O tym, dlaczego konstrukt literatury kobiecej nie ma sensu

o tym, dlaczego konstrukt literatury kobiecej nie ma sensu

Wchodzisz do księgarni. Widzisz różne gatunki. Fantastyka, reportaż, książki historyczne. I jeszcze – literatura kobieca. Myślisz: okej, ale gdzie jest męska?

Oh wait.

Męska stoi na półce z literaturą piękną.

Z konstruktem literatury kobiecej jest tak: na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic zdrożnego. Podział jak podział: fantastyka dla tych, którzy lubią fantastyczne światy, powieści historyczne dla tych, którzy lubią wiedzę o minionych epokach, reportaż dla tych, którzy lubią prawdziwe światy, literatura kobieca dla…

No właśnie.

Gdzie jest granica między literaturą kobiecą a każdą inną? Czy to literatura o kobietach? No nie, „Lolita” też jest o kobiecie, a nikt nie używa względem niej tej nazwy. Czy to literatura pisana przez kobiety? No też nie, Barbara Kingsolver napisała „Demona Copperheada”, a jednak ta książka nie stoi na półkach oznaczonych tym hasłem.

Gdy zacznie się rozbierać logicznie konstrukt „literatury kobiecej”, zaczynają się zgrzyty.

Po pierwsze, skąd pomysł na wydzielanie literatury kobiecej?

Co takiego zawiera się w książkach opatrzonych tą etykietą, która nie pozwala podporządkować ich gatunkowym kryteriom? A może inaczej – nie „co wydzielamy”, ale „dlaczego wydzielamy”? Skąd pomysł, żeby – na przykład – historyczne romanse i współczesne opowieści o miłości pakować do jednego worka? Przecież tu przebiega linia gatunkowa dość wyraźnie. Na pytanie „dlaczego wydziela się literaturę kobiecą” odpowiedź może nasunąć się sama: bo jej tematyka traktowana jest jako coś innego.

A gdy do „innego” dodamy odbiór społeczny tych książek, równanie wychodzi proste – to coś innego, czyli gorszego.

I wtedy pojawia się kolejny zgrzyt.

Jakkolwiek można zarzucić obu typom książek warsztatowe braki, miałkość fabuły, powtarzalne rozwiązania, to jednak kiedy patrzę na to w szerszej perspektywie, łapie mnie zdziwienie.

Po drugie, dlaczego uznajemy tematy przypisane literaturze kobiecej za gorsze?

W domu moich rodziców na półce stało kilka tandetnych książek o miłości i kilka tandetnych książek o amerykańskich wojnach, gangach albo innych mafijnych porachunkach. Ale z jakiegoś względu to te pierwsze miały łatkę „głupie romansidła”. Choć te drugie były równie prostymi opowieściami o prostych instynktach. Gdy o tym myślę teraz, mam ochotę głośno zapytać: halo, cywilizacjo, co poszło nie tak? Dlaczego gloryfikujemy walki wszelkiego rodzaju, a śmieszkiem lekceważenia zbywamy miłość i relacje międzyludzkie? To nie #sarkazm, ja pytam serio.

Byłam kiedyś świadkiem rozmowy o tym, że „Ojciec chrzestny” to esencja tego, co facet powinien wiedzieć o przyjaźni i życiu. Doprawdy? Każdy facet musi w pewnym momencie zaciukać szefa wrogiej mafii? Czysta statystyka mówi o tym, że bliższa doświadczeniu każdego człowieka jest jednak miłość i relacje międzyludzkie, a nie gangowe porachunki.

A przywołując #sarkazm, mam ochotę podrzucić prowokacyjnie: skoro mówi się o kryzysie męskości, która gubi się w świecie stawiającym coraz bardziej na emocje, to może jednak ta literatura o relacjach międzyludzkich to nie jest głupi pomysł? Może właśnie warto pozwolić sobie na łezkę wzruszenia nad happy (albo właśnie nie happy) endem, albo poczuć motyle w brzuchu przy scenach o raczkującym zakochaniu?

Może – tu #prowokacyjnyDec już zupełnie – łatwiej będzie dopuszczać emocje w życiu, jeśli przeczyta się o nich w książkach?

Po trzecie, gdzie jest literatura męska?

Zrozumiałabym, gdyby te kategorie istniały równorzędnie – jako określenie książek, które bazują na tradycyjnych, stereotypowych zainteresowaniach przypisanym obu płciom. Nadal słabe, ale logiczne. Romanse dla bab, sensacja dla chłopów. Ale tak się nie dzieje. Książki, które opierają się o motywy stereotypowo przypisane mężczyznom (wojna, walka z naturą, albo – skądinąd – uwodzenie kobiet) brylują dumnie na półkach z literaturą piękną, chwałą narodów i dziedzictwem ludzkości #sarkazm. Serio, „Lolita” jest dziedzictwem ludzkości? Serio, wymagające wglądu terapeuty mizoginistyczne rozkminki Bukowskiego zasługują na wybitne miejsce na półce?

No okej, ale w takim razie dlaczego powieść o uwodzeniu szefa sycylijskiej mafii trafia na dolną półkę?

Jak nobilitujemy niskie instynkty, to halo, nobillitujmy wszystkie.

A po czwarte, co złego jest w czytaniu lekkich książek?

Jak większość absolwentów klas humanistycznych, miałam kiedyś zupełnie inne podejście do czytania. Literatura piękna – cacy. Literatura każda inna – be zupełnie. Z perspektywy czasu patrzę na tą dziewczynę, która używała pryzmatu czytania do pompowania ego, z politowaniem.

Teraz myślę o tym inaczej.

Wątki romantyczne dalej nie należą do moich ulubionych. Raczej nie sięgnę po miłosną historię rozgrywającą się we współczesnej Polsce. Ale dlatego, bo z reguły nie sięgam po historie rozgrywające się we współczesnej Polsce – wystarczy mi współczesna Polska w rzeczywistości, nie muszę jeszcze o tym czytać.

Ja sięgam po fantastykę, ale już nie myślę o dziewczynach czytających romanse, że to są te „głupie”. I „puste”. Po drodze zrozumiałam, że głupie jest gardzenie innymi kobietami w momencie, kiedy nas wszystkie otacza świat patriarchatu. A „puste” to jest pompowanie ego przeczytanymi tytułami, jeśli sięga się po nie tylko dlatego, by potem zadzierać intelektualnego nosa.

Dlatego na koniec mam ochotę powiedzieć krótko: gadajmy o gatunkach i stylach w literaturze, ale zostawmy w spokoju konstrukt „literatury kobiecej”.

Bo to pojęcie, które nie precyzuje niczego, a tylko utwierdza międzypłciową pogardę.

A z tego już najwyższy czas zrezygnować.

4 przekonania o twórczości, które powinny odejść do lamusa

przekonania

Są takie rzeczy na niebie i ziemi, które budzą westchnienia zachwytu. Są też takie, które budzą ciarki żenady. I ja dzisiaj napiszę o tych drugich. Jeśli któreś z tych przekonań stanęło Ci kiedyś na drodze – możesz podzielić się swoją historią. A jeśli te przekonania goszczą w Twojej głowie, to zapraszam na tekst tym bardziej – może to dobra pora na wiosenne porządki?

Tworzysz rzeczy z misją? To po co Ci jeszcze pieniądze?

Mamy 2024 rok, a wciąż musimy mówić o tym, że wynagrodzenie to nie przywilej, tylko prawo. Szczególnie w świecie sztuki. Myślę, że każdy, kto kiedykolwiek próbował sprzedać coś, co stworzył, zna to zjawisko bardzo dobrze. Zrobiłaś chustę na drutach, która zajęła Ci kilka albo kilkanaście wieczorów? Super, zapłacę 30 zł. Napisałaś książkę? Wspaniale, to twoje hobby, po co mam ci jeszcze płacić? Opowiadasz baśnie dla dzieci? Twoja praca to przyjemność, no nie gadaj, że potrzebujesz jeszcze za to kasy. Zrobiłaś grafikę? Idealnie, to ja sobie kliknę „pobierz”, przecież to tylko wirtualny pliczek.

Niestety żadna z poniższych sytuacji nie jest wytworem mojej wyobraźni. Zadziwia mnie nieustannie, że rozumiemy totalnie konieczność płacenia za bochenek chleba, nowego laptopa, czy samochód – ale tam, gdzie pojawia się tworzenie albo praca z fajną, humanistyczną misją, zaczyna się łapanie za kieszeń. Bo przecież misja wystarczy na rachunki, a jak tworzysz, to i tak masz tyle frajdy, że ogarniesz jeszcze i bochenek chleba.

A ja chciałabym, żebyśmy poszli w drugą stronę. Mamy trudny świat. Tym bardziej potrzebujemy ludzi, którzy przez sztukę dotykają naszego serca, którzy podejmują działania na rzecz innych, którzy uczą i przekazują dobre wartości.

I tym bardziej warto wspierać ich, by mogli tworzyć piękne i dobre rzeczy.

Jesteś artystką? Nie możesz mieć nudnego życia

Imprezy, używki, zrujnowane zdrowie, rozwalone relacje… i wena. Wena, która spływa na ciebie akurat wtedy, gdy walasz się w życiowym rynsztoku. Wena, która wypnie się na ciebie i pójdzie precz, gdy tylko spróbujesz ułożyć swoje życie.

To jest przecież to słynne artystycznie życie, nie?

No nie.

Są takie momenty, kiedy jest trudno. Kiedy cierpisz, kiedy serce boli, kiedy wszystko się wali. Można wtedy złapać za pióro, za pędzel, za ołówek i przelać te wszystkie emocje na papier. Ba, prawdopodobnie powstanie wtedy ważny tekst – taki, w którym wiele równie cierpiących ludzi odnajdzie siebie.

Ale to nie jest reguła.

Równie dobrze możesz tworzyć poruszające rzeczy, mając u boku ukochaną osobę, ulubionego zwierzaka i własny, bezpieczny zakątek. Ba, może nawet bezpieczeństwo w relacjach sprawi, że w swoim tworzeniu pójdziesz dalej. Odważniej. Pewniej. Powtarzamy frazes o wychodzeniu ze strefy komfortu, zapominając o tym, że do rozwoju potrzebujemy nie tylko wstrząsów, ale też poczucia bezpieczeństwa właśnie.

Czytasz romanse? To co ty wiesz o książkach?

Wartościowanie ludzi na podstawie a) czytania książek, b) rodzaju czytanych książek, powinno odjechać tym samym pociągiem, co pruski system szkolnictwa i patriarchat. Czytasz romanse? Uuu, na pewno jesteś pustą laską. Czytasz Prousta? Och, na pewno jesteś intelektualistką.

A co, jeśli sięgasz po romans, bo lubisz się odstresować po wymagającej pracy, a Prousta wybierasz nie tylko z ciekawości, ale też z chęci zaimponowania znajomym?

Lubimy używać książek jako łatek. Ale wszelkie łatki to broń obosieczna, która daje złudzenie ogarniania tematu. Nawet, jeśli 99% ludzi dookoła nas wpisuje się w jakąś łatkę – lub mówiąc bardziej socjologicznie, tezę – to zawsze może przyjść ten, który wpisuje się w 1%.

