O powieściach, podróżach i plikach Excela

powieści Sylwii Dec

Ostatnio pomyślałam sobie, że nudzi mnie elitaryzowanie sztuki i pisania.

To gadanie o ambitnej prozie. To przyklejanie łatek prostego czytadełka dla książek, które pobudzają emocje tysięcy ludzi i łatek wielkiego dzieła dla tych, które pobudzają trzech krytyków. To ocenianie tego, kto czyta i co czyta – z założeniem, że jeśli sięgasz ku tej konkretnej półce w księgarni to na pewno jesteś tym konkretnym człowiekiem.

Jakby okładki książek były pytaniami w tanim psychoteście.

A w te lato to znudzenie uderza mnie coraz bardziej.

To lato jest momentem, gdy pisanie i tworzenie czuję nie w ideach, tylko w materii.

Nie chcę rysować cienkim ołówkiem na delikatnym papierze. Może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę patrzeć, jak żywa krew przelewa się przez żywe mięśnie.

Chcę tworzyć historie, które wprawiają w ruch prawdziwe serce. 

*** 

W maju i w czerwcu zamieszkałam w pociągu. Nie kłamię, nie ściemniam. Jeden bilet kupowałam za resztę z poprzedniego i rozpoznawałam już konduktorów na linii Białystok-Warszawa.

Tournee rozpoczęłam w maju od wizyty na Roztoczu. Pod wodzą Pauliny Grzybowskiej pisałyśmy i malowałyśmy, tropiłyśmy leśne, roztoczańskie tajemnice. Wywiozłam stamtąd mnóstwo pięknych wspomnień i ciepłych słów, calutki zapisany sztambuszek i przekonanie, że zaszycie się w leśnej głuszy powinno być raz na jakiś czas przepisywane na receptę.

Na przełomie maja i czerwca także zalegałam w okolicy krzaka. Raz w tygodniu odwiedzałam warszawski Jazdów i warsztaty opowieści prowadzone przez Grupę 501. W małych fińskich domkach wśród wielkich drzew i pachnących krzewów tworzyliśmy swoje historie, budowaliśmy różne światy i uczyliśmy się, jak robić to jeszcze lepiej. A na koniec zaprosiliśmy gości i opowiedzieliśmy swoje historie na malutkiej, zaimprowizowanej scenie. Na tej scenie ja zostawiłam kawałek swojego serduszka, bo tam – mając przed sobą zasłuchanych ludzi – poczułam, że chcę iść w tym kierunku, że chcę opowiadać tak, by poruszać ludzi, by coś zostawiać w ich światach i sercach.

A potem jazda była jeszcze lepsza.

*** 

Czerwiec to Irlandia, Waterford u Adzika. Razem z Beatą zalęgłyśmy w adzikowym salonie. Za dnia buszowałyśmy w charity shopach, popołudniami schodziłyśmy na pisanie do kawiarni, a wieczorami lęgłyśmy się w domu, krążyłyśmy po kątach, pisałyśmy, czytałyśmy sobie to, co piszemy i gadałyśmy o wszystkich możliwych światach. W zeszłym roku to u Adzika właśnie kończyłam powieść o mieście Veira i o szczurołapie Mosie – w małej knajpce na wzgórzu, z widokiem na ocean, pisałam najbardziej emocjonujące fragmenty. 

W tym roku z Waterford przywiozłam kilkadziesiąt stron drugiego tomu przygód szczurołapa Mosy, które zaskoczyły nawet mnie jako ich autorkę. Do tego doszło kilka bibelotów z charity shopów, kilka ubrań i całe morze – emocji, inspiracji, pomysłów. Będę długo pamiętała nasze czytania, nasze rozmowy, ten moment, kiedy teksty z myśli wiły się w rzeczywistość, w namacalną opowieść, którą żywy człowiek tuż obok czyta.

A prosto z jednego końca Europy pognałam na drugi koniec – na Krąg Kobiet w podlaskiej Białowieży, organizowany przez Centrum Terapii Leśnej.

Tam z zupełnie nieznajomymi kobietami odkrywałyśmy działanie leśnych kąpieli, poznawałyśmy puszczę, gadałyśmy o życiu, o pasjach i o tym, o czym można gadać, mając prastary las za sąsiada. Jednego wieczora usiadłyśmy przy ognisku i słuchałyśmy świętojańskich opowieści. A drugiego wieczora przy ogniu dzieliłyśmy się swoimi historiami i druga połowa mojego serduszka ewidentnie została wśród płomieni. Gdy jeszcze było jasno, przeczytałam jedną z “Baśni o Przemianach” – na głos, wśród słuchaczek, zerkając na reakcje i zasłuchane twarze. A na dobranoc, gdy już kończyliśmy ognisko, opowiedziałam baśń, którą także opowiadałam na jazdowskiej scenie – araukaryjską legendę o dziewczynie z czaszką zamiast twarzy.

Opowiedziałam ją zupełnie inaczej, niż w Jazdowie – nie miałam światła, nie miałam sceny, nie było mnie prawie widać. Ale miałam ogień, miałam gwiazdy, prastary las – tak, jak w legendzie – rósł dookoła.

No i co tu dużo mówić – popłynęłam.

Mówię tak, bo dokładnie tak to czułam. Jakby ktoś zabrał z mojej głowy wewnętrznego krytyka, pieprzenie o tym, że to nie ma sensu, że to niepoważne, że to sama nędza. Nagle zrobiłam się tylko ja i słuchaczki, tylko ja i świat, kosmos dookoła, a w jego sercu – opowieść. Wchłonęły mnie rytmy, wchłonęły mnie intonacje, wchłonęło mnie rysowanie obrazów – a kiedy wreszcie noc się skończyła, ja długo nie mogłam zasnąć.

Wtedy zrozumiałam, że tak, jak opowiadam, tak też chcę i pisać. Że to o słuchanie chodzi w tworzeniu opowieści. Że opowiadamy i na moment jesteśmy w tym razem – czy to w kręgu przy ognisku, czy to nad słowami książki.

Nie chcę tworzyć cienkim ołówkiem na delikatnym papierze – może słodkie serduszko, może eleganckie serduszko, a może takie industrialne, takie o ostrych kątach?

Chcę wprawiać w ruch żywe serce.

*** 

Po drodze było jeszcze parę innych, szalonych okazji. Do Krakowa pojechałam na letnią sesję fotograficzną z nieziemską Karoliną Pszczołą, która potrafi to, co niewypowiedziane, zaklinać na zdjęciach. Przeżyłam najlepsze, trzydniowe niemalże wesele mojej własnej siostry. A potem wróciłam do domu, do spokojnych pieleszy i cóż…

Pisałam znowu.

Prawda o mnie jest taka, że mam w sobie dwie części i każda jest dobrze rozwinięta. Jedna to ta od metafor, od wyobraźni, może nawet od poezji. Ta, która tworzy światy i wzruszające obrazy. A druga – hmm, ta druga wyżywa się totalnie na limitach znaków i formułach w Excelu.

No i w lipcu, moi drodzy, zrobiła mi się synergia. 

Na tapecie mam nadal drugi tom powieści o przygodach szczurołapa. Kończę tę historię, ale ona zupełnie jest z gatunku tych, które muszą poleżeć, by głowa odwdzięczyła się efektownym konceptem. Do głowy przyszedł mi nowy pomysł – taki letni, taki szalony, taki w sam raz do pisania na balkonie. A ponieważ czerwiec i lipiec to jest totalnie mój prime time w skali roku, porwałam się na szalone założenie.

Skoro wołają mnie oba pomysły, to czemu ich obu nie pisać?

To brzmi oczywiście jak początek chaosu, dwa nieskończone projekty i równie nieskończona depresja autorki. Ale od czego mamy formuły? Od czego mamy Excele?

W efekcie drugi tom przygód szczurołapa powstaje w weekendy. Tam nie dam rady wskakiwać na chwilę. Muszę pilnować, czy zasady magii stykają, czy z Mosy nie zrobiłam blondyna, a z władającej ogniem Animede – nieśmiałej kokietki. Jak wchodzę do Veiry, to wchodzę na całe popołudnie – a wychodzę z wypiekami na policzkach, bo strasznie mnie kręci to, gdzie zmierza ta historia.

A drugą historię piszę sobie w tygodniu.

Druga historia to powieść o Anielce. Anielka jest wiedźmą, ale ma baaaardzo specyficzną dziedzinę. Ma także kota, który kocha Harleye. Ma sąsiada, który pisze horrory i rzuca jej czasem czaszkę pod nogi. A pewnego dnia na jej drodze staje dziwna, niepokojąco nagląca misja.

Do powieści o Anielce podeszłam zupełnie inaczej. Tam nie mam świata, który tworzyłam od dzieciństwa, nie mam zasad pradawnej magii – jej rzeczywistość jest inna. 

