O deszczu, wilkach i Profesjonalnej Pisarce

Gdybym nie wpadła na pomysł zarabiania za pomocą takiej czynności jak pisanie, mogłabym dorabiać jako barometr. Serio. Mogłabym być papugą, która siedzi na ramieniu kapitana piratów i drze mordę, jak ma iść deszcz. Wyczuwałabym go znikąd. Dookoła piękne morze, bezchmurne niebo, spokój i łagodny wietrzyk, a tu nagle rozlega się mój wrzask.

I już wiadomo, że idzie na burzę, wichurę i ogólnie armaggedon.

Niestety jednak, życie nie zaproponowało mi posady papugi kapitana piratów, tylko codzienność zwykłej Sylwii. W efekcie odkąd świat zmienił się na bardziej jesienny, mój mózg budzi się około godziny dwunastej. Moja głowa reaguje migreną na każdy deszczyk. A jeśli pada na przykład trzy razy dziennie, to ja trzy razy dziennie przechodzę cykl od euforii do migrenowego upodlenia.

Jeśli jestem jesieniarą, to wyłącznie z charakteru.

Bo i owszem, kocham kocyki, herbatki, kawusie i kakałka. Niesamowite jest pisanie o pierwszej w nocy, gdy deszcz łomocze w szyby, a świeczki dogasają powoli. Ale gdyby ktoś, kto obsługuje maila porządkinaświecie@gmail.com zostawił mi opcję jesieniarstwa bez opcji migrenowego upodlenia, to mogłabym nawet wynajmować tej osobie swojego kota na sesje mruczenia w ramach wynagrodzenia i wdzięczności.

Więc sami rozumiecie, że jest poważnie, jak jestem gotowa na kupczenie kocią walutą.

A ponieważ bycie dwoma wilkami jest moją stałą cechą istnienia, to oprócz tego wilka, który ledwo łeb podnosi znad legowiska, gdy deszcz łomocze o szyby, jest też we mnie drugi wilk.

Ten, który biega radośnie jak labrador i Wymyśla Rzeczy.

***

Najmądrzejszym, co zrobiłam w tym roku, było rozplanowanie działań w wakacje. W zasadzie ja nawet nie musiałam ich planować. Siedziałam któregoś dnia na słońcu. Gapiłam się na balkonowe kwiaty. Chłonęłam zapachy, energię i wszystko to, co piękne w lecie. A plan w mojej głowie ułożył się sam. Może wykrystalizował się z moich myśli i tęsknot pod wpływem słońca. Może w tej jednej, słonecznej chwili nabrałam odwagi by wypuścić go z czyśćca podświadomości na salony świadomego umysłu. Nie wiem. Ale wymyśliłam sobie Plan, Profesjonalny Plan, zapisałam go w sercu i kalendarzu, i postanowiłam według niego działać.

I bardzo dobrze, że to zrobiłam w lato. Na jesień nie wymyśliłabym go zupełnie. Pogrzebałabym go między jedną migreną a drugą, by nie wylazł na pewno spod mojego zwątpienia i warstw argumentów wewnętrznego krytyka.

W efekcie wrzesień upłynął mi na kilku wesołych rzeczach, których nie robiłam nigdy wcześniej.

Po pierwsze, przygotowałam propozycje wydawnicze i rozesłałam swoją powieść o mieście Veira w świat.

Na kilka tygodni przestałam być twórczynią, a zamieniłam się w opiekunkę swojej twórczości. Spisałam wszystkie potrzebne dokumenty – bio i streszczenia, konspekty i informacje o targetowych grupach. Zapomniałam o tym, że to ja napisałam moją książkę i spojrzałam na nią zewnętrznym, chłodnym okiem, które mierzy plusy i minusy.

A moje zewnętrzne oko powiedziało mi: EJ, FAJNA TA KSIĄŻKA.

To znaczy: wiem, co jest jej mocną stroną. Wiem, że ma małą garść słabszych – jak wszystko w życiu. Ale mam wrażenie, że życie nie jest już pierwszą klasą szkoły podstawowej, a ja nie muszę mieć szóstki z polaka i z matematyki. To, co jest mocną stroną książki jest wspaniałe. Wciąga, ryje beret, karmi wyobraźnię i rozdziera serca. I ja nie wiem, jak to się wydarzyło, że ja umiem tworzyć takie rzeczy. A raczej wiem – to czas, praca i jeszcze raz moja konsekwencja.

Więc wysłałam powieść w świat.

Proszę bardzo trzymać kciuki.

Ale czy byłabym sobą, gdybym poprzestała na jednym?

***

Doświadczenie życiowe pokazuje mi się, że ja się dobrze bawię w dziwnych miejscach. I w wielu miejscach.

Potrzebuję skakać między rzeczywistościami, tematami i sprawami, więc równolegle nad ostatnimi szlifami powieści działałam przy innym projekcie.

Zgoła innym projekcie.

Nie pamiętam momentu, kiedy wymyśliłam gabinet doktora Enneriesa. Pewnie przyszedł do mnie w słońcu, jak wszystkie najlepsze rzeczy. Pamiętam za to moment, kiedy na Pisalni postanowiłam wrócić do starego bohatera. Wtedy wszystkie chochliki z mojego mózgu przeskoczyły do statecznego dokumentu Worda i rozpoczęła się jazda.

W efekcie powstała seria opowiadań o kosmicznym weterynarzu. Nie da się ich czytać bez opluwania klawiatury, krztuszenia się kawą i straszenia kota nagłymi napadami śmiechu. Najlepsze z nich pisałam po pracy, gdy mój mózg potrzebował oderwania, odpoczynku, relaksu. I mam wrażenie, że to oderwanie i odpoczynek jest zaklęte w tych opowiadaniach, jakby były eliksirem na ponurość tego świata.

I wiecie, co jest najlepsze?

Złożyłam je wszystkie  w e-booka i już w październiku poszybują do Was.

Złożyłam to może być odrobinę duże słowo, bo na potrzeby technicznych rzeczy dokonaliśmy z moim szanownym mężem połączenia kompetencji i działaliśmy razem. Ale tak, jak powiedziałam, nie obchodzi mnie już posiadanie szóstki z polaka i matematyki. Wystarczająco długo żyłam w przekonaniu, że trzeba być albo samowystarczalnym, albo nie być wcale – i opiekę nad moim e-bookiem powierzyłam kumatym duszyczkom.