A poza tym, jak pisałam już powyżej, mamy trudny świat. Mamy też złożony świat. To nic złego, że czasami potrzebujemy rozrywki albo odpoczynku. To nic złego, że czasami nie mamy siły na czytanie książek. To nic złego, że bardziej niż książka przemówił do nas film, czy serial. A snobowanie się przez sztukę kłóci się z jej naturą.

Sztuka nie jest od tego, żeby się nią snobować.

Sztuka jest od tego, żeby poruszać.

I czuję, że bliższy mojemu rozumieniu sztuki jest romans czy powieść fantasy, nad którą kolejne czytelniczki wylewają łzy, czytając ją po raz kolejny, niż przeintelektualizowane dzieło, nad którym spuści się trzech krytyków.

Książka z self-publishingu to nie książka

Tę część tekstu zacznę od kontrowersyjnego wyznania. Tak, jak też byłam w tym teamie. Tak, mi też się wydawało, że co to za książka, którą sobie ktoś sam wydał, przecież w dzisiejszych czasach można napisać byle szajs i to opublikować, to nie ma sensu, jeśli nie podpisało się pod tym żadne wydawnictwo.

No i teraz już nie jestem w tym teamie.

A dlaczego?

Ano dlatego, że przestałam o self-publisherach myśleć, a zaczęłam ich czytać #badumtss.

Dzięki temu zrozumiałam dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, sposób wydania nie gwarantuje jakości. Są słabe książki, wydane przez duże wydawnictwa, są świetne książki, wydane w self-publishingu. A po drugie, mam wrażenie, że rynek self-publishingowy szybko dogania wielkich wydawców pod względem jakości, oferując zarazem coś, na co czasami nie ma miejsca w trybikach dużej, spiętej planami finansowymi firmy – książki o świeżym i oryginalnym podejściu.

Tyle refleksji ode mnie. Daj znać, co myślisz w komentarzu – a jeśli masz swoje typy na listę przekonań, które powinny już skończyć karierę na świecie, podziel się nimi koniecznie <3 W końcu rzeczy zmieniają się wtedy, kiedy zaczyna się o tym mówić.

Nic mi nie mówią liczby i gwiazdki

książki

O ocenianiu książki

O szkolnych ocenach nie myślimy dobrze. Dorosłość dość szybko pokazała nam, że konstrukt, który opiera się na przyznawaniu wartości cyfrowych za wiedzę i kompetencję żywych ludzi może był fajny w XIX wieku, ale teraz – nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Pomstujemy na nauczycielki, które zabiły w nas pasje ocenami. Wspominamy zdolności, które stanęły w miejscu, bo ktoś dał nam tę jedną jedynkę za dużo, nie biorąc pod uwagę tego, że możemy być zdolni, tylko nasz mózg potrzebuje innych metod nauki. Pięć cyferek to przecież zdecydowanie za mało, by ująć wszystkie talenty, słabości i potrzeby młodego człowieka.

A mimo to jednak, radośnie skaczemy w odmęty internetowych portali i ciskamy książkom od jednej do pięciu gwiazdek.

O co chodzi?

Wszystkie zgrzyty przy ocenach książki

Na starcie wyjaśniam od razu – nie mam nic do ocen opisowych. Za totalnie pomocne uważam komentarze innych czytelników na Legimi czy Lubimy Czytać, które informują mnie o tym, jakie wątki są w książce, a jakich nie ma, co wyszło w niej super, a co – lepiej byłoby poprawić. Czasem działam przekornie – gdy ktoś pisze, że minusem jest brak wątku romantycznego, to ja rozpatruję to w kategorii plusów.

Ale gwiazdki i stopnie?

Gardzę.

Po pierwsze, czuję, że to jest totalnie nieobiektywne. Za gwiazdką czy cyfrą nie idzie nic – to pusta wartość rzucona w internetowy eter, która daje złudzenie wiedzy. Książka ma 1 gwiazdkę, więc wiesz, że jest słaba – ale czy wiesz dlaczego? A może Tolkiena oceniała miłośniczka polskich rodzinnych dramatów i oburzyło ją to, że w książce nie ma ani jednego rozwodu?

Po drugie mam wrażenie, że książki są zbyt skomplikowanym tworem, by oceniać je w skali sztywnej jak drewniana linijka. Od 1 do 5 to można ocenić hamburgera w Maku, a i tak do końca nie wiadomo, czy 1 nie przyznali ludzie, którzy trafili na kiszonego ogórka, którego ty akurat lubisz. Książki żyją. Pracują w nas. Mają wątki, które wracają do nas po czasie. Budzą w nas myśli i uczucia, które czasem potrzebują poleżeć, wykiełkować, przemieszać się z okruszkami codzienności naszego życia.

Takim przykładem jest dla mnie „Utonęła” Theresy Bohmann. W skali gwiazdek dałabym jej 2 albo 3. Nie moja tematyka, wkurzający bohaterowie, rodzinna drama, zero fantastyki, najgorzej. A jednak – ta książka do mnie wraca. Często o niej myślę.

No i co – 1 gwiazdka, czy 5?

Po trzecie, nie podobają mi się zjawiska, które rodzą się dookoła oceniania przez stopnie czy gwiazdki. Dawanie 1 gwiazdki książkom przed premierą, ciskanie 1 gwiazdki po przeczytaniu darmowego fragmentu w sieci – to sytuacje, które przydarzyły się znanym mi twórczyniom. Nie chcę takiego świata. Nie chcę takiego internetu. Mam wrażenie, że przestrzeń, stworzona do tego, by nas łączyć pomimo różnych granic, zaczyna nas coraz bardziej dzielić. Social media przestają zdecydowanie być „social”, miejsca wymiany opinii stają się miejscami, gdzie płoną bezsensowne kłótnie. Coraz mocniej czuję, że nie nauczyliśmy się jeszcze żyć w świecie z internetem, a wszystkie nieczyste zagrania wokół ocen tylko utwierdzają mnie w tym odczuciu.

Ocenianie na gwiazdki czy stopnie prowokuje różne instynkty i stwarza okazję do łatwego hejtu.

A tych już i tak jest w sieci za dużo.

Jedno marzenie o świecie książki i nie tylko

Refleksja o ocenianiu przypomina mi także o tym, że mam swoje małe marzenie. Marzy mi się, że żebyśmy jako społeczeństwo zostawili za sobą wreszcie współzawodnictwo i rywalizację.

Rywalizowaliśmy od początku cywilizacji. Oparliśmy swój świat na założeniu, że można wyżej, i lepiej, i szybciej, że zawsze jest jakiś sufit, który można przekroczyć, że od każdego najlepszego zawsze może być ktoś lepszy, a przy każdym „dzisiaj” już majaczy lepsze „jutro”.

No i teraz jesteśmy kolokwialnie mówiąc w dupie.

Bo okazało się, że nasza planeta nie jest torebką Hermiony i nie ma nieskończonych granic. Skończyły się ziemie do odkrycia i coraz trudniej zyskać tytuł „pierwszy”. Problemy, jakie mamy globalnie, wymagają od nas czegoś zupełnie innego – empatii i współpracy, działania „razem”, a nie działania „kto pierwszy”.

Krzywo patrzę zatem na kilkugwiazdkowe ocenianie – bo dla mnie to mała gałąż tego wielkiego drzewa, z którego najwyższy czas złazić.

Drzewa współzawodnictwa i rywalizacji.

Dlatego czuję, że oceny zgrzytają mi w świecie książek. To przecież żywa tkanka. Na różne momenty w życiu potrzebujemy różnych opowieści. Nie ma co się zamykać między 1 a 5, nie ma co wyrokować po gwiazdkach.

Marzy mi się świat książek – pisarzy i czytelników – który jest wspólnotą, a nie wiecznym konkursem.

Bo książka, której ja dałam 1 gwiazdkę, dla Ciebie może być książką życia.

I nie chcę, by moja ocena sprawiła, że odłożysz ją na półkę.

Bestia i Piękna, czyli opowiadanie na Dzień Kobiet

opowiadanie

Opowiadanie powstało na Iskrze – Platformie Kreatywnych Kobiet, prowadzonej przez Aleks Makulską. Enjoy & życzę nam, żebyśmy podbijały wszystkie wszechświaty <3

***

Ludzie mówią, że chcieliby mieć życie jak w bajce. Ja miałam.

I nie polecam nikomu.

Gdy tylko się urodziłam, przez dom mojej matki przewaliło się stado starych bab, z których każda próbowała udowodnić, że będzie idealną matką chrzestną. Niektóre przychodziły ze skrzydełkami, inne próbowały udowodnić, że dynia w ich ręku kiedyś była powozem, a najbardziej bezczelne przynosiły żaby, twierdząc, że jeden malutki czar sprawi, że ropuszysko zamieni się w księcia.

Ja tego nie pamiętam, ale moja matka zawsze powtarzała, że i tak nie było większych ropuch od tych nawiedzonych staruch.

Gdy miałam kilka lat – kolejny cyrk. W lesie zalągł się wilk. Wielkie, potężne wilczysko, choć niektórzy twierdzili, że osobliwie przypomina księdza plebana z sąsiedniej wioski, inni, że pana z pobliskiego dworu, a jeszcze inni szeptali, że wilk nie istnieje, że to spisek i zmowa, że to kolejna legenda tak głupia jak to, że ziemia się kręci.

Ziemia się kręci, no bez przesady z takimi rzeczami.

Ale w końcu w lesie zaczęły znikać dziewczęta. Coś zeżarło Fioletowego Kapturka, Zielonego Kapturka i Żółtego Kapturka. Czarny Kapturek wsadził temu czemuś nóż w bebechy i glana w jaja, ale Czarny Kapturek to była wariatka, ona ujeżdżała dziki i chodziła na koncerty najbardziej wyuzdanych minstreli.

Moja matka wtedy się schytrzyła – zabrała mi czerwony kapturek, zabrała czerwoną pelerynkę i kazała mówić, że idę do dziadka.

No więc, jak pod wieczór z leśnego krzaka wylazło coś wielkiego, coś kosmatego i coś zębatego – wszystko w jednej osobie – zełgałam, że idę do dziadusia z naleweczką, a wtedy ten bydlak poklepał mnie tylko po rąsi i życzył miłej drogi.

Pieprzony patriarchat.

Dziewczynkę to każdy mądry wpieprzy w lesie, ale niech no tylko się okaże, że ta dziewczynka niesie bimber do innego kolesia, zaraz się solidarność włącza.

Po cyrku z wilkiem był spokój. Mówię wam, same nudy w lesie. Babci się zmarło, matusi się zmarło, ojciec coś kręcił z jakąś babą, ale się wstrzymał, jak poszły ploty, że dwójka dzieci jej poprzedniego męża zginęła w tajemniczych okolicznościach. A tatuś to mnie lubił. Tatusiowi to ja zawsze byłam oczkiem w głowie i rączką w portfelu, więc baba od zaginionych dzieci przegrała ze mną już na starcie.

No, ale musiał przyjść taki dzień, kiedy i mój tatuś się zbiesił.