I z nią pracuję inaczej niż z Veirą.

Przy Anielce założyłam sobie, że w każdy dzień roboczy piszę do niej 10 000 znaków. 5 dni roboczych daje 50 000, w 7 tygodni powinnam uzbierać 350 000.

I wiesz co?

Właśnie zaczęłam trzeci tydzień.

Wyobrażam sobie teraz, że jeśli jest gdzieś Bóg Natchnionych Weną Poetów to właśnie spada z firnamentu i ryje bladym liczkiem w czarną ziemię. Ale ja odkryłam, że mi paradoksalną wolność dają te wyliczenia. Wiem, co muszę zrobić. Wiem, ile muszę zrobić. Moja wyobraźnia ściska się z limitem. Przy Anielce moje granice stają się fundamentem, od którego mogę się odbijać.

Piszę o tym dlatego, bo totalnie się jaram. Dwa różne tematy, dwie różne metody pracy – to takie proste. Mnóstwo frajdy sprawia mi takie poznawanie siebie, takie tropienie dróg swojego mózgu i tego, jak mogę to przekładać na działania.

Dlatego też o tym wspominam w tej notce.

Może akurat moje poszukiwania zainspirują do szukania w sobie Ciebie?

*** 

A zatem – powieściowy lipiec! Proszę trzymać kciuki za szczurołapa Mosę, bo biedak nie ma ze mną łatwo zupełnie. Proszę trzymać kciuki za Anielkę, bo ona chyba jeszcze nie wie, na czyją klawiaturę wpakowało ją życie.

Ja zaś zaszywam się w pisaniu i będę meldować, co z tego dalej wyjdzie.

Wyjść z zaszycia planuję w sierpniu. Jeśli będziesz przejazdem w Radomiu 19 sierpnia, to zajrzyj na Ogólnopolski Festiwal Opowieści. W sobotę będę tam opowiadać baśń i czuję, że będzie pociesznie. Niech za najlepszą zapowiedź wystarczy fakt, że baśń będzie o migrenie, bólu pleców i śmierci.

Trochę czekam na moment, kiedy znów zajmę miejsce wśród ludzi, kiedy znów popłynie opowieść – i moja, i inne. Kiedy znów będziemy mogli razem ją przeżywać.

A tymczasem – będę Ci słać pozdrowienia z balkonu.

Ze światów i opowieści, które teraz właśnie tworzę.

*** 

Dlatego nie czuję zupełnie elitaryzmu i wysokich ambicji.

Ja po prostu chcę opowiadać chwytające za serce historie. 

Marzę o tym, by nie były delikatnym szkicem. Nie muszą być ambitną prozą. Nie chcę, by stały się zimnym, zamkniętym dla trzech osób eksperymentem.

Marzę o tym, by były żywe.

By wprawiały w ruch żywe serca.

Kochanica Mgieł

Kochanica Mgieł wyrosła na granicy mojego świata bez najmniejszego ostrzeżenia. Pojawiła się któregoś dnia – albo któregoś dnia po prostu ją zauważyłem – ale już następnego ranka, gdy spojrzałem na lekką koronkę jej kształtów, poczułem się tak, jakby miejsce na nią od zawsze tu było.

Ale czy to możliwe, by żywy duch tkwił w czymś, co wyrasta z martwej ziemi?

***

Zawiśniesz, Mosa, mówili wtedy w moim mieście wszyscy, którzy mnie spotykali. O moim stryczku gadały baby na targach i mieszczanie w oberżach, rzemieślnicy w warsztatach i altarystki w nawach Kawerny. Będziesz wisiał, kręcił głową mój szczery przyjaciel Agarion i wyjątkowo żaden przepis miejskiego prawa nie przychodził mu do głowy, choć Agarion miał dyplomatyczny łeb do prawnych kruczków. Będziesz wisiał, mruczała moja szczera przyjaciółka Animede, a w jej oczach błyszczał wtedy ogień, taki sam, który tańczył na jej rękach, gdy wzywała swoją moc magii. Będziesz wisiał, mamrotał jej kochanek, Anneir Esster, a jemu to ja się kłaniałem i mruczałem dwornie: byleby by razem z tobą, bo strasznie się żeśmy z tym bucem nie lubili.

A potem po mnie przyszli.

Czułem już w kościach, że to tak się skończy, gdy pewnego deszczowego popołudnia pełniłem swoją posługę. Wezwali mnie rano bez ostrzeżenia. Kazali mi grać moje pieśni i moje melodie, a kiedy szczury wylazły ze wszystkich kątów – otępiałe, uśpione, z czarnym koralikami oczu zalanymi dziwną rozkoszą – po szuraniu ich nagich ogonów i chrobocie ich pazurzastych łapek rozległy się mniej subtelne hałasy buciorów strażników.

Ja byłem szczurołapem miasta Veira. Ostatnim stworzeniem swojej profesji, które potrafiło rytm życia zaklinać rytmem muzyki.

A jaśnie książę mojego miasta był pierwszym stworzeniem swojej profesji, które magii na ulicach wypowiedziało wojnę.

Myślę, że mógłbym wymienić parę rzeczy, które stało na przeszkodzie naszego dogadania się. Po pierwsze, była to moja pyskata morda. Po drugie, była to moja pyskata morda. Po trzecie, był to mój absolutny brak tolerancji dla tych sytuacji, w których słuchać się musiałem idiotów, w skrócie – moja pyskata morda. Działał w mieście cech magiczny, który układał się z księciem. Żyli magicy, którzy dali się wpisać w rejestry i prawa, zasady i zarządzenia, cenniki i katalogi – ale ja do nich nie należałem. Ja nosiłem z godnością moją pyskatą mordę i wszystkie honory, jakie przynosiła: uliczne pieśni, uśmiechy dziewcząt, zniżki w oberżach i te mniej przyjemne – urazy księcia, fochy miejskiej władzy i hordy wkurwionych strażników.

Tamtego deszczowego popołudnia uciekałem zatem przez tunele ulic mojego miasta, gnałem między wąwozami zaułków i pod czujnym okiem kamienic, a potem dalej i dalej, byle za mury, byle za horyzont, byle tam, gdzie nie dostrzeże mnie czujne oko śmierci, dla zmylenia ubrane w bordowy kubrak strażnika.

Tamtego deszczowego popołudnia spotkałem Kochanicę.

***

Najpierw jej pajęcze kształty dostrzegłem na jednym z miejskich dziedzińców. Rosła przy murze, niemal wtulała się w kamienną tkankę, a jej rachityczne linie wznosiły się ku niebu jak ramiona omdlewającej kobiety. Wtedy spojrzałem na nią i pognałem dalej – mógłbym po jej ciele wspiąć się na mur, ale było zbyt wątłe, nie utrzymałoby mojego ciała lekkością swojego bytu.

Potem minąłem ją w jednej z wioseczek – rosła przy drodze, wznosiła się leniwie znad zarośli i krzaków, a ja zatrzymałem się na chwilę, choć byłem ofiarą pościgu. Poznałem delikatny rysunek gałęzi, zdziwiło mnie, że parę godzin wcześniej ten sam szkic dostrzegłem wśród ulic mego miasta.

A potem znalazłem chatę na bagnach, skryłem się tam, oddałem drewnianej ruince siebie i swoje bezpieczeństwo.

Po kilku dniach ona już tam była – choć przysiągłbym, że poprzedniego wieczoru nic nie znaczyło przestrzeni w tym miejscu.

Nie wiem, dlaczego nazwałem ją Kochanicą Mgieł. Może w głuchych ostępach brakło mi drugiego człowieka. A może po prostu nasz pierwszy poranek we mnie został – ten, w którym dostrzegłem jej wątły rysunek gałęzi i spowijające ją mleczne kłęby. Mgły otulały ją jak sukienka, jak lekki tiul, jak delikatny szal, który tańczył wśród czerni jej kształtów w rytm melodii wichrów. Pamiętam, że patrzyłem wtedy długo. Na jej taniec, na misterną plątaninę suchych traw, które naokoło niej wznosiły się ledwo ku górze. Na czarny pierścień lasu, który z jednej strony zamykał horyzont jak cicha, choć poruszona widownia. Na szarości nieba, które otwierało się po jej drugiej stronie jak najwspanialsza scena.

Patrzyłem w jej stronę rano i żegnałem się z nią wieczorem. Widziałem jej czarne kreski w złotych światłach zachodu i różowych blaskach jutrzenki. Drżałem, gdy ona rzucała się na wietrze i oddychałem spokojniej, gdy ona rozprostowywała swoje koronki.

Czasem, gdy księżyc zalewał blaskiem ziemię, zdawało mi się, że widzę jej cień bliżej.

A czasem, gdy noc przynosiła aksamitną ciemność, wołałem ją przez sen do siebie.