Arek złożył go pięknie w całość. Gosia – moja Koleżanka Spod Namiotu, która jest korektorką – go sprawdziła i wrzuciła mi drobne, ale piekielnie istotne uwagi. A zanim puściłam tekst ku tak poważnym rzeczom jak skład i korekta, to jeszcze Ada Jama-Lipa spojrzała na niego czytelniczym okiem i opowiedziała mi o swoim wrażeniach.

A ja – cóż, ja go napisałam i machnęłam do niego grafiki.

Tak, są tam kotki w kosmosie.

Już 19 października otwieram podwoje weterynarskiego gabinetu. Szykujcie klawiatury do opluwania, koty do straszenia śmiechem i szarości do przegonienia.

A jeśli zastanawiacie się, gdzie otworzą się podwoje tegoż gabinetu – cóż, to materiał na kolejną opowieść.

***

Nazwę wymyśliłam któregoś słonecznego dnia i pamiętam, jak opowiadałam o niej rzeczonej Gosi, Koleżance Spod Namiotu, gdy szłyśmy przez las. Na początku byłam trochę onieśmielona, bo to już jednak brzmiało Bardzo Poważnie. Ale ponosiłam tę nazwę w serduszku i uznałam, że basta, to jest coś, co mogę robić w swoim życiu.

Mogę być właścicielką Sklepiku z Kosmosami.

W efekcie Sklepik z Kosmosami pojawi się w październiku na mojej stronie i tam dostaniecie weterynarskiego e-booka. To będzie malutkie miejsce. Miłe miejsce. Przytulne miejsce. Będę tam rozpieszczać Was kosmicznym tekstami, opowieściami o magii i historiami z nutką nostalgii.

I choć z jednej strony jestem mocno przestraszona, to z drugiej strony cieszy mi się pyszcz.

Przecież to superfajna rzecz – stać za ladą Sklepiku z Kosmosami nawet, jeśli jest wirtualny.

A skoro już zostałam Profesjonalną Pisarką, która rozsyła powieści, robi e-booki i rozstawia lady Sklepiku, to ostatnia rzecz była czystą formalnością.

***

Kiedyś myślałam, że nigdy tego nie zrobię. Że na IG wygodnie mi właśnie z taką nazwą konta, która mówi coś, ale jednak nic. Która kryje mnie i moje pisanie jak atrakcyjny, ale jednak maskujący twarz woal. Ale któregoś dnia poczułam, że to już nie wystarczy – że to za mało, za ciasno, nie tak.

I zmieniłam swoją nazwę konta na autorka_sylwia_dec.

Mam wrażenie, że to najlepsze podsumowanie tego roku.

Rok temu mniej więcej na home office w Gdyni odbierałam maila od Marty Mareckiej o tym, że dostałam się do Szkoły Pisania Powieści i szykowałam się na pierwszą Pisalnię u Aleks Makulskiej. Nie wiedziałam wtedy nic poza tym, że chcę iść dalej. Że pisanie to moja pasja, która może mnie ratować, nawet, gdy zamknie się cały świat.

Rok później ciskam w świat konspekty powieści, żongluję wersjami okładki e-booka, a na hasło: nazwa konta bez imienia i nazwiska mówię: NO GDZIEŻ.

Jeśli to nie jest rozwój, to ja nie wiem, co jest.

Coraz mniej mi dogryza kompleks fantasty. Mało tego, myślę sobie nieśmiało, że w zalewie szaleństw świata fajnie być autorem fantastyki i zabierać ludzi w podróże po magicznych światach. Dalej się boję klikać przycisk “wyślij”, ale z drugiej strony: jest to coraz bardziej ekscytujące. I tak, jak kiedyś się bałam, że ja już nic zupełnie nie dam rady opublikować pod swoim nazwiskiem, to widzę, że jest wręcz przeciwnie.

Czuję, że im mocniej moją pasję karmię, tym mocniejsza ona się staje. I mało tego – zaczyna się odwdzięczać. Chronić mnie. Dawać stabilne rusztowanie i odwagę, która płynie z tego, że nie ukrywam rzeczy, które kocham.

Tak, nie ukrywam ich.

A one dają mi energię, napęd i zwykłe poczucie szczęścia.

***

Co jeszcze we wrześniu? Małe smaczki. Pierwsze pisanie w deszcz. Pisanie w kawiarniach. Pisanie drugiej części powieści o mieście V, jak już wreszcie wysłałam pierwszą w świat. We wrześniu też znów ruszyłyśmy z Pisalnią. A na Iskrze poprowadziłam warsztat o światach fantastycznych – godzina, która dla mnie mogłaby trwać pół dnia. I znów stałam się Pisarką, która jeździ koleją – z fotografką Karoliną Pszczołą spotkałyśmy na krakowskim Kazimierzu i zrobiłyśmy sesję fotograficzną, której inspiracją było moje pisanie. Jej efekty już możecie oglądać na stronie, a ja dalej jestem urzeczona tym popołudniem i talentem Karoliny.

Na kolejny rok życzę sobie zatem: oby tak dalej. Oby z tymi ludźmi. Dla mnie wrzesień to zdecydowanie nowy styczeń. W styczniu myślę tylko o tym jak przetrwać, styczeń jest dla mnie najczarniejszą z dziur w kalendarzu i jest tam miejsce tylko na to, żeby zagrzebać się w kocu, albo wyjechać w cieplejsze strony świata.

A we wrześniu dzieją się rzeczy. Zaczynają się cuda.

I mam nadzieję, że w tym momencie ja zaczynam właśnie kolejny set zjawisk, o których napiszę za rok tak, jak teraz – ależ się kosmicznie wydarzyło!

O tym, jak (nie) zostać Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy

Ostatnio poczułam, że męczą mnie czarne scenariusze.

Ale jakie czarne scenariusze? – myślicie pewnie. Czy człowiek, który tak się uśmiecha, jest zdolny do snucia jakichkolwiek scenariuszy, ciemniejszych choć odrobinę od żółtego, pięknego słonecznika?

Ha-ha. Zdziwilibyście się.

Cały czas dyskutuję sobie z moją wewnętrzną krytyczką na temat tego, jak bardzo źle/dobrze piszę teksty, ale w kwestii czarnych scenariuszy nie mam nawet cienia wątpliwości. Jestem Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy. Moje czarne scenariusze wjeżdżają w moje życie jak góra lodowa w Titanica, a patent żeglarza po morzu zwątpienia wyssałam razem z mlekiem matki.