Zaczęło się niewinnie. Pod nasz dom przylazł jakiś chmyz z czarnym kotem. Posrało typiarza, pomyślałam, chmyz biedny i obszarpany, ale czarny kot – w butach i w kapeluszu z pawim piórem. Ojciec jednak go ugościł, coś zaczęli gadać o młynie, o spadku, o przejmowaniu nieruchomości.

Gdy chmyz poszedł, ojciec zapytał się mnie, co ja o nim sądzę, a ja mu powiedziałam, że dupsko jego kocura ładniejsze jest od jego gęby.

Znaczy się, nie zrobił na mnie wrażenia zupełnie.

A potem poszło po całości. Zaczęli niby przypadkiem przejeżdżać kolesie na białym koniu. Kretyni z lutniami wystawali pod moim oknem, a jeden darł się: daj warkocz, wejdę! Mam pokój na parterze, debilu – wrzasnęłam jemu tylko i całkiem przypadkiem wylałam nocnik prosto na ulicę.

Najgorsi jednak byli ci, którzy maltretowali mojego ojca o moją rękę.

Serio, wyobraźcie sobie ich, idiotów – idzie taki mój staruszek do miasta, a ci do niego, że chcą się starać o rękę jego córki. O rękę? A co to, reszta mnie sroce spod ogona wypadła? A nóżkami, łapkami, cycusiami, to kto się zajmie? Najłatwiej tak – wziąć tylko rękę, bez gęby do wykarmienia i całej reszty do zadowolenia, zero odpowiedzialności.

Śmieliśmy się z tatusiem z tych kretynów, ale pewnego razu zauważyłam, że tatuś przestaje się śmiać. Że dalej przyjeżdżają łomy na białym koniu, durnie z lutniami, idioci od ręki, ale tatusiek coś na mnie patrzy, głową kręci, coś zmartwiony siedzi.

– No i co chodzi, tato? – zapytałam go któregoś wieczora, gdy odprawiliśmy absztyfikanta, co to chciał mi wsadzić na nogę kryształowy buciczek o rozmiarach godnych pięciolatki.

– No, bo tobie za mąż iść trzeba – mruknął tatuś smutno, a mnie jakby ktoś w mordę strzelił.

Że jak to? Że mój tata przeciwko mnie?

Nie było dobrze, pomyślałam sobie.

Oczywiście, ja wcale nie chciałam wychodzić za mąż. Ba, w ogóle nie chciałam wychodzić z tego miejsca, w którym jestem. Rano – trochę robotki w domu. Potem obiadek. Potem czytanko książki. Potem kolacyjka i znowu czytanko. Na cholerę mi tu jakiś facet? Facet z majtkami do cerowania, z gębą do bekania i gardzielą do chrapania w nocy.

A najgorzej – facet z samczym mózgiem.

Żebym to ja znała jakiegoś godnego, to od razu fiknęłabym pod ołtarz. Ale każdy głupszy od drugiego, każdemu tylko śpiewy albo ratowanie albo wpychanie w za małe buty w głowie. Bez sensu. A ja lubiłam swój dom. Lubiłam moje książki. Po co miałam mieć jednego faceta, skoro w książkach było ich tysiące?

No więc, nie dogadaliśmy się z tatusiem.

A raczej pokłóciliśmy się na śmierć i życie.

Straszna afera rozryła nasze domostwo. Tata używał słów, jakich u niego nie słyszałam nigdy, a i ja pozwoliłam sobie na zdjęcie maski grzecznej córeczki. W książkach w końcu są nie tylko seksowni faceci, nikt nie nauczy ciebie tak kląć, jak dobra literatura. Zdarliśmy się z tatą tak na siebie, że on popędził do karczmy (LEĆ DO INNYCH SAMCÓW, OBŁUDNIKU! – wrzasnęłam mu na drogę) a ja, cała rozpalona od złości, poszłam uspokoić się na łąkę.

Ale wiecie, jak to jest po potężnych kłótniach. Nie uspokoi cię po takiej kłótni marne pół kilometra. Szłam, szłam, szłam przez łąkę, aż wreszcie zdałam sobie sprawę, że za cholerę nie wiem, gdzie jestem.

Ale też – że przede mną wyrasta zamek.

No ja cię kręcę, pomyślałam. Taki zameczek z fosą, z wieżyczkami, z gargulcami na rogach koło mojej wioski, a ja nic nie wiem?

Cóż, ja lubiłam wiedzę. Nie po to miałam te wszystkie książki.

Parę chwil później byłam już na moście prowadzącym do fosy. Jeden krokodyl spał w bagnisku, ale na mój widok nawet nie kłapnął. Wrota zamku były otwarte. Dobry znak, pomyślałam, powiem, że przyszłam się przywitać po sąsiedzku.

Na dziedzińcu rosła róża – płatki się z niej osypały prawie zupełnie, ktoś tu był mizernym ogrodnikiem. Weszłam przed wielkie, metalowe drzwi. Wkroczyłam do chłodnego przedsionka. Nie ma nikogo. Potem weszłam do ogromnej balowej Sali. Dalej pusto. Z Sali przeszłam do jadalni, do bawialni, do kolejnego holu.

Dalej nikogo nie ma.

A potem poszłam dalej. Ale zaraz stanęłam jak wryta.

Trafiłam do biblioteki. Ale jaka to była biblioteka! Półki z książkami pięły się aż do góry. Na półkach wszystkie cuda – poezje, powieści, dramaty, romanse. Zaczęłam krążyć od jednej do drugiej, to znam, tego nie znam, tego nie mam, a to ponoć…

Nagle zatrzymałam się w pół kroku.

W bibliotece nie byłam sama.

Obróciłam się.

Wielki kształt, trzy razy większy od tego wilka, co wpieprzał Kapturki.

Kudłaty łeb.

Zębata paszcza zwinięta jak u przerośniętego mopsa.

Szpony zamiast pazurów.

Wilczy ogon z tyłka.

I oczyska. Te groźne oczyska. Te zwierzęce oczyska.

Spojrzałam w ich bezdenne głębiny. Zanurkowałam w noc tego spojrzenia, oddałam się oceanowi tego wzroku, wargę przygryzłam, gorąco poczułam, ciało mi się samo wygięło w łuk.

Och, ja znalazłam.

Ach, ja już wiedziałam.

Ochochochoch, odkryłam swoje pragnienia.

Czarne oczy stwora uświadomiły mi, czego potrzebuję. 

***

– Bestia – rzuciła rzeczowo dziewczyna, którą książę Eryk znalazł myszkującą w jego bibliotece – Ja chcę być bestią. Stary, powiedz mi, jak to zrobić. Te zęby, ten ogon, te kłaki.

Książę Eryk odchrząknął. Ledwie chwilę temu ostrzył zęby na złodziejkę. Ledwo parę dni temu sprowadził się tu ze swoim magicznym zamczyskiem, a lawina posypała się od razu. Chłopi z widłami od jednej strony. Baby z modlitwami od drugiej. Nawet jakieś młokosy chciały podpieprzyć mu krokodyla, ostatniego krokodyla po mamusi.

Ale ta dziewczyna przeszła samą siebie. Wpieprzyła się do jego zamku. Wpieprzyła się do jego biblioteki. I trzymała w ręku jego ulubiony, gejowski romans.

A jednocześnie zdumiony książę Eryk miał tylko jedną myśl w głowie.

– Ale ty jesteś piękna! – rzucił zdziwiony do obcej dziewczyny.

– NO WŁAŚNIE! – westchnęła dziewczyna. – I debile nie dają mi żyć w spokoju.

Zaczęła mu opowiadać o wszystkim, a książę Eryk się zasłuchał. Jej życie wcale nie było takie złe. Ba, dla niego to wszystko bzmiało jak bajka. Młodzi mężczyźni śpiewający pod oknem. Młodzi mężczyźni na białym koniu. Młodzi mężczyźni wkładający pantofelek na nóżki… Kurde, to wszystko mogłoby mu się przytrafić w życiu, gdyby na swoje nieszczęście nie był krzyżówką wilka, żbika i wkurwionego mopsa o rozmiarach pięćsetletniego dębu.

A jednocześnie – im dłużej słuchał dziewczyny, tym bardziej intensywnie myślał o jednym.

O starej przepowiedni.

Gdy dziewczyna skończyła mówić, książę Eryk uznał, że sprawa warta jest ryzyka.

– Wiesz to całkiem– bąknął nieśmiale, bo to jednak brzmiało trochę jak szaleństwo. – Ty nie lubisz swojego życia, ale mi się ono podoba. Ja nie lubię mojego życia, ale…

– Stary, masz zamek, bibliotekę i zero pierdolenia nad głową – przerwała mu dziewczyna. – Nawet, jeśli będę musiała drapać się pazurem po dupie, uważać na ogon i świecić ludziom w oczy pyskiem wkurwionego mopsa, to zawsze będę twierdzić, że się opłacało.

Książę Eryk poczerwieniał pod futrem.

– No to ja mam na to radę. Ale musisz tu zostać do pełni księżyca.

***

I co tam, myślicie sobie? Pewnie ją zeżarł. Pewnie odkryła w jego zamku komnatę ze szkieletami poprzednich oblubienic. Albo chociaż zrobił jej dzieciaka, który potem wyżerał całe wioski? Pewnie tak się stało, bo to kara, która spada na takie wyfiokowane lafiryndy, co to mają swoje zdanie zamiast swojego męża.

A właśnie że nie.

Do najbliższej pełni księżyca pożyliśmy sobie spokojnie. Żadnej afery. Rano śniadanko, potem czytanko, potem obiadek, potem czytanko. Wieczorem spacer, buzi na dobranoc dla krokodyla i do łóżeczka. Każde swojego.

A gdy przyszła pełnia, Eryk wydobył najstarszą księgę ze swojej biblioteki, ostatnią różę zerwał, magię odprawił i cyk!

Jemu wilcza klata zamieniła się w gładkie torso. Jemu mopsi pysk zamienił się w kwadratową szczękę. Jemu zniknął ogon i szpony, a ja…

Och, ja miałam cały zamek dla siebie.

I jeszcze ogon, paszczę, i wielkie zęby. Totalnie epickie! Jak ryknęłam, to żyrandole spadały. Jak puściłam się w bieg, to godzina i jestem po drugiej stronie królestwa. A w nocy… czy kiedyś biegałyście nago po lesie w wilczej skórze?

Polecam!

I tak rozstaliśmy się w pokoju. W jego pokoju, to znaczy teraz już moim pokoju. Eryk poszedł do mojego ojca. Powiedział, co się stało, a tatusiek wiadomo, samcza solidarność, przyjął go do siebie. Dochodziły mnie potem plotki, że chłopaki w wiosce oszalały. Że teraz to dopiero zaczęło się śpiewanie pod oknem, przejazdy na białym koniu i harce z bucikami.

Eryk rozkochał w sobie półko wsi i nawet parady bab z modlitwami nie mogły tego zmienić.

A ja?

Och, cóż.

Ja miałam swój zamek.

Miałam swoje książki.

I wreszcie nie musiałam być Piękną.

Czy superbohaterki mają okres?

Grafika od Światografek

Budzisz się rano. Jesteś superbohaterką i wiesz, że przed Tobą kolejny trudny dzień. Trzeba nakopać paru złolom. Ba, może nawet uratować świat. Ale wtedy czujesz znajomy ból w podbrzuszu i wiesz, że przed Tobą na razie inny dylemat.