– Śledzisz mnie, Kochanico? Przyjdź do mnie, Kochanico. Wiem, że tam jesteś, wśród pustek i mgieł – któregoś razu obudziłem się z tym krzykiem na ustach i pierwszy raz od dawna przestraszyłem się siebie.

Kilka dni później pierwszy śnieg spadł na bagnach, a Kochanica oprócz mgielnej sukienki przybrała ciężki kubrak śniegu. Jej czarne witki ugięły się ku ziemi, jej kształty zatraciły swoją ostrość, jej czerń ukryła się w jasności. Ale to nadal była ona. Nadal tańcowała, nadal kusiła i wabiła. Jej cienie stały w okienku zrujnowanej chatki, która kryła rumowisko tajemnic dawnych mieszkańców i moje własne życie. Jej ciało świszczało razem z wichrem, zawodząc żałobne piosenki, aż któregoś ponurego wieczoru poczułem, że straszno mi zerkać przez okienko.

Wtedy zacząłem znajdować na śniegu krew.

Któregoś ranka rozwleczone ciało myszy powitało mnie na progu. Potem ranna sarna konała na śniegu, choć jej krew nie zwabiła żadnego drapieżnika. Kilka dni później czyste śnieżne białości skalała czerń rozdartego wpół ptaka. Wziąłem jego zmarznięte ciało ostrożnie do ręki, schowałem w kieszenie za dużego płaszcza, który znalazłem wśród rupieci chatynki i przy ogniu dopiero dostrzegłem, co kryło się w jego sercu.

Czarny oścień, potężna drzazga wystawała jak skaza z zastygniętej krwi, a ja po raz pierwszy poczułem, że na tych bagnach nie żyję w samotności.

I nie było to wcale przyjemne uczucie.

Tej samej nocy krzyk śmierci wyrwał mnie z niespokojnego spania. Zerwałem się, jakbym na nowo poczuł oddech pościgu na karku, ale te wrzaski nie wyrywały się z gardła żadnego człowieka. Wydzierały się w ciemność zdławione, zduszone, jakby podlane krwią ginącego stworzenia i ściśnięte tkanką umierającego ciała. Serce mi łomotało, oddech nie mógł się uspokoić, a gardło same chciało razem z nimi krzyczeć.

I zakrzyczało, gdy wichry i wrzaski za oknem nagle ułożyły się w słowo.

Gdy wśród symfonii śmierci usłyszałem wycie, co ułożyło się w moje własne imię.

Zerwałem się, jakbym nagle narodził się na nowo. Chwyciłem ostatni płonący szczap drewna. Wypadłem z chatynki, wskoczyłem między śniegi. Cisza bezgwiezdnej nocy wisiała naokoło mnie jak kir, ale ja bez omyłki dopadłem do Kochanicy.

Stanąłem przed jej chropowatym ciałem i w blasku swojego ognia dostrzegłem rys jej koronki. Machnąłem ogniem, który cisnął w jej stronę iskry, a ja ze wszystkich swoich myśli, strachów i przerażeń wycisnąłem jedno, rozedrgane słowo.

– Dosyć.

Nad ranem już jej tam nie było.

***

Rzuciłem się wtedy w bagienne ostępy. Zacząłem jej szukać, tropić każdą polanę, zaglądać w truchła zarośli, przyglądać się wszystkim kształtom, napotkanym na drodze. Ale żaden nie miał w sobie lekkości Kochanicy. Żaden nie był nawet cieniem.

Wróciłem do chatki.

Stanąłem na progu zrujnowanego domostwa, gdzie tliły się ostatnie iskry paleniska.

Nie byłem sam.

W pierwszej chwili serce stanęło mi na moment, a krew zatętniła szybciej w moich żyłach. Ktoś tu był, ciemne kształty rysowały się nad ogniem, a sylwetka sięgała aż do krzywego sufitu.

W drugiej chwili rozpoznałem człowieka.

– Niech cię szlag, Mosa – moja szczera przyjaciółka Animede odwróciła się od ognia, a mi nagły zawrót uderzył do głowy. Myślałem, że Animede mnie chwyci w objęcia, ale ona zatrzymała się przede mną, ujęła moją twarz w swoje zimne dłonie i przyjrzała mi się uważnie – Wyglądasz, jakbyś wyszedł z siebie. I przynajmniej połowę siebie zostawił.

Chciałem jej coś powiedzieć. Zażartować, powitać. Przytulić ją, uścisnąć ludzkie ciało na powitanie.

Byłem w stanie jedynie krzywo się uśmiechnąć.

– Na przyszłość, jak będziesz szukał kryjówki, to zlituj się i zostaw mi chociaż pół śladu – parsknęła Animede – Teraz wszyscy w mieście pytają się o ciebie, a książę nie śpi po nocach i przez sen błaga cię o wybaczenie.

– Żartujesz – westchnąłem słabo.

– Żartuję – Animede wyszczerzyła się bezczelnie – Ale możesz bezpiecznie już wracać.

Rozejrzałem się bezradnie po chatynce, której wnętrznościom powierzyłem swoje ciało. Spojrzałem bacznie w okienko.

– Chyba, że nie chcesz – usłyszałem drwiący głos Animede – Kto ciebie tam wie, może masz wśród tych mgieł jakąś kochanicę.

***

Jeszcze tego samego dnia Animede, mistrzyni ogniowej magii, wyprowadziła swojego przyjaciela z bagiennych ostępów. Szczurołap Mosa szedł obok niej, kulił wątłe ramiona w za dużym płaszczu na mrozie, a jego czarne, duże oczy wydawały się jeszcze większe w wychudzonego twarzy. Nie mówił nic. Nie śmiał się, nie pyskował, nie pytał się, czy Anneir Esster już kopnął w kalendarz, albo dostał po ryju – jak to Mosa miał zawsze we zwyczaju.

Zamiast tego gapił się smętnie przed siebie.

A Animede mogłaby przysiąc, że blednie jeszcze bardziej, gdy łąki przy drodze zmieniały się w czeluści lasu.

I zupełnie nie mogła się domyślić, dlaczego.

– Łypiesz w te krzaki, jakby tam siedziało co złego – odezwała się, gdy wychodzili z małego gaiku, a Mosa strzelał niepewnym spojrzeniem na boki.

– Powiedzmy, że ich kształty są z lekka niepokojące – mruknął wymijająco i przyspieszył kroku, jakby chciał szybciej znaleźć się wśród uschłych łąk, które zaraz za gaikiem słały się aż po horyzont.

– Mam lekarstwo na niepokój – Animede zatrzymała go – to kształty martwe, jak sama ziemia, nie ma w nich nic żywego.

Wyciągnęła dłoń ku chaszczom, przywołała ogień, a iskry rozbłysnęły na jej palcach. Mosa spojrzał na nią zdziwiony jak kot, któremu ktoś ośmieli się stanąć na drodze. Przyskoczył do niej, złapał ją za rękę, a iskierki odbiły się w blaskiem w czarnych, rozszerzonych oczach.

– Zostaw – powiedział ostrożnie i odsunął jej rękę – ja już wiem, że żywy duch wyrasta także z martwej ziemi.

Studnia od dech

Studnia od dech, tak na nią mówili w sąsiedztwie.

Nikt nie pamiętał, dlaczego tu stała i kto z niej ostatni korzystał. Żaden znany mi człowiek nie wydobył z niej nawet kropli ożywczej wody, przesyconej słonym smakiem podziemi. Studnia od dech sterczała od lat na środku kamienicznego dziedzińca, gardziel miała zawaloną starych dechami, belami i innym rumowiskiem, a jej smętny kształt przypominał widmo, czające pod oknem.

Któregoś razu skusiła mnie studnia od dech. Któregoś dnia – posępnego dnia, mokrego dnia – gdy wracałem do domu mojej matki, zatrzymałem się przy niej chwilę za długo. W okręgu dziedzińca widziałem matczyne okno, widziałem, jak wydobywa się z niego strużka dymu, zwiastująca posiłek, w którym moja matka zaklinała najlepsze smaki i uczucia. A jednak zatrzymałem się nad studnią od dech i delikatnym ruchem uchyliłem jej klapę. Znałem jej wnętrze, bo odkąd pamiętam, zerkaliśmy tam z okolicznymi chłopakami – my dorastaliśmy i zmieniały się nasze twarz, a ona stała niezmiennie.

W ten ponury dzień jednak kanciaste trzewia studni wydały mi się inne.

W czarnym kręgu widziałem te same ślady dziesiątek lat ludzkiej egzystencji, które sterczały tu zawsze. Kto to wymyślił, mówiła zawsze moja matka, robić ze studni śmietnisko to jak ucinać drzewo na pustyni – choć sama na żadnej pustyni nie była. Ale dzisiaj ten chaos rzeczy miał w sobie jakąś niespotykaną głębię, zupełnie tak, jakby próbował coś do mnie powiedzieć w rozpaczliwie kanciastych kształtach rumowiska.