Są ludzie, którzy na każdą szklankę w połowie pustą znajdą radosne uzasadnienie.

Ja węszę podstęp i nieszczęście, gdy nadmiar wody w szklance podtapia stolik i śpiącego na nim kota.

A jednak zmęczyły mnie czarne scenariusze. Pomyślałam: koniec żeglowania, koniec tarantinowania, niech szlag trafi wszelkie szklanki. I wiecie co? Znalazłam takie miejsce, do którego mogę uciekać od czarnych scenariuszy.

***

Lipiec usponsorowała mi literka L jak Ludzie.

Gdyby lipiec był kapelą, stworzyłby najlepszy przebój mojego życia. Taki, który okupowałby długo moje osobiste muzyczne TOP 1.

Tydzień spędziłam u Ady w Irlandii. Myślę o nim różnie: ten tydzień, w którym byłam kosmicznie kreatywna, ten tydzień, w którym przegadałyśmy większość ważnych spraw w życiu, ten tydzień z haulem na charity shopach. Przywiozłam z niego kilkanaście stron w dzienniku, 2 kilogramy rozkosznych staroci, kilkanaście stron tekstów i morze nowych myśli. Łaziłyśmy po knajpach i pisałyśmy, łaziłyśmy nad morzem i gadałyśmy, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie, że mistrzem w organizowaniu przestrzeni barowej są dla mnie Anglicy i Irlandczycy.

A po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jak to super pisać tekst z kimś obok, potem przeczytać go na głos i jeszcze pogadać o tym, co się napisało.

Jest to ogień.

Dla równowagi jednak spędziłam także dwa najbardziej leniwe dni swojego życia – takie dni, w trakcie których zamelinowałyśmy się z kotem i z Koleżanką Spod Namiotu (:D) pod kocykami, naprzeciw lasu, z książkami pod ręką i rozkminkami do snucia, gdy zacznie padać deszcz. I tak dwa dni: kocyk, książki, rozkminki, las na wyciągnięcie ręki.

A potem przyszedł moment, gdzie z dziewczynami z Pisalni zaszyłyśmy się u Aleks Makulskiej w przytulnych Dwóch Brzozach na pisarsko-ogrodnicze warsztaty. Parę lat temu pewnie nie pomyślałabym o tym połączeniu – co ma piernik do wiatraka, co ma ogród do pisania. A jednak ten weekend, te malutkie dwa dni zaczarowały mnie, skradły mi serce, wpakowały je w ziemię i sprawiły, że wyrosło na nowo.

Tak mniej więcej widzę to, co działo się na warsztatach.

Pozornie – niby nic. Ot, jednego dnia piszemy, drugiego dnia sadzimy kwiaty. W międzyczasie łazimy nad Bugiem, pijemy wino, oglądamy spadające, sierpniowe gwiazdy. Ale to wszystko razem sprawiło, że ja wspomnienia o warsztatach najchętniej zamknęłabym w butelce i piła jak lekarstwo w gorszych, szarych czasach.

I bez wątpienia to magia ludzi.

Wspaniałych kobiet z Pisalni, które trafiły na moją drogę.

Bo to z nimi pisałam, sadziłam kwiaty, łaziłam nad Bugiem, piłam wino, oglądałam spadające gwiazdy. Krążyły między nami słowa i emocje, historie i uśmiechy i łzy, a to wszystko było na swoim miejscu tak bardzo i tak pięknie, że tutaj kończą mi się słowa.

Po tym wszystkim czułam się tak, jakbym dostała nową głowę.

Czy ta nowa głowa zaprowadziła mnie do miejsca, gdzie nie chce mi się snuć czarnych scenariuszy?

Nie tylko.

***

W te wakacje zaczęłam też robić nowe rzeczy. Czytałam swoje teksty na Pisalni na żywo od dawna, ale dopiero w sierpniu odważyłam się je nagrywać. A jak już nagrałam, to pomyślałam – hola, bez sensu żeby leżało na dysku. I poszłam z tym w świat.

W efekcie stałam się matką-posiadaczką własnego podcastu Sylwia Dec Czyta i jest to dla mnie rzecz, której nie spodziewałam się zupełnie. Ale zajęłam się tym dzieckiem. Czapeczkę mu założyłam, buzię mu wymyłam i wpakowałam na wózeczek Spotifaja, gdzie możecie go posłuchać.

Ale to nie Spotifaj mnie w tym wszystkim jara najbardziej.

Najbardziej jara mnie to, czego się dzięki temu dowiedziałam.

Nigdy nie sądziłam, że pauza w zdaniu może mieć takie moce. Nigdy nie sądziłam, jak bardzo kręci mnie intonacja i układanie rytmów, przeciąganie słów albo ich skracanie, czytanie szybko albo wolno, albo dokładnie tak, by słuchacz wiedział, że dzieje się coś dziwnego. O matko! Pierwsze zdania nagrywałam, machając łapami jakbym była starodawnym samolotem, bo te rytmy w zdaniach to było coś kosmicznego.

Teraz macham już mniej. Bardziej siebie słucham. Pozwalam sobie czuć, jak pracuje mój brzuch, moje gardło i to jest jakaś totalna magia, gdy historia rodzi się z ludzkiego ciała, z mojego ciała, gdy to głos jednego człowieka sprawia, że drugi czuje ciarki.

Polubiłam to spotifajowe dziecko.

Ono też pokazało mi drogę do miejsca, gdzie kapitulują czarne scenariusze.

Ale ta droga nie byłaby kompletna, gdyby nie jeszcze jedno.

***

Gdy w internetach dogorywał ogień dyskusji, czy książki są dla idiotów, ja rozkosznie wskakiwałam w eskapistyczne narracje. Jestem totalnie człowiekiem powieści i historii. Literaturę faktu lubię czytać, ale nie patrzę na nią w kategoriach 100% prawdziwych opowieści, bo za wszystkimi reportażami i tak stoi ich autor. Literatura obyczajowa kusi mnie rzadko, bo nie lubię czytać o tym, co z równą energią dzieje się tuż obok. Ale światom fantastycznym robię w swoim sercu szczególne miejsce, a raczej – one je sobie same tam uwiły, wskoczyły i rozgościły się, nie pytając mnie o zdanie zupełnie.