Tampon, podpaska czy kubeczek?

Granice wyobraźni

Czasami zdumiewa mnie ta ironia losu. Lekkim okiem oglądamy kolejne fantastyczne światy. Lekkim okiem patrzymy na walki, latające flaki, monstrualne kreatury nie z tej ziemi. A jednak granice naszej wyobraźni mają swoją konkretną linię i ta linia nie kończy się za siedmioma górami, morzami czy światami.

Niekiedy ta linia sięga tam, gdzie zaczyna się okres.

Kiedyś nie zwracałam na to uwagi, ale teraz myślę o tym coraz częściej. Brakuje mi kobiecości w kobiecych bohaterkach w fantastyce. Ale nie tej kobiecości spod znaku wydekoltowanej sukni czy żelaznego bikini, zakładanego do walki. Ta kobiecość może fajnie wyglądała na okładkach książek z lat 90., kiedy kobiety w fabułach były ozdobnikiem, ale teraz starzeje się gorzej niż efekty specjalne w tanich horrorach z lat 80.

Superbohaterka, która ma okres. Wojowniczka, która nie może dopiąć zbroi, bo jest w tej fazie cyklu, kiedy całe ciało puchnie. Wiedźma, która wsuwa czekoladki na potęgę, bo to ten czas w miesiącu, kiedy mogłaby żywić się colą, czekoladą i kebabem. To moja mała lista marzeń fabularnych, którą można jeszcze z powodzeniem rozszerzyć. Superbohaterka-matka? Wiedźma, która ma na głowie utarczki z nastoletnią córką? Wojowniczka szykująca się do porodu? Im więcej o tym teraz myślę, tym bardziej czuję, jak ta lista jest długa.

Można zapytać – po co tyle świata rzeczywistego w fantastyce? Po co te okresy, napuchnięte brzuchy, cola i kebaby? Czy porody nie mogą zostać spokojnie na porodówce, zamiast straszyć ludzi w fantastycznych fabułach?

Takie pytania jednak nie pojawiają się, gdy mówimy o rzeczach stereotypowo przypisanych do mężczyzn. Motywy związane z męskim światem funkcjonują w popkulturze od dawna i nikt nie widzi z tym problemu. Druga strona zatem również powinna być widzialna – tym bardziej, że nadal mówimy o połowie populacji. I skoro chłopcy mogą oglądać na ekranie swoją reprezentację, to fajnie byłoby, gdyby kobiety, osoby niebinarne i inne mniejszości także miały taką możliwość.

Bo fantastyka – nawet, jeśli jest najbardziej odjechana – i tak koniec końców kształtuje jakiś aspekt naszego świata.

Burze i płaczki

Jakiś czas temu przez moją bańkę przetoczyła się lekka burza, związana z pogłoską, jakoby Johnny’ego Deppa w „Piratach z Karaibów” miała zastąpić kobieta. Pamiętam też reakcje na wieść o tym, kto zastąpi agenta 007, a płaczki na temat niskiego wyniku „The Marvels” w box office nadal przelatują przez internet.

Teoretycznie powinnam być zadowolona. Super, niech kobiety przejmują kultowe role. Teoretycznie powinnam się oburzać. Jak to, film z kobiecymi superbohaterkami został nisko oceniony?

A ja myślę o tym, że nie potrzebuję zupełnie, by kobieca bohaterka wchodziła w męskie buty. Robimy to przecież od zawsze, żyjąc w tworzonym przez mężczyzn świecie. Nie oburza mnie słaby wynik filmu z główną kobiecą bohaterką, jeśli była ona słabo napisana.

Bardziej rusza mnie to, że w XXI wszystkie mniejszości dalej muszą funkcjonować w odbiciu od męskiego świata. I że kobiece superbohaterki są pisane jako przerobienie postaci męskich – tym razem w wielkobudżetowym wydaniu.

A przecież mamy wzorce. Mamy doświadczenia i potrzeby kobiet. Mało tego, mamy także specjalistki od badania kobiecych historii na przestrzeni wieków.

Podróż superbohatera vs podróż superbohaterki

Powszechnie wiadomo, że większość filmów fantastycznych albo przygodowych opiera się o koncepcję monomitu, którą ujął w swojej książce Joseph Campbell. Ja dowiedziałam się o tym dobrych kilkanaście lat temu. Synteza popularnych wątków mitologicznych, która wyciągała jeden, uniwersalny wzór podróży i misji bohatera we wszystkich kulturach zafascynowała mnie i faktycznie, otworzyła mi oczy na wiele fabularnych niuansów i jako czytelniczce, i jako pisarce.

A jednocześnie – całkiem niedawno dotarło do mnie info, że jest też książka, która w podobny sposób pracuje z mitologicznymi historiami kobiet. Marion Murdock napisała „Podróż bohaterki”, wyciągając w niej uniwersalny wzór kobiecej historii, która jest zupełnie inna niż męska. I chociaż Campbell napisał książkę o modelu podróży przedstawiciela jednej części ludzkości, a Murdock – o podróży przedstawicielki drugiej części, to jednak hype wokół obu książek jest nieporównywalny. Campbell to klasyk, a do książki Murdock trzeba się jednak dokopać.

Czy będzie lepiej?

Do tematu podróży bohaterki wrócimy jeszcze w ramach naszych rozkminek jako Światografki. A tymczasem spójrzmy też na jaśniejszą stronę tego tematu – coraz więcej pojawia się na rynku książek, gdzie kobieta nie pełni roli ozdobnika. Coraz więcej książek pokazuje taką kobiecość, jaką znamy ze zwykłego życia. Zwróciłam na to uwagę po raz pierwszy, gdy czytałam „Tajne przez magiczne” Katarzyny Wierzbickiej. Jak ja się utożsamiałam z reakcjami głównej bohaterki Agaty – totalnie robiłabym tak samo na jej miejscu.

Tym bardziej zatem czuję sens mówienia o tym, że potrzebujemy prawdziwego obrazu w fantastyce. I z premedytacją wyposażam moje bohaterki w menstruacje, gorsze dni, ale też i te lepsze. Jak to w życiu, jak to w cyklu. Bo ten, kto twierdzi, że kobieta to płeć słabsza, zapomniał chyba, że to kobiety krwawią w bólu przez ¼ każdego miesiąca, a ich potrzeby sięgają dalej, niż do przysłowiowego nadjeżdżającego z dali księcia – i najwyższy czas, by o tym sobie przypomnieć.

Na koniec zróbmy sobie zatem szybką listę. Jakie książki fantasy lub sci-fi z silnymi, realnymi postaciami kobiecymi możecie polecić?

Jeśli znacie takie, zostawcie info w komentarzu – niech się dalej niesie!

Czytam książki, ale nie lubię fantastyki

Czytam książki, ale nie lubię fantastyki – to zdanie słyszałam na tyle często, że wpadło w tę bezpieczną sferę, gdzie puszcza się to mimo uszu. Okej, słońce wschodzi na wschodzie, rośliny rosną na wiosnę, niektórzy ludzie nie lubią fantastyki. Ale ostatnio zaczęło mnie to zastanawiać.

Co się dzieje, że wrażliwi, emocjonalni ludzie, którzy sięgają po rozmaite książki, jednocześnie stronią od fantastyki?

Może problem leży w samej fantastyce?

Albo raczej – w zjawiskach, jakie dookoła niej funkcjonują?

To będzie tylko kolejna opowieść, czyli o tym, co nuży

Jest kilka rzeczy, które mogły zrobić fantastyce zły PR.

Po pierwsze, okładki. Te wszystkie grafiki, gdzie koleś o rysach Conana Barbarzyńcy ciska miecz w jakichś bliżej nieokreślonych, ale na pewno bitewnych, okolicznościach. Albo te, gdzie analogicznie ciska miecz lub zaklęcie kobieta – przy czym jak kobieta, to obowiązkowo musi mieć głęboki dekolt w swojej zbroi. Bo przecież to logiczne, że jak mężczyzna idzie do walki, to zakrywa całe ciało. Ale jak kobieta walczy, to koniecznie musi się umalować i odsłonić piersi.

Bez cycka na wierzchu wygrana się nie liczy, to pierwsza zasada każdego babskiego zgromadzenia w fantastyce.

Cieszę się, że teraz ta tendencje zanika. Że okładki książek fantastycznych coraz częściej przypominają małe dzieła sztuki, a nie okładki „Playboya”. Ale czuję, że jeszcze trochę czasu minie, zanim zapomnimy o tej radosnej estetyce fantastyki z lat 90.-00.

Po drugie, światy. Przy całej mojej miłości do światotwórstwa, mam wrażenie, że niektóre światy powstały tylko po to, by autor mógł stworzyć nowy język, albo nową historię, albo poczytać o historii wojen z wymówką, że robi research (a nie, że przewala kolejne godziny na stronach w internecie). To nie zawsze są złe historie. Niektóre z nich sama lubię. Ale rozumiem totalnie czytelnika, który lubi spotkać się z emocjami, z wycinkiem czegoś prawdziwego, czegoś co dotyka w książce – a zamiast tego dostaje światotwórczą wydmuszkę.

Po trzecie, odtwarzalność. Ja wiem, że kasa musi się zgadzać. Ja wiem, że jeśli jedna historia się sprawdziła, to naturalnym biznesowym odruchem jest zalanie rynku setkami jej podobnych opowieści, które różnią się nazwą świata, imionami bohaterów i jeszcze kilkoma nieznacznymi detalami. A nie jest naturalnym biznesowym odruchem – pozostawienie dojnej krowy samopas i szukanie zupełnie nowych. Ale nie dziwi mnie w ogóle, że czytelnicy uciekają na widok kolejnej opowieści o superbohaterach. Albo o elfach czy krasnoludach. Albo o tym-zwykłym-człowieczku, co nagle odkrywa niezwykłe moce. Rozumiem, że odtwarzalność pompowana bez reszty przez dużych rynkowych graczy budzi alergiczne odruchy. Ja też jestem w tym miejscu!

Kiedyś tutaj skończyłabym swoją wypowiedź. Ale teraz mam wokoło siebie mnóstwo piszących ludzi. I znam takie opowieści o elfach, krasnoludach, czy przemianie bohatera, że zwalają z nóg!

Ile razy zatem spojrzycie na książkę i przejdzie Wam przez głowę znużona myśl: „łeee, to będzie kolejna opowieść o elfach/krasnoludach/zwykłym człowieku”, to ja podrzucam zaczepne kontrpytanie.

A co, jeśli nie będzie?

Fantastyka od serca

Mam wrażenie, że pewna era w moim życiu autorki fantastyki skończyła się bezpowrotnie, gdy zostałam opowiadaczką. Gdy zaczęłam opowiadać ludziom baśnie na żywo.

Wiecie, jaka to jest era?

Era bullshitu.

Dopóki nie doświadczyłam na żywo, jak mogą działać opowieści o tym, co za siedmioma górami czy za siedmioma lasami, łatwiej było mi wierzyć, że fantastyka to taki śmieszny gatunek dla nie do końca dorosłych ludzi. Sama kochałam się biczować takimi myślami – że tu ludzie piszą ambitną i poruszającą prozę, a ja, oh well, kolejną historię o magii. Ale zbyt wiele razy widziałam, jak dorosłego człowieka potrafi poruszyć baśniowa opowieść, by uwierzyć w to, że gatunek angażujący wyobraźnię nie jest nam potrzebny.