Wróciłem do domu.

Przywitałem się z matką tak, jakby nie witał się z nikim. Zjadłem obiad tak, jakby nie miał przed sobą żadnego jedzenia. Mała Seffe coś paplała, ale moje myśli otulone były obrazem zaklętego w kręgu rumowiska i żadne z jej słów nie przebiło tej powłoki. Zaszyłem się w swoim kąciku i nie wyszedłem z niego do momentu, w którym noc rozpostarła swoje dłonie nad miastem, opuszkami snu zamykając oczy Seffe i mojej matki.

Wyszedłem z domu, gdy ciszę przerywał tylko rytm ich uśpionych oddechów.

Studnia czekała na mnie. Znów do niej podszedłem, znów podniosłem jej klapę, a widok rumowiska przywitał mnie jak tajemnicza kochanka.

Pierwsze krzywizny porzuconych desek były całkiem nisko.

Przywołałem swoją drugą postać i wlazłem.

Lubiłem swoją magiczną właściwość, choć nie rozumiałem jej wcale. Dookoła mnie żyło przecież mnóstwo ludzi, starych i młodych, pięknych i brzydkich, a żaden z nich nie umiał stawać się zwierzęciem. Ale tej nocy nie protestowałem – gdy kocie pazury wpiły się we wpółzmurszałe drewno, poczułem na grzbiecie dreszcz tajemnicy.

Ostrożnie zszedłem w dół po starej desce. Zanurzyłem się w rumowisko, przesmyrgnąłem się między jedną arkadą śmietniska, a drugą. Zagłębiłem się w kolejne warstwy. Ogryzki ludzkiego świata, wyrzutki ludzkich domów, resztki ludzkich światów miały wąskie luki między sobą, malutkie przejścia, niewielkie przestrzenie, które moje kocie ciało wypełniało z łatwością. Schodziłem w dół precyzyjnie, kuliłem kark, obniżałem łapy, kręciłem wąsem i okiem przebijałem ciemność – jakbym był na postronku tajemnicy.

Trzask, który zdławionym echem poszedł w kamiennym gardle, spłoszył mnie o chwilę za późno.

***

Gdy obudziłem się, leżałem w tępych objęciach bólu i kałuży własnej krwi. Podniosłem łeb, a za nim mozolnie stanęło całe ciało. Najpierw kark i przednie łapy, potem ściśnięty brzuch, za nim tylne łapy i ogon, który bolał tak, jakby ktoś mi go złożył w harmonijkę. Wpieprzyłeś się, pomyślałem, bo kocie oko po jednej stronie widziało hałdę śmiecia – tę, która gdzieś na górze musiała sięgać wylotu studni od dech – a po drugiej stronie otwierający się w ciemność korytarz.

A co najgorsze, w tej ciemności nie byłem samotny.

Słyszałem to wyraźnie i czułem, że ten rytm nie wydobywa się z moich wnętrzności. Och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – byłem przekonany, że ktoś tu oddychał.

Zastygłem, czekając na atak, ale żaden nie nadchodził. Tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, lekki rytm, który tańczył w miejskich podziemiach. Cicho, cichutko, zrobiłem parę kroków w głąb osobliwego korytarza. Znów och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz, jak odwieczne echo, kołaczące się w trzewiach miasta. Wspomniałem na wszystkie legendy, na wszystkie historie z mojego miasta o tym, jak magiczne siły wyrwały jego tkankę z ziemi, wznosząc budowle na powierzchni i korytarze pod powierzchnią. To musiał być jeden z nich, ale nic – tylko och i ach, wydech i wdech, wciągnięcie i luz – towarzyszyły mi w tym spotkaniu z jego tajemnicą.

Dałem się wciągnąć w ten rytm, by gorzka myśl o śmierci nie rozgościła się w mojej głowie. Ruszyłem w głąb korytarza, bo na podróż w górę sterty raczej nie mogłem liczyć. Zdawało mi się, że jest wydarty w samej ziemi, nie miał płaszczyzn sklepienia, tylko poharatane skaliska, a wznosił się nie za wysoko, jakby stworzony był mocą niezbyt wysokiego człowieka.

Rytm nie ustawał mimo moich kroków – mało tego, w pewnej chwili zorientowałem się, że biec zaczyna kilkoma głosami, że tu jeszcze och i ach, a tam już wydech i wdech, a jeszcze gdzie indziej: wciągnięcie i luz. Po kolejnych kilku krokach słyszałem już wyraźnie, jakby to płuca kilku istot tłoczyły swoją pieśń, jakby to głosy kilku stworzeń odbijały się echem.

Po następnych krokach wtopiłem się zupełnie w ten rytm.

W mojej głowie wybuchły wszystkie głosy – już nie wdechy i wydechy, ale słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jakbym nagle znalazł się w samym sercu tłumu. Słuchałem, chłonąłem, byłem, nie patrzyłem już na ciemność i nie obchodził mnie mrok. Tylko słowa, płacze, radosny śmiech, krzyki i wrzaski, czasami szept, jak wielka symfonia miasta, jak rytmy wszystkich płuc i serc, które biły na powierzchni.

A może i rytmy z przeszłości, pomyślałem nagle, gdy zacząłem rozróżniać słowa w mroku. Niektóre żaliły się, niektóre cieszyły się, niektóre nawoływały do boju, a ja, w samym sercu ciemnego korytarza bez nadziei, tonąłem w nich, tuliłem się w nich i każdą moją myśl oddawałem tym bezcielesnym myślom.

Nie poczułem, gdy do głosów w mroku dołączył mój głos.

A potem wszystko stało się rytmem.

***

Matka mi powiedziała, że znaleźli mnie na drugim końcu miasta, wybrudzonego i skrwawionego jak rozbitek. Seffe mi powiedziała, że pięć srebrców zapłaciła lokalnej żulerii, by pomogli mnie szukać w zakazanych rewirach kwartału nieboraków. Ale to i tak ona dostrzegła mnie pierwsza – ona znalazła mnie w piwnicach opuszczonej kamienicy, których gardziel głęboko wpijała się w mrok.

Ponoć, gdy mnie znaleźli, szeptałem jeszcze jakieś słowa.

Och i ach, wydech i wdech, rytm i tajemnica.

Szczurołap

Czy gdybym mógł wybierać, zamieniłbym się z kimkolwiek?

Nie zawsze.

Nie w każdej chwili.

Za nic nie oddałbym tych momentów, w których patrzę na kawernę veirańską z wysokości jej strzelistego dachu. Nie ma żadnego innego widoku na świecie, który tak bardzo doprowadzałby mnie do łez – wszystkie kamienne kształty starej budowli wygrzewające się w słońcu, dachy domów i zieleń świata, co rozpościera się za murami aż hen, po horyzont składają się na obraz, który zawsze mam w swoim sercu, skropiony łzami i krwią.

Za nic nie oddałbym czasu, w którym mknę przez podbrzusza miejskich sfer, bo nie ma żadnego innego miejsca na świecie, które kochałbym tak mocno, jak moją Veirę. Przejrzałem ją na wylot, przewierciłem się przez nią do głębi, od poddasza aż po kanały, znam jej ciemne strony i piękne zakamarki – i wszystkie kocham tak samo. Miasto Veira zawsze tętni życiem i energią – między kamienicami z zamierzchłych lat krążą żywo ludzkie sprawy i gwar głosów rozlewa się na ulicach. Kamień zdaje się tu przepływać jak woda – wyrasta ku niebu w gmachach kamienic, sięga ziemi w wężowej skórze bruku, rozdrabnia się na miliony części w zdobieniach budowli i spaja w jedno w ich ciężkich bryłach. Moja Veira jest jak koniec i początek, jak perfekcyjny nieskończony ciąg powołany do życia jedną ręką, wolą i zamysłem.

Ci, którzy żyją w Veirze, powtarzają opowieści o tym, jak moc muzyki bogów wydarła Veirę z trzewi świata. A precyzja i doskonałość miasta są wystarczającym dowodem na istnienie boskich rytmów zaklętych w kamiennych kształtach – i mi zostaje tylko duma, gdy kroczę ze swoją melodią po ulicach.

Ale gdy przychodzą chwile, w których zakazana morda strażnika prowadzi mnie przez ciemne korytarze lochów i trzyma na uwięzi kajdan – wtedy tak, mógłbym zamienić się z kimkolwiek.

Ale i tak nikt nie chciałby tego ode mnie wziąć.