A ja zupełnie ich stamtąd nie ganiam.

I to chyba przez te czułe serduszko i wszystkie jego struny, cały sierpień spędziłam z pierwszym sezonem „Sandmana”.

Czy „Sandman” ma zatem trzydzieści odcinków? – zapytacie pewnie.

Ależ skąd.

Ma dziesięć, ale ja je sobie obejrzałam po trzy razy.

Pierwszy raz obejrzałam cały sezon, bo wiadomo, trzeba. Drugi raz obejrzałam z nowopoznanej miłości. Trzeci raz – by dostrzec narracyjne szwy, zobaczyć warsztat, wyłapać intrygujące niuanse.

Losy czwartego razu są jeszcze dyskutowane.

Ale mówię o tym dlatego, że oglądałam nie tylko kolejne odcinki w sierpniowe, ciepłe noce.

Ja także oglądałam samą siebie.

Swoje reakcje, uczucia i myśli. Swoje refleksje, budzone przez fantastyczną opowieść. Pytania, jakie przychodzą po pewnych kwestiach i pomysły, jakie budzą się po obrazach. I choć moja wewnętrzna krytyczka ma profesurę z pracoholizmu, to jednak nawet ona nie miała nic do gadania.

Sierpniowy trzykrotny seans przypomniał mi, dlaczego ja chcę opowiadać historie.

Bo kocham tworzyć światy, w których można oglądać swoje reakcje, uczucia i myśli. Swoje refleksje, budzone przez fantastyczną opowieść. Pytania, jakie przychodzą po pewnych kwestiach i pomysły, jakie budzą się po obrazach.

Kocham tworzyć fantastyczne lustra do oglądania swojego własnego serca i myśli.

A ta miłość zamyka pysk nawet mojej wewnętrznej krytyczce.

***

Wiecie, gdzie w końcu zmęczyły mnie moje czarne scenariusze?

Tu i teraz.

Gdybym teraz pisała fantastyczną opowieść, nazwałabym to miejsce Tuiteraz, dałabym mu dobrego króla i miłą królową, a moją wewnętrzną krytyczkę obsadziła w roli czarnego charakteru.

Ale teraz jest o realnym świecie i o tym, co w nim odkryłam.

A odkryłam, że mój strach rodzi się z myśli o przyszłości. O tym, co może pójść nie tak i co może się nie udać. Albo z przeszłości. Z tych momentów, kiedy coś poszło nie tak, albo się nie udało.

Ale tu i teraz, gdy po prostu robię, tego strachu nie ma.

Tu i teraz, w tej jednej chwili, kiedy skupiam się na byciu albo na działaniu, tego strachu nie ma.

Jest radość z pięknie połączonego słowa, jest frajda z pauzy, która odmienia teksty, zadowolenie z czystego pokoju albo dobrej zupy. Może być złość ze słabo połączonego słowa, złość z nieudanej pauzy, z syfu w pokoju albo zupy, którą można co najwyżej truć swoich wrogów. Błogość na widok kolorowego kwiatu, śpiącego kota albo bliskiego człowieka.

I to jest kategoria, w której zachciało mi się zdobywać medale.

Bycie Quentinem Tarantino czarnych scenariuszy uczę się zamieniać na bycie małą Dorotką w krainie Tuiteraz, która sama swój domek wykopała z czarnoscenariuszowego Kansas.

***

Czy mimo tego mam plany? Oczywiście!

Na dniach roześlę w świat pierwszy tom mojej powieści. Na razie kończę propozycję wydawniczą i o tym powiem krótko – trudniejsze od napisania książki jest tylko napisanie streszczenia.

Jesień będzie także szczególnym momentem, bo wtedy prawdopodobnie ujrzycie mojego pierwszego e-booka. O czym będzie? O czym, co już znacie – tyle Wam powiem, znacie już i najprawdopodobniej opluwacie klawiaturę ze śmiechu, kiedy czytacie teksty o tym bohaterze.

Tak sądzę, bo ja ją opluwam, kiedy je piszę.

Czy się tego wszystkiego boję? No jasne! Nie wydawałam jeszcze powieści, nie składałam e-booków, nie robiłam wielu nowych rzeczy.

Ale tym razem już o tym nie myślę. Co najwyżej – patrzę na to, przyjmuję ryzyko do wiadomości i idę dalej.

Do małych kroków. Do prostych czynności. Do tego wszystkiego, co tworzy Tu i Teraz.

I z Tu i Teraz was najcieplej pozdrawiam.

PS A jak traficie kiedyś na błąkający się samotnie tytuł Quentina Tarantino czarnych scenariuszy, nie dajcie mu się złapać. Będzie kusił miłym słówkiem, mamił miłym pyszczkiem, wabił renomą ogarniętego, zapobiegliwego typa. Ale to kłamczuszek – ewidentnie sprawdziłam to za was.

O namiotach, balkonach i wyspach na horyzoncie

Przez prawie cały miesiąc dozowałam sobie internet jak najpyszniejszą, acz szkodliwą bezę.

Moje zdrowie mnie dopadło i musiałam się zatrzymać – zadbać o siebie i doleczyć ostatecznie to, co było niedoleczone. No więc zatrzymałam się, włączyłam tryb odpoczywania i im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że to świat, w którym chciałabym żyć w przyszłości. Nie jarają mnie technologiczne utopie, samochody jeżdżące bez paliwa, androidy o intelekcie większym niż połączone zdolności umysłowe połowy małego miasteczka – zacznijmy lepszą rzeczywistość od tego, że normalnym będzie odpoczynek i równowaga zamiast dzikiego zapierdolu.

I mówię to ja – osoba, która jeszcze parę lat temu chronicznie nie lubiła się zatrzymywać.

Zrobiłam więc sobie kokon z tabletek, dziennika, farb i otwartego worda. Gapiłam się na kota, który liże łapkę i na kwiaty, które rosną. Łapałam myśli i zapisywałam je, a nad tymi notatkami jak srebrna mgła unosiła się myśl, która jednocześnie mogła być uczuciem: no przewspaniała jest ze mnie dla siebie samej towarzyszka.

A poza tym zatrzymaniem, zdarzyła mi się Szkocja.

***

Gdybym była Zbigniewem Wodeckim, piosenka „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, odnosiłaby się do Szkocji.

