem słabo.

– Żartuję – Animede wyszczerzyła się bezczelnie – Ale możesz bezpiecznie już wracać.

Rozejrzałem się bezradnie po chatynce, której wnętrznościom powierzyłem swoje ciało. Spojrzałem bacznie w okienko.

– Chyba, że nie chcesz – usłyszałem drwiący głos Animede – Kto ciebie tam wie, może masz wśród tych mgieł jakąś kochanicę.

***

Jeszcze tego samego dnia Animede, mistrzyni ogniowej magii, wyprowadziła swojego przyjaciela z bagiennych ostępów. Szczurołap Mosa szedł obok niej, kulił wątłe ramiona w za dużym płaszczu na mrozie, a jego czarne, duże oczy wydawały się jeszcze większe w wychudzonego twarzy. Nie mówił nic. Nie śmiał się, nie pyskował, nie pytał się, czy Anneir Esster już kopnął w kalendarz, albo dostał po ryju – jak to Mosa miał zawsze we zwyczaju.

Zamiast tego gapił się smętnie przed siebie.

A Animede mogłaby przysiąc, że blednie jeszcze bardziej, gdy łąki przy drodze zmieniały się w czeluści lasu.

I zupełnie nie mogła się domyślić, dlaczego.

– Łypiesz w te krzaki, jakby tam siedziało co złego – odezwała się, gdy wychodzili z małego gaiku, a Mosa strzelał niepewnym spojrzeniem na boki.

– Powiedzmy, że ich kształty są z lekka niepokojące – mruknął wymijająco i przyspieszył kroku, jakby chciał szybciej znaleźć się wśród uschłych łąk, które zaraz za gaikiem słały się aż po horyzont.

– Mam lekarstwo na niepokój – Animede zatrzymała go – to kształty martwe, jak sama ziemia, nie ma w nich nic żywego.

Wyciągnęła dłoń ku chaszczom, przywołała ogień, a iskry rozbłysnęły na jej palcach. Mosa spojrzał na nią zdziwiony jak kot, któremu ktoś ośmieli się stanąć na drodze. Przyskoczył do niej, złapał ją za rękę, a iskierki odbiły się w blaskiem w czarnych, rozszerzonych oczach.

– Zostaw – powiedział ostrożnie i odsunął jej rękę – ja już wiem, że żywy duch wyrasta także z martwej ziemi.