*

Porucznik więziennej straży, Garod Vettire, zwany powszechnie Mordobijem, porządkował dokumenty w zaciszu gabinetu – a wrzaski, które dobiegły go z korytarza, przypomniały mu dobitnie, że Veira nie jest dobrym miastem dla poruczników. Nasłuchiwał chwilę, ale głos nie pozostawiał złudzeń – westchnął więc ciężko i dobył z szuflady zwinięty arkusz z książęcą pieczęcią. Rozłożył go i przeczytał raz jeszcze, żałując szczerze, że nie ma tam rozpisanego innego wyroku.

Chyba tylko śmierć mogłaby sprawić, by zamilkł…

– Lakeri Mosa! – Z tymi słowami strażnik otworzył drzwi, a razem z nim do gabinetu Garoda wpadła burza, awantura i taniec gromów z jasnego nieba.

Wszystko zaklęte w ciele jednego chłopaka.

– Złoczyńco przeklęty! – Poniósł się pełen oburzenia jazgot. – Niech cię noc pochłonie i rysa świata nie wypuści, niech cię szlag strzeli za to wszystko, co ja tu przez ciebie przechodzę! Żądam procesu, sprawiedliwości i uczciwego wyroku, mam znajomości w cechu, mam znajomości w kawernie, a moja matka piecze bułki samemu…

Porucznik ze znużeniem wysłuchał tego potoku obelg, które Lakeri Mosa wypluwał z siebie razem z własną krwią – sponiewierany, ale rozeźlony, miotający się w kajdanach, wypełniający swoją wściekłością cały gabinet porucznika. Patrząc na ten taniec, Garod czuł lekką odrazę – Mosa miał w sobie zwierzęcą gibkość i zwinność, wyglądał jak większość veirańskich powsinóg i uliczników, a jednak na dłuższą metę czuć było od niego coś nieludzkiego.

Wszyscy w Veirze wiedzieli o tym, jaka moc obudziła się w chłopaku – a Garod miał nieprzyjemne wrażenie, że to tylko jedna z jego tajemnic.

Ale absolutnie nie miał ochoty pytać o kolejne.

– To co zrobimy – przerwał mu bezceremonialnie, a chłopak zastygł, wybity nagle z rytmu – z tym rozkazem od księcia pana, w którym nakazuje cię uwolnić? Ty drzesz mordę i ja drę rozkaz?

Głos, który rozległ się po chwili, był aksamitny i czarujący, tak jak uśmiech, który pojawił się na wąskich wargach chłopaka.

– Nie godzi się drzeć rozkazów naszego księcia pana, mości poruczniku.

*

Ze wszystkich ludzi, którzy tego dnia przemykali przez zalany słońcem veirański rynek, nie spieszyli się tylko nieliczni. Rynek, okolony pysznymi fasadami głównych budowli miasta, był sercem miejskiego krwiobiegu – tu krzyżowały się ludzkie ścieżki, tu cudzoziemcy przystawali w zachwycie zadziwieni potęgą miasta, a i zwykli mieszkańcy czuli ukłucie wzruszenia na widok perfekcyjnych rozet sądu i biblioteki, oszałamiających zdobień gildii kupców czy klasycznego majestatu, jakim tchnęła cała konstrukcja książęcego pałacu.

O tej porze na rynku można było spotkać wszystkie gatunki ludzkich miejskich stworzeń – krążyły tu przekupki i obwoźni handlarze, ojcowie rodzin i matki z gromadką dzieci. Czasem przemknął jeździec, czasem wtoczył się wóz, a niekiedy dostojnym krokiem przeszedł patrol straży. Wszyscy byli tu w drodze, każdy dokądś zmierzał, tworząc jeden wielki strumień ludzkiej krwi, co pompowała się przez kamienne żyły miasta.

I tylko dwoje ludzi tego popołudnia nie zmierzało zupełnie nigdzie.

Mężczyzna i kobieta stali w cieniu głównej stanicy straży. Ona mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat – nosiła czarną sukienkę za kolana, zwisającą niedbale na jej kościstym ciele, a duże granatowe oczy przedzielone haczykowatym nosem zuchwale spoglądały na świat spod burzy loków. On był od niej starszy – rudowłosy wysoki mężczyzna w brązowym kubraku bez rękawów miał zielone oczy, na jego orlej bladej twarzy rysował się wyraz lekkiego znudzenia, a spojrzenie, jakim mierzył dziewczynę, gdy ta nie patrzyła w jego kierunku, było zdecydowanie spojrzeniem dumnego, zadowolonego z siebie kochanka.

Bawił się od niechcenia kamykiem w szczupłej dłoni, podrzucając go lekko – aż wreszcie zamknął go w pięści i po chwili w jego dłoni pojawił się kwiat.

– To dla ciebie, gwiazdo – mruknął, podając stokrotkę dziewczynie.

– Daruj sobie te sztuczki. – Uśmiechnęła się. – Już i tak po tym, jak wpadłeś Przejściem na nasze poddasze, baby trajkoczą, że nie jesteś zwykłym cyrulikiem.

Uśmiech mężczyzny dość dobitnie zobrazował, co sądzi na temat jakichkolwiek bab – ale nie miał okazji wyrazić swojej opinii.

Ze strażniczej bramy wyszedł niski czarnowłosy chłopak, a dziewczyna pognała w jego kierunku.

*

Gdy wychodzę na veirański rynek, dopada mnie słońce, a zaraz później – Animede Vendra, szalona mistrzyni ognia i moja przyjaciółka. Wypada na mnie z tłumu, witamy się serdecznie i nawet widok Anneira Esstera, który pojawia się za nią, nie psuje mojego humoru. Z nią przeszliśmy razem niejedną burzę. On przypałętał się do niej, a ja nadal nie znalazłem jakiegokolwiek powodu, by zacząć go tolerować, bo jest bucem, pajacem i pyszałkowatą kreaturą.

– Dobrze cię widzieć, Animede – mówię, wypuszczając ją z objęć. – Nieuszanowanie, Esster. – Nie mogę się powstrzymać, a on wykrzywia gębę w zwykłym grymasie pogardy.

– Mogliby kiedyś ci przyciąć tego jęzora, żebyś nim nie chlastał na lewo i prawo – mlaska ironicznie.

– Mogliby ci kiedyś przyciąć tego nosa, żebyś go nie zadzierał wyżej własnej głowy – słyszę swój własny głos, a Animede pochmurnieje.

– Awantury to zostawcie na później – rzuca nam. – Czekamy tu na ciebie, Lakeri, bo robota się kroi. Cech żywiołników zmaga się z jakimś nieszczęściem w pałacowych podziemiach.

– Ten cech, który wytoczył mi wojnę? – Patrzę to na nią, to na bramę stanicy. – W tych podziemiach, z których właśnie wyszedłem?

Animede uśmiecha się bezczelnie.

– Między innymi, Lakeri. I dlatego właśnie wyszedłeś.

*

Tego popołudnia Danga Rebbe, mistrzyni veirańskiego cechu żywiołników, przechodziła największe męki w swoim własnym gabinecie.

– Żebym dobrze zrozumiał, Danga. – Lakeri Mosa, obszarpany i niedomyty, rozsiadał się na fotelu przed biurkiem mistrzyni z uśmiechem godnym największego wielmoży. – W podziemiach pałacu księcia, który wypowiedział mi wojnę, zalęgło się coś, z czym nawet wy nie umiecie sobie poradzić. I teraz ty przychodzisz do mnie, choć ledwie miesiąc temu darłaś się, że jestem niebezpieczną anomalią, którą trzeba zniszczyć, i prosisz mnie, bym pomógł, nim nieszczęście wyleje się na miasto?

Chłopak przypominał teraz rozkapryszonego kota, który mierzy się pogardliwie do ataku, a Danga z goryczą przyznała rację tym wszystkim, którzy odradzali jej to spotkanie. W zasadzie sceptyczny był cały cech – tylko młoda awanturnica Animede była zdania, że Mosa może tu pomóc.

Dandze przemknęło przez myśl, że złym miejscem jest świat, w którym musi prosić o pomoc przyjaciół Animede – ale ostatnie wydarzenia nie dały innego wyjścia.

Przelana krew i trupy znalezione w podziemiach miasta Veira były dobrym powodem, by zacząć paktować z wrogami.

– Bardzo dobrze zrozumiałeś, Mosa – odparła zimno. – Miasto Veira skłonne jest zapomnieć o tym, co wydarzyło się do tej pory, i uznać cię za swoją integralną część. Ciebie i twoje zdolności – dodała z naciskiem. – To samo tyczy się cechu mistrzów magii, Mosa. Mogliśmy się co do ciebie mylić.

Czarne oczy chłopaka rozszerzyły się niepokojąco.

– Tym ostatnim zdaniem mało się nie udławiłaś, Danga – wycedził. – Cóż się stało, że zawiesiłaś swoją godność na kołku?

Przez moment Danga pomyślała o mocy żywiołu, którą władała po mistrzowsku – o tym, że parę zaklęć przecież załatwiłoby sprawę, ale zaraz porzuciła tę myśl.