Tak, potrzebujemy wyobraźni. To dzięki wyobraźni możemy zamykać niemierzalne i niematerialne uczucia w słowach, w gestach, w opowieściach. A dzięki opowieściom możemy brać pod lupę to, co dzieje się na świecie. I w naszym sercu. To, co nas boli, rani, przeraża. To, co nas cieszy i daje nadzieję.

I o tym też może być fantastyka.

To będzie aż kolejna opowieść, czyli o tym, co zachwyca

Od momentu, kiedy to zrozumiałam, inaczej tworzę moje opowieści. Chociaż nie – tworzę je podobnie, ale myślę o nich inaczej.

Zwracam uwagę nie tylko na detale świata, ale na emocje bohaterów. Tych emocji jest w moich tekstach dużo. W porządku, jedna z moich bohaterek włada ogniem, a życiem drugiego bohatera rządzą osobliwe prawa związane ze śmiercią. Ale czy to, że umiesz wyczarować ogień, albo nie boisz się byle rany, sprawi, że nie wstajesz z niechęcią do pracy w poniedziałek? Czy to sprawi, że się nie boisz, a na hasło „walka” zaczynasz mówić wersami z rycerskich eposów średniowiecznych? Możesz władać jakąkolwiek mocą, ale w głębi serca nadal pozostajesz człowiekiem – ze swoim strachem, miłością, zmęczeniem i wszystkim innym, czym rządzi się życie.

A to, czy twoją mocą jest wyczarowanie ognia, czy zrobienie wyliczenia w excelu, to już drugorzędne.

Moje pisarskie życie zmieniło się, gdy to zrozumiałam.

I nie jestem w tym odosobniona.

Cieszę się, że jest coraz więcej historii pisanych w tym nurcie. Bez epickich bitew, bez bohaterów z kijem w tyłku, bez seksistowskich okładek. Za to z tym, co nas porywa najbardziej: z emocjami, z lękami, z miłościami bohaterów. Ze światami, w których odbija się nasz świat własny. Historii, w których możemy przejrzeć się jak w lustrze.

Jeśli zatem jesteście w tym gronie, które nieufnie patrzy na fantastykę, szepnę na uszko przekornie: a może spróbujcie?

A jeśli znacie i kochacie dobre, ludzką miarą szyte historie fantastyczne, podzielcie się swoimi ulubionymi książkami w komentarzu – zróbmy sobie krąg polecajek książek o fantastycznych światach i ludzkich emocjach <3

O powieściach, podróżach i plikach Excela

powieści Sylwii Dec

Ostatnio pomyślałam sobie, że nudzi mnie elitaryzowanie sztuki i pisania.

To gadanie o ambitnej prozie. To przyklejanie łatek prostego czytadełka dla książek, które pobudzają emocje tysięcy ludzi i łatek wielkiego dzieła dla tych, które pobudzają trzech krytyków. To ocenianie tego, kto czyta i co czyta – z założeniem, że jeśli sięgasz ku tej konkretnej półce w księgarni to na pewno jesteś tym konkretnym człowiekiem.

Jakby okładki książek były pytaniami w tanim psychoteście.

A w te lato to znudzenie uderza mnie coraz bardziej.

To lato jest momentem, gdy pisanie i tworzenie czuję nie w ideach, tylko w materii.

Nie chcę rysować cienkim ołówkiem na delikatnym papierze. Może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę patrzeć, jak żywa krew przelewa się przez żywe mięśnie.

Chcę tworzyć historie, które wprawiają w ruch prawdziwe serce. 

*** 

W maju i w czerwcu zamieszkałam w pociągu. Nie kłamię, nie ściemniam. Jeden bilet kupowałam za resztę z poprzedniego i rozpoznawałam już konduktorów na linii Białystok-Warszawa.

Tournee rozpoczęłam w maju od wizyty na Roztoczu. Pod wodzą Pauliny Grzybowskiej pisałyśmy i malowałyśmy, tropiłyśmy leśne, roztoczańskie tajemnice. Wywiozłam stamtąd mnóstwo pięknych wspomnień i ciepłych słów, calutki zapisany sztambuszek i przekonanie, że zaszycie się w leśnej głuszy powinno być raz na jakiś czas przepisywane na receptę.

Na przełomie maja i czerwca także zalegałam w okolicy krzaka. Raz w tygodniu odwiedzałam warszawski Jazdów i warsztaty opowieści prowadzone przez Grupę 501. W małych fińskich domkach wśród wielkich drzew i pachnących krzewów tworzyliśmy swoje historie, budowaliśmy różne światy i uczyliśmy się, jak robić to jeszcze lepiej. A na koniec zaprosiliśmy gości i opowiedzieliśmy swoje historie na malutkiej, zaimprowizowanej scenie. Na tej scenie ja zostawiłam kawałek swojego serduszka, bo tam – mając przed sobą zasłuchanych ludzi – poczułam, że chcę iść w tym kierunku, że chcę opowiadać tak, by poruszać ludzi, by coś zostawiać w ich światach i sercach.

A potem jazda była jeszcze lepsza.

*** 

Czerwiec to Irlandia, Waterford u Adzika. Razem z Beatą zalęgłyśmy w adzikowym salonie. Za dnia buszowałyśmy w charity shopach, popołudniami schodziłyśmy na pisanie do kawiarni, a wieczorami lęgłyśmy się w domu, krążyłyśmy po kątach, pisałyśmy, czytałyśmy sobie to, co piszemy i gadałyśmy o wszystkich możliwych światach. W zeszłym roku to u Adzika właśnie kończyłam powieść o mieście Veira i o szczurołapie Mosie – w małej knajpce na wzgórzu, z widokiem na ocean, pisałam najbardziej emocjonujące fragmenty. 

W tym roku z Waterford przywiozłam kilkadziesiąt stron drugiego tomu przygód szczurołapa Mosy, które zaskoczyły nawet mnie jako ich autorkę. Do tego doszło kilka bibelotów z charity shopów, kilka ubrań i całe morze – emocji, inspiracji, pomysłów. Będę długo pamiętała nasze czytania, nasze rozmowy, ten moment, kiedy teksty z myśli wiły się w rzeczywistość, w namacalną opowieść, którą żywy człowiek tuż obok czyta.

A prosto z jednego końca Europy pognałam na drugi koniec – na Krąg Kobiet w podlaskiej Białowieży, organizowany przez Centrum Terapii Leśnej.

Tam z zupełnie nieznajomymi kobietami odkrywałyśmy działanie leśnych kąpieli, poznawałyśmy puszczę, gadałyśmy o życiu, o pasjach i o tym, o czym można gadać, mając prastary las za sąsiada. Jednego wieczora usiadłyśmy przy ognisku i słuchałyśmy świętojańskich opowieści. A drugiego wieczora przy ogniu dzieliłyśmy się swoimi historiami i druga połowa mojego serduszka ewidentnie została wśród płomieni. Gdy jeszcze było jasno, przeczytałam jedną z “Baśni o Przemianach” – na głos, wśród słuchaczek, zerkając na reakcje i zasłuchane twarze. A na dobranoc, gdy już kończyliśmy ognisko, opowiedziałam baśń, którą także opowiadałam na jazdowskiej scenie – araukaryjską legendę o dziewczynie z czaszką zamiast twarzy.

Opowiedziałam ją zupełnie inaczej, niż w Jazdowie – nie miałam światła, nie miałam sceny, nie było mnie prawie widać. Ale miałam ogień, miałam gwiazdy, prastary las – tak, jak w legendzie – rósł dookoła.

No i co tu dużo mówić – popłynęłam.

Mówię tak, bo dokładnie tak to czułam. Jakby ktoś zabrał z mojej głowy wewnętrznego krytyka, pieprzenie o tym, że to nie ma sensu, że to niepoważne, że to sama nędza. Nagle zrobiłam się tylko ja i słuchaczki, tylko ja i świat, kosmos dookoła, a w jego sercu – opowieść. Wchłonęły mnie rytmy, wchłonęły mnie intonacje, wchłonęło mnie rysowanie obrazów – a kiedy wreszcie noc się skończyła, ja długo nie mogłam zasnąć.

Wtedy zrozumiałam, że tak, jak opowiadam, tak też chcę i pisać. Że to o słuchanie chodzi w tworzeniu opowieści. Że opowiadamy i na moment jesteśmy w tym razem – czy to w kręgu przy ognisku, czy to nad słowami książki.

Nie chcę tworzyć cienkim ołówkiem na delikatnym papierze – może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę wprawiać w ruch żywe serce.

*** 

Po drodze było jeszcze parę innych, szalonych okazji. Do Krakowa pojechałam na letnią sesję fotograficzną z nieziemską Karoliną Pszczołą, która potrafi to, co niewypowiedziane, zaklinać na zdjęciach. Przeżyłam najlepsze, trzydniowe niemalże wesele mojej własnej siostry. A potem wróciłam do domu, do spokojnych pieleszy i cóż…

Pisałam znowu.

Prawda o mnie jest taka, że mam w sobie dwie części i każda jest dobrze rozwinięta. Jedna to ta od metafor, od wyobraźni, może nawet od poezji. Ta, która tworzy światy i wzruszające obrazy. A druga – hmm, ta druga wyżywa się totalnie na limitach znaków i formułach w Excelu.

No i w lipcu, moi drodzy, zrobiła mi się synergia. 

Na tapecie mam nadal drugi tom powieści o przygodach szczurołapa. Kończę tę historię, ale ona zupełnie jest z gatunku tych, które muszą poleżeć, by głowa odwdzięczyła się efektownym konceptem. Do głowy przyszedł mi nowy pomysł – taki letni, taki szalony, taki w sam raz do pisania na balkonie. A ponieważ czerwiec i lipiec to jest totalnie mój prime time w skali roku, porwałam się na szalone założenie.

Skoro wołają mnie oba pomysły, to czemu ich obu nie pisać?

To brzmi oczywiście jak początek chaosu, dwa nieskończone projekty i równie nieskończona depresja autorki. Ale od czego mamy formuły? Od czego mamy Excele?

W efekcie drugi tom przygód szczurołapa powstaje w weekendy. Tam nie dam rady wskakiwać na chwilę. Muszę pilnować, czy zasady magii stykają, czy z Mosy nie zrobiłam blondyna, a z władającej ogniem Animede – nieśmiałej kokietki. Jak wchodzę do Veiry, to wchodzę na całe popołudnie – a wychodzę z wypiekami na policzkach, bo strasznie mnie kręci to, gdzie zmierza ta historia.

A drugą historię piszę sobie w tygodniu.

Druga historia to powieść o Anielce. Anielka jest wiedźmą, ale ma baaaardzo specyficzną dziedzinę. Ma także kota, który kocha Harleye. Ma sąsiada, który pisze horrory i rzuca jej czasem czaszkę pod nogi. A pewnego dnia na jej drodze staje dziwna, niepokojąco nagląca misja.