Swojej własnej piosenki o niej nie umiem wymyślić. Wszystkie moje myśli w temacie Szkocji skupiają się w zdaniu: „to niemożliwe, że coś takiego istnieje”, a te sześć słów to jednak za mało, jak na piosenkę.

Pojechałyśmy tam z koleżanką (wiem, że to przeczytasz :D) bo wymyśliłyśmy sobie tę podróż dwa lata temu. Dwa lata temu miała się ona wydarzyć 29 kwietnia, ale – o ile tylko rachujecie szybciej ode mnie –  2022 minus 2 daje 2020, a wszyscy wiemy, co się wtedy wydarzyło.

Zamiast podróży i szlajaczki z namiotem po najbardziej odludnym szlaku Wielkiej Brytanii zostało nam smętne kasowanie rezerwacji w rytm pikających newsów o pandemii koronawirusa.

Teraz jednak zebrałyśmy siebie i plecaki wypchane campingowym pierdoletem, i ruszyłyśmy na szlak. Fun fact – końcem kijka nie ruszyłyśmy tego najbardziej odludnego szlaku. Zrobiłyśmy z niego pięć kilometrów, zmokłyśmy tak, jak tylko w Szkocji można zmoknąć i zawróciłyśmy.

A ja byłam z nas, z siebie dumna jak matka niemowlaka, który właśnie zaczyna chodzić, bo – omamusiu! – ile wody w rzekach i po moim karku musiało spłynąć, żebym ja się nauczyła odpuszczać.

Ale nauczyłam się i reszta wyjazdu minęła nam na zacnych aktywnościach. Spanie pod namiotem. Spanie przed namiotem. Gapienie się na niebo. Gapienie się na góry. Piwo na pikniku. Piwo w knajpie. Łażenie po plaży i zbieranie muszli. Łażenie po plaży i niezbieranie muszli. Dziennikowanie z widokiem na przestwór oceanu. Spacerowanie z widokiem na koronkę gór i wysp nad morzem – tę koronkę, która sprawia, że moje włóczykijskie serce dostaje kręćka.

Poznałyśmy na pamięć menu jednego baru w Mallaig i menu kawiarni na promach CalMacBrayne, a sztukę elastyczności doprowadziłyśmy do mistrzostwa. Ta sztuka elastyczności sprawiała, że raz na dwa dni złaziłyśmy spod namiotu, kierunek wybierałyśmy, kierując się prognozą pogody, a ja po raz kolejny zrozumiałam, że jeśli wszystko w życiu będzie mi tak wychodziło, jak szukanie noclegów na pałę w Szkocji, to będę ustawiona. Gdy mój mąż dojechał do nas z samochodem, zyskałyśmy nieco więcej rozmachu i wylądowałyśmy na Hebrydach Zewnętrznych, na polu namiotowym, które rozkładało się nad lazurową plażą.

A potem, w myśl elastyczności, zawinęliśmy stamtąd kolejnego dnia, gdy okazało się, że do końca tygodnia nie ma już miejsca na powrotnych promach.

Chyba za to najbardziej lubię Szkocję.

Za to, że pierwszy raz w życiu pojechałam bez żadnego zaklepanego noclegu, za to z namiotem na plecach.

Za to, że sztywne plany mogłam zamienić na leniwe słuchanie rzeczywistości i swoich potrzeb. Pada? Szukamy hotelu. Nie pada? Śpimy pod namiotem. Nie mamy auta? Zrobimy krótszą drogę. Mamy auto? Jedziemy z koksem.

Wtedy przydarzają się kosmiczne i niesamowite rzeczy.

***

Półwysep z latarnią.

Po nim krążyłam jakieś trzy lata temu, a w mojej głowie roiło się od pytań z kategorii: Kim Być i Dokąd Zmierzać. A teraz znalazłam się tam znowu, morze znów tańczyło w objęciach wysp na horyzoncie, a ja już miałam w głowie odpowiedzi na te pytania. Może bardziej na Kim Być, niż Dokąd Zmierzać, ale umówmy się – jak się zna swoją naturę, to łatwiej wyznaczyć dalszą drogę.

Nie czułam tam fajerwerków, nie grał mi w głowie hymn z Rydwanów Ognia.

Po prostu zdałam sobie z tego sprawę i pomyślałam: Sylwuniu, zajebista robota. Idźmy ją robić dalej.

***

Kościół na końcu świata.

Musicie coś o mnie wiedzieć: ja nie mam żadnych obaw w mieście, ale czasem nieswojo czuję się na wsi. Bardziej od natłoku ludzkich głosów płoszy mnie samotność i cisza, a moja miłość do natury pełna jest respektu.

Takiego respektu, jaki się ma przed czymś, co budzi obawę.

Tym bardziej zatem dumna byłam z siebie, że ostatniego dnia poszłam na wieczorny spacer sama. Spaliśmy w małej wsi Kilvater, widok mieliśmy na dalekie morze i pas wysp na horyzoncie, a pogoda – jak to bywa z ostatnimi dniami w Szkocji – była idealna. Poszłam więc główną drogą, potem zboczyłam w mniej główną drogę, a potem w jeszcze mniej główną, aż dotarłam do ruin kościoła.

Z gotyckiego okna widać było morze i pas wysp na horyzoncie, które zbierały już złoto zachodzącego słońca.

Piękniej nie mogła się ze mną Szkocja pożegnać.

***

W sercu będę też zawsze miała Glenfinnan i jego okolice – to miasteczko, w którym porzuciłyśmy nasz Supertrudny Szlak. Zamiast niego po nocy w górskim schronisku wybrałyśmy dwa dni w przytulnym hoteliku w Mallaig, a potem bezczelnie popłynęłyśmy na końcowy punkt Supertrudnego Szlaku, małą wieś na najbardziej odludnym półwyspie i mieszczące się tam pole namiotowe.

Pole zaiste było złotem, z jednej strony miało morze, z drugiej góry, a ja, patrząc na te szczyty, nie żałowałam w ogóle, że to nie z nich przyszłam.

Gdybym z nich przyszła, prawdopodobnie nie miałabym sił nawet na to, by gapić się na morze.

A przecież nie o to chodzi w życiu, by sił zabrakło na to, co najlepsze.

Zamiast wspomnień o dzikiej wędrówce przywiozłam z Glenfinnan serię retrografik z kotami, spalony od leżenia na słońcu nos i kilogram muszel, bezwstydnie przeszmuglowanych w bagażu nadanym Ryanaira.