Chłodna sztuka bezwzględnej dyplomacji nakazywała rozegrać to inaczej.

– Moja godność mi podpowiada, że potrzebna jest pomoc szczurołapa.

*

Tego wieczora Sarde Matt, który zajął wartę na pałacowych bramach, nie omieszkał wziąć ze sobą gąsiorka wina dla kurażu.

Rzeczy, które miały się tutaj dziać, mogły wymagać takiego remedium.

O zachodzie słońca do książęcego pałacu przyszła Danga Rebbe. Stara mistrzyni o lisiej, nalanej tłuszczem twarzy wydawała się zmęczona ciężarem lat – miała na sobie prostą suknię w kolorze własnej ziemistej cery, włosy spływały smętnie na przygięte ramiona, a Sarde pomyślał, że nigdy nie rozpoznałby w niej magiczki niosącej w sobie czarodziejskie moce.

Gdy gwiazdy stanęły nad miastem, do pałacowej bramy zapukała mistrzyni ognia, Animede Vendra. Cała na czarno, w tunice i męskich spodniach, stanęła we wrotach pałacu z taką pewnością, jakby zjawiała się we własnym domu. Chwilę po niej pojawił się trzeci gość, Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, który wydał się Sardemu najprzystępniejszą personą.

Może dlatego, że jako jedyny był zwykłym zupełnie niemagicznym człowiekiem.

Wszystkich ich Sarde prowadził do samego serca pałacowych podziemi, tam gdzie zwykłe piwnice przechodziły w plątaninę podziemnych korytarzy, których do tej pory dobrze nikt nie zbadał. Ten świat otwierał się pod pałacem od samych jego początków – mówiono, że moc muzyki bogów wywierciła również te trakty, niczyje jednak oko nie kwapiło się, by tam sięgać.

Chyba że okoliczności zmuszały do tego tak, jak teraz.

Gdy Sarde znów zajął miejsce przy wrotach pałacu, czekał na ostatniego gościa tak długo, że stracił wiarę w jego przybycie. Aż wreszcie zdało mu się nagle, że czyjeś oczy śledzą go w ciemności, chwilę później poczuł czyjąś obecność, a potem kroki zastukały na veirańskim bruku, lekkie i taneczne, niosące się jak muzyka.

Gdy w krąg światła pochodni wszedł człowiek, Sarde zrozumiał, że rozpoznałby go wszędzie i od razu.

Niski ciemnowłosy chłopak wychynął z mroku ze zwierzęcą gracją, jak dzika istota, która przez chwilę zgadza się pójść ludzkimi ścieżkami. Zmierzył Sardego czujnym półludzkim spojrzeniem, rozejrzał się wokoło, a gdy uśmiechnął się, przypomniał strażnikowi przyczajonego do ataku kota.

– Zwą mnie Lakeri Mosa – rzucił pewnie melodyjnym głosem. – Byłem tu dziś wieczorem umówiony.

Przez długi czas jeszcze Sarde zastanawiał się, dlaczego tak, a nie inaczej mu odpowiedział – ale roziskrzone półzwierzęce oczy chłopaka nie dawały innego wyboru.

– Wszyscy czekają już tylko na ciebie, mój panie.

*

Stara Danga Rebbe odetchnęła z ulgą, gdy tylko w niskim korytarzu dwóch ludzi pojawiło się z pochodnią. Łysina Sardego Matta lśniła dość wyraźnie w świetle, a taneczny krok drugiego człowieka z miejsca zdradził Lakeriego Mosę.

Przez oczekiwanie zdołała już umrzeć prawie cała jej nadzieja.

Dwie żywiołnice, cyrulik i para strażników byli już tam, gdzie pałacowe piwnice zagospodarowane i ułożone ręką człowieka przechodziły w podziemne trakty. Tu korytarz zwężał się i zniżał, a na jego końcu czerniały masywne metalowe drzwi, które odgradzały świat ludzi od świata tajemnicy. Ale veirański szczurołap musiał być bliżej tej tajemnicy niż inni mieszkańcy miasta Veira. Gdy dołączył do reszty, podszedł od razu do drzwi. Przyjrzał im się uważnie, opukał, ostukał, przypatrzył się trzem zamkom, po czym obrócił się z czarującym uśmiechem.

– Widzę, że książę pan zmienił to i owo – powiedział do zdezorientowanych strażników.

– Właściwy człowiek na właściwym miejscu – mruknął cierpko cyrulik z Morleadu. Lakeri Mosa wydobył drewniany flet zza pasa, sięgnął po chustkę i zaczął bezceremonialnie czyścić instrument.

– Dzięki, że przypomniałeś, Anneir – rzucił lekko i podniósł wzrok. – Wypieprzać mi stąd. Wszyscy.

– To cech i straż miasta Veira zawiadują tą akcją – zaprotestowała Danga Rebbe, a dwóch strażników sięgnęło po broń.

Lakeri Mosa wzruszył ramionami.

– Prosiliście o szczurołapa, więc macie szczurołapie warunki. – Oderwał się od ściany i stanął pośrodku kompanii. – Danga, ty nikomu tutaj nie pomożesz – wskazał flecikiem na starą żywiołnicę. – Animede, za bardzo cię cenię, byś miała się narażać. Esstera bym zaprosił, bo mi go nie szkoda – oskarżycielski flecik poszybował w stronę cyrulika. – Ale obawiam się, że to ja zmienię się w bestię po kilku krokach w jego towarzystwie.

– I ja zarzuciłbym swój obowiązek ratowania życia w twoim towarzystwie – uśmiechnął się cierpko Esster, a Danga Rebbe nie traciła czasu na żadne gierki.

– Albo idzie wasza trójka, ale wracasz do lochów – rzekła. – Ale tym razem nie wyjdziesz po miesiącu.

Lakeri Mosa powiódł dookoła rozbawionym wzrokiem.

– Na twoją odpowiedzialność, Danga – rzucił, a Animede poczuła ukłucie niepokoju. Szczurołap nie zwykł sam z siebie zarzucać swojego uporu.

Tymczasem dwóch strażników poczęło otwierać drzwi. Skrzypienie zamków rozdarło duszną atmosferę korytarza – metaliczny skrzek rozległ się trzy razy, a później przeciągłe wycie oznajmiło, że droga w podziemia otwiera się na oścież. W czarną plamę wkroczyła cała trójka – Mosa złożył szczupłe palce na fleciku, Animede wyczarowała niewielki płomień na kościstej dłoni, a Anneir Esster z pokaźną torbą medyka na ramieniu ruszył za nimi jak cień.

Od pierwszych kroków Mosa przestał na nich zważać. Szedł obok nich bez słowa przez ciemne gardło, które tutaj jeszcze niewiele różniło się od piwnicznego korytarza, stawiał odważnie kroki w ciemność, ale rozglądał się czujnie na boki. Niekiedy dotykał ścian, niekiedy schylał się na dół, a Animede widziała, że wszystkie jego zmysły pracują na pełnych obrotach.

Aż wreszcie właz został już tylko małą świetlistą plamką za ich plecami – i kiedy Mosa odwrócił się, a na jego twarzy w świetle ognia błysnął półludzki obłęd, Animede w nagłym olśnieniu pojęła zamiar przyjaciela.

Chwilę później tam, gdzie stał Lakeri Mosa, czarne kocisko spłynęło na ziemię i zniknęło bezgłośnie w czerni korytarza.

Anneir Esster pozwolił sobie na nutę podziwu w głosie.

– Zaczynam doceniać tę bestię, gwiazdo.

*

Astronom pieprzony, myślę sobie, gdy uciekam od Animede.

Ale ciskam się w mrok jak wariat i ruszam korytarzem tak szybko, jak tylko mogę – a nowy świat otwiera się przede mną wszystkimi zapachami i wrażeniami, nową perspektywą wysokości czterech łap. Bywam człowiekiem. Bywam kotem. I to moja tajemnica, którą znam ja, Animede i od dzisiaj Esster – bo strzegę jej przed światem najzazdrośniej, jak umiem, trzymając czarne kocie wcielenie na równie czarną godzinę.

Nie wiem, czy jestem tutaj z ludzkiej miłości do mojego miasta czy z kociego instynktu zabijania – ale czarna godzina bez wątpienia nadeszła.

Gonię więc teraz przez korytarz w podskokach, a wszystkie moje kocie mięśnie spinają się i rozluźniają jak na zawołanie, są trybikami, które pchają mnie do przodu przez zwilgotniały mrok i zatęchłe powietrze. Zmysły pracują swoją drogą – oczy przepatrują wszystko, ale widzą tylko kamienne ściany, nos łapie wszelkie zapachy, ale najwięcej tu stęchlizny, ucho czujnie czeka na jakikolwiek szelest, ale jedynym szelestem jestem ja sam, czarny kot, zwierzęca maszyneria szybkości.