Do powieści o Anielce podeszłam zupełnie inaczej. Tam nie mam świata, który tworzyłam od dzieciństwa, nie mam zasad pradawnej magii – jej rzeczywistość jest inna. 

I z nią pracuję inaczej niż z Veirą.

Przy Anielce założyłam sobie, że w każdy dzień roboczy piszę do niej 10 000 znaków. 5 dni roboczych daje 50 000, w 7 tygodni powinnam uzbierać 350 000.

I wiesz co?

Właśnie zaczęłam trzeci tydzień.

Wyobrażam sobie teraz, że jeśli jest gdzieś Bóg Natchnionych Weną Poetów to właśnie spada z firnamentu i ryje bladym liczkiem w czarną ziemię. Ale ja odkryłam, że mi paradoksalną wolność dają te wyliczenia. Wiem, co muszę zrobić. Wiem, ile muszę zrobić. Moja wyobraźnia ściska się z limitem. Przy Anielce moje granice stają się fundamentem, od którego mogę się odbijać.

Piszę o tym dlatego, bo totalnie się jaram. Dwa różne tematy, dwie różne metody pracy – to takie proste. Mnóstwo frajdy sprawia mi takie poznawanie siebie, takie tropienie dróg swojego mózgu i tego, jak mogę to przekładać na działania.

Dlatego też o tym wspominam w tej notce.

Może akurat moje poszukiwania zainspirują do szukania w sobie Ciebie?

*** 

A zatem – powieściowy lipiec! Proszę trzymać kciuki za szczurołapa Mosę, bo biedak nie ma ze mną łatwo zupełnie. Proszę trzymać kciuki za Anielkę, bo ona chyba jeszcze nie wie, na czyją klawiaturę wpakowało ją życie.

Ja zaś zaszywam się w pisaniu i będę meldować, co z tego dalej wyjdzie.

Wyjść z zaszycia planuję w sierpniu. Jeśli będziesz przejazdem w Radomiu 19 sierpnia, to zajrzyj na Ogólnopolski Festiwal Opowieści. W sobotę będę tam opowiadać baśń i czuję, że będzie pociesznie. Niech za najlepszą zapowiedź wystarczy fakt, że baśń będzie o migrenie, bólu pleców i śmierci.

Trochę czekam na moment, kiedy znów zajmę miejsce wśród ludzi, kiedy znów popłynie opowieść – i moja, i inne. Kiedy znów będziemy mogli razem ją przeżywać.

A tymczasem – będę Ci słać pozdrowienia z balkonu.

Ze światów i opowieści, które teraz właśnie tworzę.

*** 

Dlatego nie czuję zupełnie elitaryzmu i wysokich ambicji.

Ja po prostu chcę opowiadać chwytające za serce historie. 

Marzę o tym, by nie były delikatnym szkicem. Nie muszą być ambitną prozą. Nie chcę, by stały się zimnym, zamkniętym dla trzech osób eksperymentem.

Marzę o tym, by były żywe.

By wprawiały w ruch żywe serca.

O baśniach, pociągach i burzach przedwiośnia

Od stycznia robię we wtorki szaloną rzecz, by spotkać baśnie.

Wsiadam o piątej rano w pociąg. Jadę z Białegostoku do Warszawy, ale tak naprawdę – dosypiam, kończę te sny, które musiałam przerywać o trzeciej nad ranem. Z Dworca Centralnego wsiadam w autobus – jadę do warszawskiego biura mojej firmy. Tam pracuję osiem godzin, potem idę na kolejny autobus, śmigam na drugą stronę Warszawy i jestem.

Wtorkowe wieczory spędzam na kursie opowiadania historii na żywo. Nie planowałam tego zupełnie, choć zgrało się idealnie z moim najnowszym projektem. Po prostu znalazłam informację, a może to informacja znalazła mnie, i tak już tam sobie jestem.

I wiecie co?

Choćbym nie wiem, jak zmęczona była, choćby dopadła mnie Migrena Tygodnia albo Zmęczenie Miesiąca, to jednak zawsze wracam z warsztatów postawiona na nogi. Zawsze przebieram nogami w powrotnym autobusie. Pracujemy z opowieściami. Uczymy się opowiadać baśnie tak, by wyciągać najważniejsze sensy. By tworzyć światy – tu i teraz, w tej jednej przestrzeni, z tymi ludźmi, którzy akurat są tam teraz z nami. Nie piszemy długopisem czy piórem – piszemy całymi sobą. Piszemy głosami, gestami, ruchami. Wrażliwością. Obserwacją. Tym, co widzimy w innych ludziach. Snujemy wątki opowieści, łapiąc reakcje słuchaczy.

Zbliżamy się do sedna opowiadania opowieści.

Do tych momentów, kiedy razem możemy być w kręgu i przekazywać sobie ważne rzeczy. Bawić się, bać się, przeżywać rozterki. Być obok siebie – całym ciałem, sercem, umysłem i wrażliwością.

I to jest dopiero kosmos.

***

Mam wrażenie, że działa to trochę tak, jak te wodne kręgi.

Zmieniona w jednej sferze, zmieniam się w innych.

Cykliczność roku wjechała w moje życie na pełnej.

W pandemii przeżywałam to jeszcze po omacku.

W tym roku już wiem, że listopad i grudzień to jest czas na mentalne spanko. Nie ma sensu silić się na nic więcej, cała natura śpi i tu warto pójść za przykładem większości. Tylko człowiek ma tak nawalone pod sufitem, że chciałby zapieprzać do nieskończoności.

Przedwiośnie to czas wychodzenia spod mentalnej kołdry. Niby jeszcze deszczośnieg pada, ale już mniej boli wstawanie o szóstej. Niby jeszcze szaro, ale pomysły już się kłębią w tych szarościach. Jak żywioły szaleją za oknem, jak śnieg przeplata się z deszczem, by zaraz stać się słońcem, tak i we mnie wszystko szaleje – poleci i upadnie, wzbije się i rozbije, jest bardzo dobrze i bardzo źle jednocześnie. Gdy to się skończy, przyjdzie czas na wiosnę – na pełną pracę, na wiosenną krzątaninę, działanie i porządki. Na tworzenie nowego i odradzanie się z ciemności.

Lato to czas na siedzenie w krzakach, na chłonięcie zachodów słońca, szumu rzek i czarów zieleni. Ale też – czas na wymyślanie najodważniejszych pomysłów, bo ja nigdy nie jestem taka dzielna jak wtedy, gdy słońce mocno świeci.

A potem – jeszcze parę miesięcy pracy na jesień i znów hops, lecimy pod kołderkę. Z tym wszystkim, co przyszło do głowy gdzieś między letnimi krzakami, barwami i zapachami.

No kosmos to jest, nie życie.

I tak, jak kiedyś kupowałam dziesięciopaki piwa w promocji, tak teraz czaję się na dziesięciopaki bratków na balkon. A moje tworzenie zbliża się do tworzenia natury. Nie ma napieprzania każdego dnia. Za wszelką cenę. Bez myśli o skutkach. Jest planowanie – czas wymyślania, czas pisania, czas cięć. Czas mentalnego spanka, albo ten magiczny czas, kiedy „tekst musi poleżeć”.

I spokojna droga do tego, by stawać się opowiadaczką.

Stworzycielką światów, zbudowanych na odbiciach serca.

***

Lubię te momenty, kiedy inni ludzie czytają moje teksty przed publikacją. Kiedy je sprawdzają, kiedy są czytelnikami beta. Ja sama czasem także bywam betą, ale gdy mnie o to poprosicie, nie liczcie, że będziemy się biczować przy złym wyborze przymiotnika albo przy literówkach.

Ja zupełnie nie tak to widzę.

Nie mówmy o tym, jakie literówki są w tekście. Powiedz mi przede wszystkim, w jakich momentach chciało ci się płakać. W jakich momentach nie mogłaś powstrzymać się od śmiechu.

Jakie słowa wracają do ciebie po nieprzespanej nocy.

Najpierw zajmijmy się sercem, a nie logiką.

Jest taka część pisarskiej mnie, która kocha wykresy. Jakkolwiek teraz możecie widzieć w oczach wyobraźni pisarskiego hipisa, to ja nie do końca taka jestem. Poza kreatywnym hipisem jest we mnie światotwórcza księgowa, która wytyka mi wszystkie błędy i nieścisłości – tak bardzo, że raczej utnę z tekstu za dużo, niż za dużo pozostawię (tu ślę pozdrowienia dla Adzik, która pomogła mi namierzyć to babsko).

Ale gdy przychodzi do najważniejszych momentów, to jednak twórcza księgowość ustępuje miejsca emocjonalności.

Bo przecież z emocji tworzymy opowieści.

***

Z emocji też zrodził się projekt, nad którym teraz pracuję.

“Baśnie o Przemianach” to 7 magicznych historii o kobietach, które musiały uporać się ze zmianą

Spotkacie tam Kartografkę, którą mapy zawodzą. Łowczynię, która odkrywa, że poluje sama na siebie. Zbrojmistrzynię, która traci swój oręż. Zajrzycie do warsztatu Stworzycielki Światów i przekonacie się, co rodzi się, gdy spotka się Początek i Koniec.

To historie, które tworzyłam, by uporać się z kryzysem, który mnie dopadł. By samej sobie opowiedzieć o tym, że mogę dać radę, że pewne procesy są w porządku, a zmiana budzi strach, ale może przynieść coś dobrego. Teraz już to wiem, ale gdy to przeżywałam, bardzo potrzebowałam sama sobie o tym powiedzieć. A teraz mogę też mówić o tym dla Was.

A do tego – przygotowałam też workbook “Baśnie o Przemianach”, w którym znajdziecie ilustracje z e-booka w wersji do samodzielnego kolorowania i 21 pytań do samodzielnej refleksji. Dzięki temu sami będziecie mogli poszukać swoich zbroi, odkrywać ogrody swoich myśli czy też odnaleźć mapy swojej codzienności – w pytaniach bowiem zawarłam metafory i symbole, na których opierają się “Baśnie…”

Myślę, że „Baśnie o Przemianach” nie powstałyby, gdybym patrzyła na swoją twórczość jak na literackie wyścigi. Pierwsze opowiadania tworzyłam na Pisalni u Aleks Makulskiej, pierwowzorów słuchały moje ukochane Pisarki podczas naszych środowych wieczorów pisania na żywo. Teraz przy moim projekcie są ze mną moje matronki. Aleks Makulska, która jak nikt potrafi dmuchać w skrzydła. Karolina Sawka, która psychologiczną wiedzę łączy z pisarską wrażliwością. Justyna Luszyńska, która wie, jak nakleić plasterek zarówno na duszę, jak i na strukturę powieści. Kobiety z ekipy Kompasu dla Kobiet, które co kwartał wysyłają niesamowite pismo w świat.

Od samego początku “Baśnie” mają dookoła siebie ludzi, jest społeczność, jest krąg. Do tego kręgu zaproszę Was już 21 marca – bo w ten dzień “Baśnie…” będą miały swoją premierę.

A ja jestem zupełnie onieśmielona, jednocześnie zaś – totalnie mnie to jara.