Nie zamieniłabym tego na żadne kilometry.

No i trzy razy mijałyśmy rozpędzony pociąg do Hogwartu, how cool is that?

***

A żeby współczynnik magii rozpieprzył wszystkie moje magiometry, po przylocie ze Szkocji trafiłam prosto na pierwsze spotkanie kreatywnych dziewczyn z Iskry. I tam znów – niby nic, a jednak wszystko, niby cisza w cieniu drzew, a jednak gwar myśli twórczych stworzeń, łączenie słów, zaklinanie rzeczywistości w obrazach i to niesamowite poczucie, że wrażliwych, kreatywnych stworzeń jest więcej.

I halo, dostałam najpiękniejszy tort urodzinowy w swoim życiu – to tak wspaniałe, jak pociąg do Hogwartu!

***

Przyznaję więc sama sobie medal z odpuszczania i zatapiam się w dalsze rewiry kuracyjnego lipca. Dalej będę patrzeć na to, jak kot liże łapkę (skubany robi to na milion sposobów!), jak kwiaty rosną na balkonie (niby sama je sadziłam, a każdego dnia wyglądają inaczej!) i na to, jak czas przeze mnie płynie chwila po chwili, jak moja własna krew.

I choć w zasadzie poza Szkocją prawie nie ruszyłam się z balkonu, to o matko, te dni na balkonie budzą moją największą ekscytację.

To nie do końca jest kwestia miejsca. Że dalej kocham podróżować, nadal uwielbiam poznawać światy, a pasmo wysp na horyzoncie działa na mnie jak kocimiętka na kota. Ale nie mam ochoty już na zaliczanie zabytków, na dzikie biegi, szalone szlaki. Zamiast tego – cały dzień w kawiarni i gapienie się na ludzi. Cały dzień nad morzem i gapienie się na wodę. Znajdowanie miejsc, w których lepiej robi mi się na sercu nawet, jeśli nie piszą o nich w żadnym przewodniku.

Dlatego będę wracać powoli do życia. To czas eksperymentów i szukania tego, co nowe, a ja mam drugie serce do bycia poszukiwaczką.

Więc będę tu.

Mam w zanadrzu teksty, które czekają grzecznie od czerwca i nie zawaham się ich użyć.

***

Jest we mnie taka część, która nie dowierza. To ta część, która kiedyś czerpała energię z bycia w stu miejscach na raz. Z dzielenia uwagi. Ze stania dwiema nogami w dwóch różnych rzekach.

Druga część zaś odkrywa właśnie, że czasem nie trzeba być wszędzie. Że wystarczy ułożyć swój świat tak, by mieć wokoło siebie wszystko.

A sekret leży w definicji słowa “wszystko”.

O sztuce, wilkach i galaktycznej bransoletce

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie po drodze mi z zamykaniem sztuki w galeriach. Z barykadowaniem jej murami recenzji i zachwytów ekspertów, z okładaniem jej mądrymi słowami, blichtrem, trendami i całym tym hałasem, który może kusząco wygląda, ale w środku jest pusty jak cholera.

Czuję, że sztuka niewiele ma w sobie z takiego zamkniętego stworzenia, ograniczonego wąskim światem patrzącym na nią ludzi.

Jeśli miałabym do czegoś porównać tworzenie, to przede wszystkich – do krwi.

Do krwi, która wyznacza rytm życia organizmu. Do krwi, która łączy całe ciało w jedno, wszystkim częściom nadając jeden bieg. Do krwi, która pcha serce do przodu i pompuje ożywcze powietrze.

Gdzie tu miejsce na piedestał, zimne galerie i uczony bełkot krytyków?

Dlatego kocham opowieści, które czyta się przez pół nocy pod kołdrą, a potem drugie pół płacze.

Kocham muzykę, która ciągnie do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne, ale Lisa Gerrard czy Florence Welch śpiewają o tym najlepiej.

I to jest sztuka, którą chciałabym tworzyć.

Sztuka, której potrzebujemy jak powietrza do oddychania, a nie do wystudiowanego palenia papierosa.

***

Tak, dużo myślę ostatnio o tym, kim jestem i gdzie właściwie zmierzam.

Ze zdziwieniem – bo będzie mnie to dziwiło zawsze – stwierdzam, że siedzą we mnie te mityczne dwa wilki. Jeden wyje swoje opowieści do księżyca, macha łapami, opowiadając o tym, jak tworzy uniwersum, jak odkrywa, jak śni mu się to wszystko, jak jedzie na różowym jednorożcu przez galaktyki inspiracji.

A drugi – pewna tego jestem – jest jak księgowy. W krawacie chodzi, bo tam może sobie zawsze wpiąć długopis. Excela odpala wilczą łapką, pazurem rysuje wykresy i uczonym, acz wilczym pyskiem patrzy na bieg narysowanych ścieżek, wróżąc z nich z powagą giełdowego maklera. Pomysły spisuje, wątki porządkuje, a w jego mózgu zamiast szarych komórek są żółte, zielone i różowe fiszki.

Życie jest pocieszne, gdy ma się w głowie takie dwa wilczyska. Gdy jeden jest inspiracyjnym żywiołem, a drugi systematycznym taranem, tworzenie od razu staje się weselsze.

***

No więc, w tym myśleniu, kim jestem, mam już jakąś spójność. Gdzie zmierzam, to też jestem sobie w stanie odmalować. Nie ciągnie mnie blichtr, nie bawi mnie męcząca rozrywka, ja chciałabym tworzyć good, old-fashioned miejsce dla dusz, które czasem lubią uciekać do tajemniczych światów.

I kiedy już mój wewnętrzny wilk-księgowy łapką klepie ten wykres, a wilk-szaleniec patrzy na to, jak na ekscytującą mapę, to wtedy się wkrada on. Ten trzeci.

Kompleks fantasty.

Gdyby moje pisarskie życie było stołem na weselu, to kompleks fantasty byłby pijanym wujkiem Tadziem, Zdzisławem albo innym Marianem. Takim, co to przez całą imprezę włóczy się na podwórku, sępi o szluga, zajmuje się skrupulatnie łojeniem wódki i nękaniem ludzi za pomocą nieśmiesznych dowcipów. A kiedy przychodzi Ten Jeden Moment, on wygłasza Tę Jedną Uwagę i wtedy rozwala imprezę całemu towarzystwu.