Upaja mnie ten mrok i ta gonitwa.

Gdy wpadam w kilka kolejnych wiraży, tracę z oczu światełko i ostatni ślad ludzi – dopiero wtedy zatrzymuję się, wytężam zmysły po raz ostatni i wracam do ludzkiej postaci. Świat nagle znowu kurczy się wokół mnie – wilgotne ściany mam już na wyciągnięcie ramion, sufit niemal wisi mi nad głową, a zmysły milczą nadal, zawieszone w ciemności.

Czuję, że przychodzi czas na dalszy krok mojego planu.

Po omacku wyjmuję z torby małą lampkę i świecę. Chwilę zajmuje mi rozpalenie ognia, ale po kilku próbach mogę już zawiesić sobie przykopcony klosz na zgięciu łokcia. Wtedy w obie ręce ujmuję flet. Układam dłonie na jego dziurkach, a w głowie już kołysze mi się melodia. Dźwięki pokusy. Dźwięki wabienia. Dźwięki odsłanianej tajemnicy. Nie boję się – nie chcę na razie z czymkolwiek walczyć, chcę tylko przywołać to, zobaczyć, zakląć i uciec.

Albo umrzeć, jeśli moja muzyka okaże się zbyt słaba – ale w to nie do końca wierzę.

Pierwsze dźwięki brzmią tu obco, niemal wydaje mi się, że to nie ja sam gram. Zaklinam w nich wszystko – pokusę, wabienie, tajemnicę – i po chwili ta melodia krąży w mojej głowie, a ja kołyszę się w jej rytm tak, jak za chwilę zakołyszą się szczury.

O ile jakiekolwiek posłyszą ten głos.

Zaczynam iść wolno, a malutki ogień rozświetla słabo ziemię na dwa kroki przede mną. Myślę o bogach, którzy muzyką wznieśli to miasto, i czuję cień dumy, bo doświadczam teraz odrobiny tego szaleństwa. To potęga, która może upajać – i ja, szczurołap, który zaklina żywe istoty na jedną chwilę, mogę sobie wyobrazić majestat melodii, co wyrywa z wnętrzności ziemi nowy świat.

Świadomość tej mocy przejmuje mnie tak, że ronię kilka łez w zatęchłej pustce zapomnianego przez ludzi i bogów korytarza.

Chwilę później odkrywam, że jednak nie jestem tu sam.

*

– Kim on jest naprawdę? – Anneir mierzył wzrokiem ciemność korytarza, a Animede tkwiła nadal pod ścianą – Człowiekiem, kotem, postrachem strażników czy jeszcze inną bestią?

– Jest moim przyjacielem – ucięła krótko, maskując złością troskę. – Co zrobimy, jeśli nie wróci?

W blasku ognia, który obejmował kościste dłonie Animede, błysnął uśmiech Esstera.

– Spokojnie, gwiazdo – mruknął. – Postaw na moje sztuczki.

*

To tak przejmujące uczucie, że na moment gaśnie moja melodia – ale wzrok mnie nie oszukuje, zmysły nie kłamią.

Na samym końcu kręgu słabego światła widzę ciemnoszary kształt o czarnych jak dwa węgielki zwierzęcych oczkach. Te oczka zdają się dosięgać mnie z dołu, zwierzątko czai się na granicy ognia, a ja zaczynam grać głośniej.

Przede mną przycupnął szczur.

Nie reaguje na moją muzykę – spogląda na mnie z dołu, ani drgnąwszy, a ja jeszcze więcej serca i pokusy wkładam w dźwięki, które wibrują w ciemnościach. Kiedy po chwili szary kształt rusza wolno przed siebie w kierunku ciemności, ja zaczynam już rozumieć.

To on mnie przywołuje.

A ja daję się przywołać, bo pokusa, wabik i tajemnica krążą także w mojej głowie.

Gdy stawiam pierwsze kroki śladami szarego zwierzątka, widzę już, że mam rację. Moja melodia wibruje i wszystkie veirańskie szczury tańczyłyby już w jej rytm – ale ten drepcze przed siebie, trzyma się granicy ognia, a ja idę w obcy świat za tym wysłannikiem.

Mówią, że ginęli tutaj do tej pory ludzie – ale przecież ja nie do końca jestem człowiekiem.

Drepczemy tak przez chwilę, ja człowiek-kot i szare szczurzątko, a ze światem naokoło nagle zaczynać się dziać coś dziwnego. Ogień nie pokazuje niczego, ale ja mam wrażenie, jakby znienacka zrobiło się nas więcej w tym korytarzu, jakby ciemność zaczęła skrywać jeszcze inne istoty.

Ale idę – moja melodia słabnie tak, jak słabną moje płuca, nadal jednak unosi się w ciemności. Obecności wokół mnie robi się coraz więcej, już niemal fizycznie czuję oddechy, bicia serc, szelesty i świsty żywych organizmów, malutkie melodie utajonych żyć. Nie wiem, co z tym robić, nie wiem, gdzie jestem, ale idę, bo ciemność gra mi pokusę, wabik i tajemnicę tak samo, jak ja wcześniej grałem ją szczurom.

Czasami myślę, że jest we mnie zbyt wiele zwierzęcia.

Mój dźwięk nagle wpada w głębię i wraca zwielokrotnionym echem. Nie mam odwagi przestać grać, ale wyczuwam przed sobą przestrzeń, szerokość i otchłań. To już nie wąska gardziel rozkłada się przede mną – echo zdradza zupełnie inny, choć tak samo ciemny świat.

Zanim moja myśl obiera jakikolwiek kierunek, ciemność rzuca się na mnie – ciepła i miękka, śliska i ostra, jak miliony zwinnych szczurzych ciał.

*

Gdy Sarde Matt zjawił się w książęcej izdebce na wieży, by zdać raport, książę czuwał mimo późnej pory. Siedział na fotelu przed oknem, patrzył na rozlaną u stóp pałacu ciemność, na uśpione miasto, ale nie obrócił się nawet w jego kierunku.

Mężczyzna wyrecytował wszystko – a gdy skończył, głos księcia wydał mu się przytłumiony, jakby rozlegał się w sinej dali.

– Jeśli coś mu się stanie, nie jestem zdania, byśmy byli mu cokolwiek winni.

*

Gdy otwieram oczy, budząc się z bólu, wisi nade mną ciepły blask, który na myśl przywodzi nadziemia, boskie krainy i wszystkie pozaświaty. Nie wiem, ile czasów i miejsc minęło, w mojej głowie tętni to, co posłyszałem w ciemności, przejmuje mnie żal, zimny chłód dokonanego odejścia i przerażające podejrzenie, że świat jest już za mną bez żadnej nadziei i żadnego odwrotu.

Ale głos, który rozlega się nad moją głową, zdecydowanie nie jest głosem żadnego bóstwa.

– Niech cię szlag, Mosa – mruczy Anneir Esster. – Połowa tych przeklętych podziemi spłynęła twoją krwią.

*

W jednej chwili ledwo żywe ciało spięło się, ale nie po ludzku – wielkie oczy chłopaka rozwarły się jak oczy schwytanego zwierzęcia, jedna zimna dłoń chwyciła ramię Anneira z drapieżnością, druga zacisnęła się na ciemnym fleciku i Mosa zerwał się, po czym w ułamku sekundy znów zwinął wpół z wyciem niepodobnym do głosu żadnego człowieka. Ale Anneir Esster niejedno w życiu widział i niejednego doświadczył – bezceremonialnie dokończył opatrunki, a widząc półprzytomny wzrok, bez zbędnych ceregieli ujął Mosę za ramiona, wstrząsnął lekko i strzelił w policzek.

Poskutkowało.

– Esster! – jęknął bezradnie Mosa, jakby dopiero go rozpoznał. – Ja… to… on… – Przez moment chłopak szukał słów, aż wreszcie skapitulował i rzucił znów z determinacją godną dzikiego zwierzęcia. – Ty mnie stąd musisz wyprowadzić!

– Jeśli cię stąd nie wyprowadzę, Animede przerobi mnie na popiół – odparł Anneir drwiąco. – Co cię poharatało, koci książę?

Lakeri przez długą chwilę szukał odpowiedniego słowa w skołatanej głowie, a gdy wreszcie je znalazł, sam sobie zdawał się nie dowierzać.

– Szczurzygraj – wymruczał z przerażeniem. – Człekołap.

*

Pierwszy raz w życiu widzę, jak Anneir Esster, ta świątynia dumy i pogardy, traci kontenans i w tej nieszczęsnej sytuacji kąsa mnie dzika satysfakcja.

Żebyś ty, kurwa, Anneir, widział to, co ja.