***

Co będzie dalej? Nie mam pojęcia 😀 Drugi tom powieści o mieście Veira się tworzy. Ja odpoczynku od pisania szukam w ilustracjach, a na lato chodzi mi po głowie kilka bardziej rękodzielniczych pomysłów. To wszystko jest jak małe ziarenka, które mam gdzieś zagrzebane w ziemi swojego serca – już się przebijają przez skorupkę, ale ja mogę się dopiero domyślać, co z tego wyrośnie.

I tego właśnie chciałabym nam wszystkim życzyć – żeby na tę wiosnę wyrosło w nas coś pięknego.

Coś prawdziwego.

Coś, przez co będziemy śmiać się i płakać, będziemy o tym myśleć o czwartej rano po nieprzespanej nocy.

Bo życie jest za krótkie na pozy i ponure kompromisy.



7 małych-wielkich rzeczy, które zrobiłam w 2022 (i 2, które planuję na 2023)

Sylwia Dec

Pierwszy wydany e-book, pierwsza strona, pierwsza ukończona powieść – w roku 2022 sporo się działo. Ale lekcja, jaką z tego wyniosłam, jest bardzo nieoczywista. Zapraszam więc na opowieść o minionym roku, na małe spoilery co do kolejnego roku i na mój ulubiony życiowy wniosek z tych 12 miesięcy.

Rzecz 1: Przetrwałam

Być może jakiś coach sukcesu dostałby zawału na wieść o tym, że coś takiego otwiera moje podsumowanie. Ale pardon, first thing first, dokładnie #takbyło.

W rok 2022 wchodziłam z pochlastanymi nerwami i jednym wielkim znakiem zapytania. Nie wiedziałam, co dalej robić ze sobą w życiu, żeby nie zwariować. Moje pokolenie miało w szkole przysposobienie obronne – ale nikt nie zadbał o to, by zrobić nam przysposobienie psychologiczne i pokazać, jak obchodzić się z samymi sobą. Teraz z faktu zakładania opatrunków pamiętam głównie, że zakładałam je na klatę najprzystojniejszego kolesia w klasie. A przy zakładaniu opatrunków na własne serce okazywało się, że mam dwie lewe ręce.

Ale odrobiłam tę lekcję i oto wuala, jestem obandażowana i odpimpowana jak należy.

Lećmy zatem dalej!

Rzecz 2: Zrobiłam swoją stronę

Na zawsze już będę pamiętała to mieszkanie na Helu z czerwono-żółtą zasłoną, która wydzielała z salonu moją sypialnię. Na Hel przyjechałyśmy z Koleżanką spod Namiotu na pracę zdalną. A po pracy siadałam do innego tematu – do tworzenia własnej internetowej strony. Pisałam teksty, robiłam sobie calle z mężem, gdy kończyły się moje komputerowe umiejętności i tak sobie ją dopieszczałam w nadmorskie, marcowe wieczory.

A potem poszła w eter, nazwana sylwiadec.pl po mamusi. I świat się nie zawalił. Ja nie umarłam na zawał. Wrzuciłam pierwsze teksty i wtedy poczułam, że tak – po to tworzę swoje historie, by je wypuszczać z szuflady pod własnym nazwiskiem.

Ale nie na każdym kanale to było takie oczywiste.

Rzecz 3: Zmieniłam nazwę konta na IG

Z jednej strony jestem człowiekiem-porządkiem, który wszystkie problemy rozwiązuje za pomocą tabel w excelu. Ale jest też we mnie iskra chaosu – taka iskra, która najlepsze pomysły tworzy w kolejce po bułki albo w innych równie absurdalnych miejscach.

No więc, pomysł na zmianę nazwy konta na IG wymyśliłam między drugim a trzecim piętrem swojego własnego bloku. Wymyśliłam go we czwartek. Ponosiłam w serduszku przez weekend i w poniedziałek hops – nowa nazwa wjechała na IG w blasku brokatu i w tańcach jednorożców.

Paradoksalnie bałam się tego bardziej, niż założenia strony. Przy stronie to trzeba znać adres, i trzeba wyszukać, trzeba się troszeczkę natrudzić. A instagram – no halo, tam już nie mam zupełnie kontroli, gdzie trafiam ja i moje teksty.

Ale kiedyś konto @crazy_stories_lady zmieniło nazwę na autorka_sylwia_dec, ja się poczułam tak, jakbym sama ze sobą zbijała piąteczkę. Ileż to można udawać, że nie ja napisałam te wszystkie moje ukochane teksty.

A potem już poszło z górki!

Rzecz 4: Założyłam sklep internetowy i wydałam pierwszego e-booka

To zdecydowanie jest rzecz z gatunku: gdyby ktoś mi o tym powiedział, nie uwierzyłabym. Ale stało się! E-book z przygodami kosmicznego weterynarza Enneriesa powstał, Sklepik z Kosmosami dostał swoją ladę i teraz możecie poznać najbardziej pechowego specjalistę w kosmosie TUTAJ. Do 8 stycznia jest zniżka 30% z hasłem KAKAŁKO – na kosmicznie zabawne wejście w nowy rok.

A ja nadal, jak spotykają mnie ludzie w realu i mówią: ale super, gratuluję wydania książki, to potrzebuję chwili, żeby zorientować się, że to do mnie.

I nadal rumienię się, jak dostaję informacje, że ktoś czytał, że podobało mu się, albo przepłakał ze śmiechu cały wieczór. Tak, ja też przepłakałam ze śmiechu wiele wieczorów, gdy pisałam o przygodach doktora Enneriesa, jesteśmy w tej galaktyce razem.

Rzecz 5: Skończyłam powieść i rozesłałam ją do wydawnictw

Z tego czasu mam jedno motto – gorsze od pisania powieści jest tylko pisanie streszczenia powieści.

Uniwersum miasta Veira zaczęło się od jednego opowiadania siedem lat temu, które miało być szybkie, krótkie i na rozruch po dłuższej przerwie w pisaniu.

No, to się rozruszałam konkretnie!

Szybkie i krótkie opowiadanie rozrosło się w mojej głowie do całego uniwersum i historii, która mieści się w czterech tomach. Za sobą mam teraz setki stron zapisanych draftów do każdego z tomów, mnóstwo exceli i rysunków o konstrukcji świata i duuużo odkryć, które przyniosła mi praca nad historią magicznego miasta.

A przede wszystkim – pierwszy tom w wersji ukończonej i zamkniętej poszybował na poszukiwanie wydawcy!

Więc oficjalnie ogłaszam rok 2023 rokiem trzymania kciuków za to, by „Widmołap z miasta Veira” znalazł swoje miejsce na księgarnianych półkach (i listach bestsellerów :D)

Rzecz 6: Poprowadziłam warsztaty fantastyczne

Rok 2022 nie wyszedłby tak wspaniale, gdyby nie jedna rzecz, którą odkryłam całkiem przypadkiem – moc wsparcia innych pisarek! Nad „Widmołapem” pracowałam na zajęciach w Szkole Pisania Powieści Marii Kuli. Na co dzień jestem częścią Akademii Kreatywnego Pisania u Aleks Makulskiej i najbardziej kreatywnego miejsca w sieci – platformy kreatywnych kobiet Iskra.

I na Iskrze właśnie miałam okazję poprowadzić swoje pierwsze fantastyczne warsztaty.

Jaram się sprawą o tyle, że ja zawsze gdzieś prowadziłam warsztaty – a to w pracy, a to jako wolontariuszka. Ale te iskrowe są mi szczególnie bliskie. Raz, że opowiadałam o czymś, co kocham i co mnie jara. Dwa, że mogłam wziąć pod lupę swoją własną wiedzę i doświadczenia. A trzy, ja tyle pluszu i wsparcia dostałam od swojej twórczej watahy, że z przyjemnością podałam to dobro dalej.

Niech twórcza iskra leci w świat!

(oraz tak, to moment na ogromne DZIĘKUJĘ! dla wszystkich kreatywnych dusz, które sypały we mnie brokatem w tym roku. Jesteście najlepsze <3)

Rzecz 7: Stworzyłam kreatywne wyzwanie

To kolejna rzecz z cyklu: wymyśliłam między jednym piętrem a drugim. Najpierw wpadł mi pomysł na nazwę – #strachopad podbił moje copywriterskie serduszko a potem już poleciałam z górki.

I poszło!

Przez cały listopad pisaliśmy historie grozy (możecie podpatrzeć je TU). A ja byłam urzeczona dwiema rzeczami: tym, jak niesamowicie pojemna jest ludzka wyobraźnia i tym, że mój malutki #strachopad zyskał całkiem szeroki odzew.

Ja nie jestem rekinem pisarskich influencerów ani wielkim potentatem na rynku wydawniczym. Ja po prostu opowiadam Wam historie. Tworzę światy splecione z głębi serca i wyobraźni, buduję ciepły zakątek dla siebie i dla Was z książek, kwiatów, kosmosów (i kitałków, wiadomo).

I bardzo mi się ciepło zrobiło na serduszku, gdy mogłam przez miesiąc kręcić kreatywnym młynkiem, podrzucać kolejne tematy i być wodzirejką instagramowego straszkowania. To super rzecz, poczuć za sobą ludzi i razem w coś fajnego wskoczyć!

Za to dziękuję wszystkim Strachopadziankom bardzo i obiecuję ciskać czasem kreatywnym wyzwaniem.

A kiedy na przykład?

A na przykład już w styczniu!

2 rzeczy, które planuję na rok 2023

W nowy rok wchodzę trochę przeczołgana przez zimę, ale z nowymi pomysłami.

Rzecz 1: Fantastyczeń

Gdybym miała ocenić styczeń w skali 0-10, dałabym mu -5. Nie jest to listopad z liśćmi, mgłami i herbatką. Nie jest to grudzień ze świętami, lampeczkami i dekoracjami. Po dwóch klimatycznych miesiącach przychodzi szara buła – zimno, ciemno i do wiosny daleko.

No więc, w tym roku mnie olśniło i pomyślałam, że rozegramy ten styczeń inaczej.

Zrobimy z niego Fantastyczeń!

Raz w tygodniu na moim instagramie będę podrzucała dla Was temat na króciutki, osadzony w fantastyce tekst. Nie zdradzam tematów, bo nie godzi się z takim spoilerem do ludzi iść – ale będzie baśniowo, kolorowo i fantastycznie. Albo groźnie, emocjonująco i fantastycznie – tak, jak Was wyobraźnia poprowadzi.

Spędźmy ten miesiąc razem na rozpędzaniu naszej fantazji ❤️

Pierwszy temacik wlatuje już w tym tygodniu!

Rzecz 2: Nowy e-book

Rok 2022 to był czas, kiedy musiałam odpowiedzieć sobie na setki pytań i rozkminek. Odkryłam wtedy też, że na te najtrudniejsze pytania czasem najłatwiej sobie odpowiedzieć tekstem czy rysunkiem – że łatwiej jest wyłapać pewne emocje, strachy, potrzeby z ołówkiem czy piórem w ręku.

A odpowiedź na najważniejsze pytania przychodzi sama, gdy zamyka się te pytania w historiach.

I tak właśnie powstały opowieści z cyklu „Baśnie o Przemianach” – historie pokazujące kobiece bohaterki, ich moce i ich transformację.