Na wujka Tadzika nie ma łatwej rady, kompleks fantasty zawsze musi się odezwać.

A tym, kto z reguły daje mu w pysk, jest moja osobista, wewnętrzna czytelniczka.

To z kolei taka persona, która na rodzinne wesele przyszłaby w sukience w koty, ze złotym wisiorem z lumpeksu i z marzycielskim uśmiechem. Która śledziłaby wszystkich zza szkieł okularów, ale myślami błądziłaby po jednym albo kilku światach. Ale to ona, gdy przychodzi co do czego, sprząta syf po wystąpieniach wujka – kompleksu fantasty.

Dziewczyno, sama czytałaś poruszające opowieści. Laska, sama płakałaś na zakończeniach książek. Giiiiirl, Blanka Lipińska jakoś nie miała rozterek, gdy wydawała romanse o włoskich mafiosach, które na mózgi pozamieniały się  z pornosem. Pisz dalej!

To wszystkie książki, które ja przeczytałam, przypominają mi, jak bardzo ludziom potrzeba opowieści.

***

Ciągnę więc twórczy wózeczek przed siebie. Niepewną ręką rysuję swoje ścieżki, a sukienka księżniczki z kosmicznej galaktyki czasem mnie martwi swoim blaskiem. Ale potem – potem zdarzają się momenty, w których mogę o pisaniu mówić, a wtedy energia wygrywa ze strachem.

Pod tym względem maj i czerwiec był zupełnie szalony.

W maju zebrałam wszystkie swoje powieściowe wykresy i opowiadałam dziewczynom na platformie Iskra o tym, jak budowałam swój powieściowy świat. Ja może i mam drugie serce do strachu, ale zdecydowanie mam też drugą gębę do gadania, a do gadania o swoim świecie, to już zupełnie trzecią. Opowiedziałam więc o swojej drodze, a wieści o tym, komu dałam ognia do pieca, dostawałam przez kolejne pół tygodnia.

A potem, w czerwcu – w ramach zakończenia Szkoły Pisania Powieści – czytałam fragmenty swojej książki na żywo.

***  

Czarne jak noc kamienie, upstrzone lśniącymi drobinkami, jakby były galaktyką – tak wyglądała bransoletka, którą tego dnia mój mąż znalazł na targu u handlarki biżuterii z kamieniami.

Nie czaiłam się wtedy zanadto. Opowiedziałam pani swoją historię w wersji instant: czytam dzisiaj fragment swojej powieści w kawiarni Cheder, trochę się boję, a trochę chcę, żeby ten moment został ze mną już zawsze i pomyślałam o bransoletce. O bransoletce, która dołączy do innych zdobiących moją rękę i będzie mi przypominać ten wieczór zawsze – nieważne, jak mi na nim pójdzie. Ryzyko było spore, bo moje chore gardło balansowało między niskimi tonami czarnoskórej śpiewaczki, a trzaskami źle nastrojonego radia. Ale czy w gruncie rzeczy nie wszystko w życiu jest ryzykiem?

Pani wydobyła sfatygowany leksykon kamieni i zaczęłyśmy szukać tego, który będzie idealnie pasował do momentu i sytuacji. Zadumałyśmy się nad ametystem, nad kwarcem różowym, nad jeszcze kilkoma innymi tajemniczymi tworami. Ale to mój mąż wypatrzył bransoletkę z kamieni zwanych noc Kairu – a ja przez chwilę zapomniałam, że liczba mojego wieku ma jeszcze 3 na początku i jak podjarana pięciolatka wypaliłam: ON WYGLĄDA JAK GALAKTYKA.

Sami rozumiecie, z jaką biżuterią poszłam do Chederu.

Gdy przyszłam, wystrojona nie w bluzę z kapturem, tylko w złota, czernie i burgundy, w Chederze było już sporo ludzi. To zawsze miecz obosieczny – miło, że tyle osób się zjawiło, ale niemiło, jeśli tyle będzie musiało oglądać Twoją porażkę. Tego dnia jednak zdecydowanie na wierzchu był mój wewnętrzny ekstrawertyk, złakniony publicznych wystąpień, bycia wśród ludzi, pracy z publicznością – i czuję, że ten ekstrawertyk nie zawiódł mnie, gdy przyszło do czytania fragmentu mojej powieści.

Ja bardzo lubię bawić się w tekstach rytmem. Wydaje mi się, że robiłam to zawsze, ale odkąd nazwano mi to, co robię, robię już to bezczelnie świadomie. I teraz wyobraźcie sobie ten ship – z jednak strony tekst, który jest totalnie rytmiczny, jakby stworzony do głośnego czytania. Z drugiej strony ekstrawertyk, który tęskni za występowaniem.

Nawet wszystkie moje kompleksy – włącznie z wujkiem Marianem aka kompleksem fantasty – podejrzewały, że to się musi udać.

Przeczytałam. Bawiłam się rytmem. Słuchałam swojego głosu, a to nie budziło strachu, tylko zaciekawienie, chęć dalszego szukania i odkrywania, zabawy intonacją i reagowania na reakcje publiczności. Żeby było jasne – ja kocham pisać historie. Ale czuję, że równie mocno kocham je czytać i opowiadać – wśród ludzi, w kręgu, w blasku zaintrygowanych oczu.

Zeszłam ze sceny zajarana jak małe dziecko.

***

To takie momenty, w których nie liczy się kompleks fantasty, a dwa wilki tańczą pod rękę do jednego oberka.

Z Krakowa wywiozłam jeszcze więcej wspomnień. Leniwe śniadanie w ogródku pełnym krzaków, które przypomniało mi, że czasem warto się nie śpieszyć. Spacer po zakamarkach Kazimierza, który przypomniał mi, że czasem warto patrzeć w coś innego, niż w ekran. Morze ciepłych słów od moich sióstr w pisaniu, które sprawiły, że za każdym razem roniłam łezkę, dosłownie i w przenośni olewając makijaż. Bransoletkę z kamieni, które wyglądają jak esencja galaktyki i małą broszkę – lśniącego złotem ptaszka z targu staroci. Akwarelkę od Kali Jastrzębskiej, która służyła mi za podkładkę.

I myślę sobie o tym, że to wszystko wydarzyło się w moim życiu przez rok – bo rok temu postanowiłam wyjść z pisaniem na światło dzienne i poszłam na swoje pierwsze warsztaty, na Klub Otwartej Szuflady u Aleks Makulskiej.