Jedną z nich możecie poznać tutaj.

Drugą z nich poznacie w nowym numerze magazynu Kompas dla Kobiet – „Baśń o Kolekcjonerce Luster” będzie można przeczytać już 6 stycznia.

A cały e-book powstaje już powoli i mocno liczę, że na wiosnę zaproszę Was do świata ważnych pytań i jeszcze ważniejszych odpowiedzi.

Czy to wszystko?

Oczywiście, że nie wszystko! Drugi tom powieści się pisze. Doktor Enneries też powraca do mnie z dalszym ciągiem opowieści, więc kolejny e-book też jest w planach. A poza tym – nigdy nie wiem, na co wpadnę przypadkiem, każdego dnia chodzę przecież między drugim a trzecim piętrem.

Wciąż mam gdzieś w szufladzie superprecyzyjny plan działania, który rozpisałam sobie na rok 2020 – plan, który stracił ważność w lutym, gdy rozbuchała się pandemia. Więc od tej pory na swoją listę planów wrzucam zawsze punkt „przygotuj się na to, że na coś nie będziesz przygotowana”. A zamiast sztywnych oczekiwań, pompowania celów i osobistych rozliczeń wybieram elastyczność.

Ten rok pokazał mi też, ile niesamowitości wnosi w życie odpoczynek, zatrzymanie się i… nuda. To z niej czasami biorą się najlepsze, nietuzinkowe pomysły.

Dzięki tej lekcji mogłam ogarnąć wszystkie niesamowite rzeczy w tym roku – i tę lekcję zabieram ze sobą na kolejny rok.

Trzymajcie za mnie kciuki ❤️

O tym, jak stanęłam za ladą Sklepiku z Kosmosami

E-book i inne cuda

Mam takie zdjęcie w telefonie, które zawsze będzie mi przypominało czas, gdy powstawał mój pierwszy e-book. Na tym zdjęciu mam krótkie spodnie, bluzę w kwiaty i obłęd w oczach. Siedzę na swojej kanapie, w jednym ręku trzymam kawałek pizzy, w drugiej – złoty kubek, który kryje w sobie wino.

Zdjęcie robi mój mąż – jedną ręką, bo w drugiej także lawiruje z pizzą.

Czy to fotka z imprezy? Czy to fotka z kacowego poranka?

Ależ skąd!

Tą fotkę można by nazwać: jak naprawdę wyglądają pisarze po pracy.

Zrobiłam ją 37 minut po odpaleniu Sklepiku z Kosmosami.

***

Lata prowadzenia warsztatów nauczyły mnie, by na swojej liście Rzeczy Do Przygotowania się przed jakimkolwiek występem czy szkoleniem dodawać zawsze jeden, uniwersalny punkt.

Przygotuj się na to, że do czegoś na pewno nie zdołałaś się przygotować.

Wychowała mnie w tym myśleniu głównie technologia, która zawsze potrafiła zaskoczyć gorzkim zawodem. A to rzutniki nie działały, a to monitory miały nie te, co trzeba wejścia, a to ordynarnie nie działała drukarka i figa z drukowania materiałów. Nauczona zatem doświadczeniem spodziewałam się jakiejś spektakularnej klapy w przypadku Sklepiku. Mój wewnętrzny krytyk łapał oczywiście wiatr w żagle i krakał – a po co ci to, a na co ci to, a źle ci było w tej szufladzie, że tak nagle do ludzi i to od razu na bogato, że jakiś e-book?

Ale ja już zdążyłam poznać się na jego krakaniach.

On kracze, a moja pocieszna karawana jedzie dalej.

I tak 19 października odpaliłam swój własny Sklepik z Kosmosami.

***

Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałabym, że to nic takiego. Że miałam szczęście, nieee, wcale się nie napracowałam, to takie proste. Że udało mi się.

Ale coraz częściej mnie gryzie, ile wspaniałych rzeczy chowamy pod płaszczykiem wymuszonej skromności. Jak mało łaskawie patrzymy na siebie. Męczy mnie krygowanie się, zamykanie oczu na swoje dobre strony, krycie się przed swoimi własnymi sukcesami. Nie rozumiem, co złego jest w chwaleniu siebie, gdy robi się dobrze, na złoto i z brokatem. Robimy litanię z własnych porażek, modlitwy układamy z własnych niepowodzeń, ołtarze stawiamy tym najbardziej spektakularnym fakapom i rozpamiętujemy je jak legendy o stworzeniu świata.

A gdy coś nam wyjdzie?

Eeee, udało mi się.

No więc, Sklepik mi się nie udał. Sklepik otworzyłam z przytupem, zmajstrowaliśmy go we dwójkę z moim mężem, przedarliśmy się przez zapory biurokracji, regulaminów, informatyki i promocji. Mało tego, nauczyliśmy się lepszej pracy zespołowej i podskoczyliśmy kilka oczek wyżej w komunikacji i ogarnianiu przypałów. Zwłaszcza w ogarnianiu przypałów.

Przypomnieliśmy sobie, jak dobrze jest się różnić i jak to super, gdy jedno rozumie subtelną mowę plemienia prawników i księgowych, a drugie potrafi wymyślić wideo z krokodylem, który przegryza wstęgę (JEST TUTAJ). Być może jest gdzieś alternatywna rzeczywistość, w której wszystko trzeba jak najlepiej i samemu. Ale ja o wiele lepiej się czuję tam, gdzie można się dzielić swoimi najmocniejszymi stronami. My się dzieliliśmy i było to ekscytujące doświadczenie.

I w efekcie…  Sklepik jest! A razem z nim rozwijają się kolejne plany, bo dużo historii tłoczy się w mojej szufladzie.

W Sklepiku zaś na razie czeka na Was jedna – e-book „Za Siedmioma Światami”, zbiór opowiadań o kosmicznym weterynarzu i jego galaktycznych perypetiach (o, tutaj).

Gdy e-book poleciał w świat 19 października, zrozumiałam dokładnie, co czują pączki na Tłusty Czwartek, oblewane słodziutkim, kolorowym lukrem. Dostałam mnóstwo ciepłych słów, miłych wiadomości, pogodnych gratulacji. I wiecie co?

To jest świat, w którym chciałabym żyć.

Świat, w którym dzielimy się dobrymi słowami, chwalimy ludzi za ich sukcesy, a to chwalenie zaczynamy od chwalenia… siebie.

***

We środę Sklepik stawiał pierwsze kroki, e-book krążył, a w piątek ja już ruszałam w drogę. Pierwsze jesienne mgły i szarości powitałam na warsztatach w Villi Podlachia z Aleks Makulską i dziewczynami z Pisalni.

Strasznie lubię to wrażenie, kiedy wchodzi się do zupełnie nieznanej kuchni, widzi się kobiety – niektóre pierwszy raz na żywo, inne może drugi lub trzeci – a jednak od razu można poczuć się jak w domu. W takiej domowej atmosferze spędziłyśmy weekend, pisałyśmy i gadałyśmy o życiu, grałyśmy w kalambury i nawet strzeliłyśmy profesjonalną Witch Party (jak bardzo profesjonalną, to możecie zobaczyć TUTAJ), a ja wróciłam do domu z poczuciem, że jak to tylko dwa dni, jak ja bym mogła tak siedzieć i dwadzieścia.

A kolejne jesienne mgły i szarości witałam na kolejnych warsztatach – na spotkaniu z improwizacją teatralną dla pisarek, które poprowadziła Chela Mydas.

Wyjechałam z nich jak mała kuleczka energii. Po dwóch dniach ćwiczeń, zadań, rozkmin nie padałam na pysk – wręcz przeciwnie. Piszę już od wielu lat i dużo wiem o pisaniu. Ale strasznie kocham te momenty, gdy mogę spojrzeć na pisanie z innej strony i mówić o nim innym językiem. 

Miałam ciarki, gdy zaczęłam rysować scenki ze swoich tekstów i powieści. I tak samo poczułam się na warsztatach z impro, gdy grałyśmy scenki o naszych bohaterach. Jaka to była magia – już nie szukać słów, już nie obrazów, tylko faktycznych gestów i odruchowych słów. Łapać to, co postać zrobi tu i teraz, a nie w mojej głowie. Iść za głosem ruchu, za głosem ciała, czuć to, co moja postać mogłaby poczuć faktycznie. Może cały czas stoi i zakłada ręce, ale bolą ją od tego plecy? Może niepotrzebnie wzrusza tak często ramionami, bo nikt w życiu by tak nie wzruszał? Jedna rzecz, to o tym myśleć, a inna rzecz – to czuć na własnym ciele.

fot. Chela Mydas

Wróciłam z warsztatów z poczuciem, że zakochałam się w pisaniu na nowo, że chcę więcej i bardziej, że chcę na własnej skórze czuć tworzone światy.

A przede wszystkim: skopałam tam tyłek dla mojego wewnętrznego krytyka.

*** 

Dużo mówiłyśmy na warsztatach o zabawie. O odłączaniu tego głosu, który przychodzi razem z wymyślonym pomysłem. Czy to wyjdzie dobrze? Czy to będzie właściwe? A może to jednak jakiś szajs, ja przecież nie mam kompetencji, ja nie umiem, ostatni raz to robiłam w podstawówce.

A może tak… chrzanić kompetencje i podstawówkę?

To chyba najcenniejsza rzecz, którą wyniosłam z tego spotkania z improwizacją – że mogę ,postawić na działanie zamiast wsłuchiwać się w głos wewnętrznego krytyka. Zacząć działać bez oczekiwań i wymagań, pozwolić pracować głowie, sercu, ciału, kreatywności – a efekt sam nagle przejdzie moje oczekiwania. Bo jednak ta głowa, serce, ciało, kreatywność pracują całkiem nieźle, mają się zupełnie dobrze, tylko my im przeszkadzamy, bełkocząc jakieś pytania i pieprząc samym sobie w głowie o kompetencjach i podstawówce.

No więc, pomyślałam sobie – dość tego przeszkadzania.

*** 

Na miękko wjechałam w listopad z tą myślą. Godzę się z tym, że szaro, że czasem trzeba dłużej pospać, czasem boli głowa, a czasem – nie pomaga nawet te reklamowane osiem godzin snu.

Na listopad nic nie pomaga.

Trzeba go po prostu przetrwać. Przetoczyć się w mgłach, deszczach i szarościach. Czasem to ma swój urok. Czasem ma swoje przekleństwo. Ale i tak z żadnym nic nie zrobię, więc z emocjonalnością psa labradora skupiam się na urokach.

Odrzuciłam też rozterki i niepewnostki. Chęć krakania sobie samej do ucha opadła ze mnie jak jesienne liście. Utopiłam ją gdzieś we mgłach i szarościach.

Po prostu piszę.

E-book jest w świecie, a ja zabrałam się za drugi tom powieści o mieście V. i jaram się historią, emocjami bohaterów, budowaniem świata. Narysuję coś czasem, pomiącham kota, jak skończę zawodową pracę. Na instagramie robimy sobie #strachopad (tu zobaczysz, co to) i cała się ostatnio staję opowieścią.

Zmieniłam całkiem mocno swój świat zewnętrzny ostatnio.

Pora zatopić się w tych wewnętrznych rzeczywistościach.