A myśl ta rodzi kolejne, zuchwałe myślątka i myśliska.

***

Ostatnio przeczytałam opis książki, gdzie pisarz chwalił się tym, że została ona uprzednio wysłana na solidny roast do innych kolegów-pisarzy. No fajnie, myślę sobie. Może to faktycznie działa, takie wieczne skupianie się na tym, co słabe, dopatrywanie błędów i niedoskonałości, kopanie pod sobą samym dołka.

Ale ja czuję, że o wiele większe cuda dzieją się wtedy, gdy skupiamy się na tym, co już jest dobre. Gdy rozwijamy to, co już umiemy. Gdy mówimy innym o tym, co w nich jest mocne.

Gdy pozwalamy latać nieopierzonemu pisklątku i dmuchamy w jego skrzydełka zamiast patrzeć, czy odcień szarości piórek jest na pewno w porządku.

Coś wam podpowiem, perfekcjoniści i kompleksy.

Nigdy nie będzie w porządku.

Zawsze coś się znajdzie, jeśli chcecie, żeby się znalazło.

Dlatego możemy się od siebie odwalić i robić rzeczy, które ciągną do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne.

Po prostu piękne, wypływające z serca rzeczy.

Jak krew, która w całe ciało pompuje życie.

Na dzień dobry

Nazywam się Sylwia i dorosłam do siebie.

Paradoksalnie znaczy to, że sięgnęłam po złote gwiazdki i bordowe plamy akwarelowych chmur, a swoje misterne fantazje wypuściłam z szuflady.

Tak, pisałam od zawsze.

Tak, mówię o tym dopiero teraz.

Dorosłam do sukni księżniczki z kosmicznej galaktyki, do cyrkla i linijki konstruktorki magicznego miasta, do zamyślonego uśmiechu nostalgicznej duszy. To taki moment, kiedy czuję się jak te dwie połówki mitycznej pomarańczy, które trafiają na siebie – tylko one wszystkie są we mnie, a tak poza tym, to w zasadzie jest ich trzy: ta nostalgiczna, ta magiczna i ta galaktyczna. A ponieważ ja kocham rytm słów i rytm zdań, to nawet te trzy przymiotniki muszą być w jednym rytmie – skoro zaś coś jest w jednym rytmie, to wiadomo, że to prawda 😀

Swój pierwszy tekst napisałam, jak miałam osiem lat. Nie pamiętam, o czym był. Pamiętam, w czym go napisałam i to w zasadzie głupie, jakby materia liczyła się bardziej od ducha, a narzędzie od dzieła.

Ale materię i dzieło pamiętam.

Był to zeszycik w dwie linie, granatowe i porządne, w kropy na okładce, które już wtedy na moje ośmioletnie oko wydawały mi się szpetne. Napisałam tam powieść na CAŁE CZTERY STRONY i pewna byłam – taką ośmioletnią pewnością siebie – że skasuję za to Nobla, niech no tylko rodzice podeślą to do Norwegii.

Ale oni jednak nie podesłali i dlatego dzisiaj widzicie się na tej stronie z jeszcze-nie-sławną-pisarką.

Od tamtej pory pisałam prawie zawsze. Wymyślałam historie, zawsze fantastyczne – nawet jak sobie zakładałam, że: ej, realny tekst, to efekt wychodził jeszcze bardziej magiczny niż zwykle. Wiadomo, że najpiękniejsze auto jest w garażu u sąsiada, najgrzeczniejsze dziecko to nie moje własne, a najlepszy tekst to ten, którego nie zamierzałam napisać.

Swoje fantazje, wyobrażenia i światy zamykałam w szufladach, kryłam w dorosłościach, maskowałam poważnymi sprawami. Aż wreszcie przyszła pandemia i całą mnie schowała w szufladzie, a ponieważ ja jestem ruchem i włóczykijem, kocham się nosić po świecie, to był to czas zdecydowanie gorszy niż lepszy i mniej miły, niż miły, a w zasadzie: zupełnie niemiły i zły jak cholera.

Przysłowia jednak mówią, że nie ma tego złego, i ja się czasem z nich śmieję, czasem mam do nich żal o dystrybucję głupot, ale tym razem jednak klaszczę im brokatowe brawka, bo gdyby nie to złe, to nas by tutaj nie było.

W pandemii zaczęłam myśleć, że ej, może bezpiecznie byłoby znaleźć coś, co można robić nawet, jak zamkną pół kraju. A ponieważ najciemniej pod latarnią, to potrzebowałam trochę czasu, by dostrzec, że HALO, jest taka zakurzona pasja, nazywa się pisanie i w zasadzie to można robić, nie ruszając z domu dupska.

A potem trafiłam na Aleks.

O naszych początkach zawsze mówię tak: BOŻE, GDYBYM JA NIE KLIKNĘŁA. Post o Klubie Otwartej Szuflady wyświetlił mi się przypadkiem, któregoś lutowego wieczora, gdy oglądaliśmy z mężem Doktora Who pod kołderką z naszych trzech kotów (uwaga dla fandomu: sezon z Capaldim, najbardziej groźny moim zdaniem doktor, choć #teamtennantforever). Kliknęłam tego posta, przeczytałam, że jest jakiś kurs i ja – mistrzyni rozkmin, planowania, szacowania, liczenia jak kot przed skokiem – pomyślałam w 1,5 sekundy: AAA, PÓJDĘ, a w kolejne 2 sekundy się zapisałam.

Kiedy piszę te słowa, jest już wiele miesięcy potem, ja rozsiadłam się wśród zakręconych pisarskich dusz, odwiedzam warsztaty i mam swoją watahę wrażliwców, dziwaków i rozkosznie zaskakujących twórczyń, sióstr w pisaniu, które czasem znają mniej lepiej niż ja (a na pewno: lepiej niż mój wewnętrzny krytyk).

Tak, to babska wataha wyciągnęła mnie za uszy z mojej szuflady.

***

Dlatego teraz czuję, że wreszcie dojrzałam do siebie. Do tego szalonego, żywego umysłu, który tak, jak ciało, kocha się nosić po światach.

I dlatego chcę Was tu częstować brokatem, śmietanką i wiśniami z tortu wszystkich moich fantastycznych światów.

Cieszę się, że tu jesteście.

Obiecuję, że będzie pysznie!