Próbuję mu o tym mówić, ale nie mam na to języka ani rozumu – wiem tylko, że musimy się spieszyć, wiem, że moje miasto staje właśnie na drodze do śmierci i wszyscy…

Dopiero teraz spostrzegam, że nie ma przy nas Animede – gdy pytam o nią, Esster uśmiecha się przebiegle w blasku pochodni, a ja tężeję z przerażenia.

Gdziekolwiek by była, nie mamy się z czego cieszyć.

*

– Nie ma mowy, Danga. – Animede Vendra stała w przejściu do czarnej otchłani korytarza, na jej palcach tańczyły małe ogniki, a w oczach żar szaleństwa.

– Książę pan nakazuje zamknąć wejście. – Danga Rebbe powtórzyła jeszcze raz, a dwóch strażników dobyło miecza. Animede uśmiechnęła się tylko leniwie, a ogień na jej szczupłych dłoniach zapłonął żywiej.

– Esster go szuka i nie ustanie, dopóki nie znajdzie. A ja nie pozwolę wam na nic, jeden krok i ogień pójdzie w tany. – Wyrzuciła z siebie groźby bez najmniejszego zastanowienia, bo mogłaby puścić teraz ogień na pałacowe korytarze z mroźną trzeźwością umysłu. I ta bezwzględność musiała zrobić wrażenie: stara mistrzyni i strażnicy cofnęli się, a Animede pomyślała o blasku swojej mocy wypisanym w ich przerażonych oczach.

Ciepło oddechów na plecach, aksamitne szelesty z ciemności i cichutka melodia – tyle wystarczyło, by pojęła, że to nie jej zuchwałość odbija się strachem w ludzkich źrenicach.

*

Nie wiem, jak działa medycyna Esstera i czego we mnie napakował, ale po paru chwilach gnam już przez te korytarze jak wariat. A może to strach gna mnie do przodu – bo ja już wszystko widziałem i wszystko wiem.

Wszystko objawił mi Człekołap, Szczurzygraj, istota taka sama jak ja, która milczącego stracha napędziła straży oraz cechowi.

I zupełnie inna niż ja.

Gdy wypadamy wreszcie z podziemi, przy metalowych drzwiach nie ma nikogo. Esster klnie, ale ja pędzę dalej, bo na nic innego nie liczyłem – przez piwnicę, przez schody wypadamy na zacisze pałacowego korytarza usłane pysznymi dywanami.

Furda, zacisza! Furda, dywany! Stajemy na środku, przed nami kobierzec się ściele, ze ścian patrzą ze zgrozą przodkowie miasta Veira, a między tym złotem i wspaniałościami leniwym strumieniem przepływają szczury.

Dużo szczurów. Cała masa szczurów.

Ich czarne oczka zatrzymują się w jednym miejscu i wbijają się w nas, a wtedy ja w jednej chwili wtykam sobie flet do odrapanej gęby i zaczynam grać. Przez korytarz idziemy powoli, szczury rozstępują się, Esster idzie za mną przejęty jak panieneczka, a ja mam ochotę wyć, płakać i zabijać, bo wszystko jest tak, jak mi Szczurzygraj powiedział.

Teraz on przejmuje to miasto we władanie.

Kiedy wyłazimy z pałacu, ranek już wisi nad miastem, ale żadne dźwięki nie rozlegają się pośród kamiennych kolosów, żadne wołanie przekupki, żadne śmiechy strażnika. Wypadamy z pałacowych wrót prosto na rynek, a on otwiera się przed nami jak nieme cmentarzysko, jak pobojowisko życia i śmierci, jak milczący świadek zagłady, któremu już tylko cisza została zamiast lamentów i płaczu.

Na rynku veirańskim nie ma ani jednego człowieka.

Przez rynek veirański przepływają szczury.

Jest ich tyle, ile gwiazd na niebie, niektóre gnają przed siebie jak oszalałe, inne cisną się gromadami, a jeszcze inne – szabrują w oknach przepysznych kamienic, które wiszą już teraz martwo nad rynkiem. A ja gram swoją melodię, wygrywam im ślepotę, wygrywam im obojętność, resztki własnego serca i krwi wpluwając do flecika – i szczurzy świat kręci się bez zmiany, choć właśnie skończyło się życie tego naszego.

Tego ludzkiego.

Twarz Anneira Esstera, który stoi obok mnie, nie wyraża nic oprócz zdziwienia, a ja nawet nie mam siły na odrobinę uciechy, bo słowa Szczurzygraja dzieją się co do joty. I nie muszę szukać żadnego mieszkańca, nie muszę zastanawiać się, czy jest tu ślad człowieka, bo i to objawił mi nienawistny głos w ciemności, co zawisł nade mną chwilę przed moim skaraniem.

Nie będzie tu ni śladu człowieka. Szczurzygraj zjawił się tutaj, by wyprowadzić stąd człowieka – a każda z jego melodii ma moc zaklinania ludzkiego serca.

Tak jak moje melodie zwodzą wszystkie szczury.

Idziemy dalej – ja gram, dłonią wskazuję tylko Essterowi, żeby trzymał się mnie jak deski ratunku, a ten idzie za mną, lawirując ostrożnie między futrzanymi kłębami, które krążą i ocierają się o nas, nie widząc nas zupełnie. Przecinamy rynek, wchodzimy w Zachodnią, w największą arterię miasta, ale i tutaj zamiast barw i zapachów, zamiast głosów i rytmów kłębią się szczury – demontują świat człowieka w oknach i na ulicy, w drzwiach i na balkonach, ściągając wszystko, co tylko wpadnie w ich przykurczone łapki. Wiszą na okiennych zasłonach, wyciągają smakołyki z kramów, szamoczą się na ulicach ze wszystkim, co człowiek zostawił, a ja już płaczę bez żadnego opamiętania i łzy spływają po moich policzkach, bo Szczurzygraj, głos z ciemności, jest słowny jak śmierć i nieszczęście.

I nie muszę się pytać, gdzie podziali się wszyscy ludzie – bo i to mi w swojej pysze czy pokusie zapowiedział.

Żaden człowiek nie zasługuje na życie w oczach króla małych zwierząt.

Każdy człowiek zasługuje na śmierć.

*

W szarościach poranka na ulicy Zachodniej Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, zrozumiał, że tutaj właśnie kończy się jego pojmowanie rzeczywistości. Tysiące małych istnień kręciło się wśród kamiennych form miasta Veira, zlewając się w jedno z burością wiekowych kamieni, nagie ogony wiły się, a czarne oczka strzygły gdzieniegdzie znad zniszczenia i szabrowiska. Cała ta fala zdawała się przepływać obok nich, jakby byli z innego świata, i Esster nie wątpił, że to zasługa melodii, którą wygrywało nieszczęsne stworzenie stawiające koślawe kroki u jego boku.

Mosa niemal wpił się odrapaną twarz we flet, szedł do przodu przykurczony z bólu, a łzy płynęły mu pomiędzy zadrapaniami. Temu chłopakowi właśnie kończył się cały świat, a Anneir Esster, cyrulik z Morleadu, po raz pierwszy poczuł coś na kształt współczucia.

Przystanął. Położył dłoń na ramieniu szczurołapa, a Mosa zwrócił się w jego kierunku, piłując wciąż prostą hipnotyczną melodyjkę.

– Czy to zrobiła ta istota z podziemi? – Mosa przesunął palce na fleciku i skinął głową. – Czy przez niego zniknęli stąd ludzie? – Umęczony wzrok znad instrumentu odpowiedział sam za siebie. – Czy oni mają szansę przeżyć? – Tu głos Anneira sam drgnął, a Mosa przymknął opuchnięte oczy.

Ostatnie pytanie Esster zadał, tknięty nagłą intuicją.

– Czy ty możesz jakkolwiek to wszystko zatamować?

*

Kurwa mać, Esster, pomyślałem sobie, niech szlag trafi ciebie i twoje pytania.

Oczywiście, że wiedziałem, jak to zatamować.

To także przepowiedział mi głos z ciemności – Szczurzygraj, Człekołap ludzka śmierć i szczurze panowanie.

Głos z ciemności, co opadł mnie razem ze szczurzą dusznością, przez pierwszą chwilę opowiadał mi o tym, jak zadziwiony jest moją melodią. Jak bardzo podziwia stąpanie po granicach światów. Jak zaskoczyło go nasze spotkanie – moje i jego, dwóch istot, które z dwóch granic wygrywały swoje melodie. Wtedy jeszcze szczurza duszność otulała mnie zaledwie, tysiące kosmatych ciał tuliły się do mnie jak do niewidzianego brata, a Szczurzygraj roztaczał przede mną wizję swojego królestwa, w którym żaden z jego poddanych nie zostawiłby go w ciemności na pastwę wroga, nie zlekceważyłby go i nie wystawił.

Zaprosił mnie do tego królestwa.

Powiedział mi, co gra w jego myślach i jaki los przynosi Veirze w imię wybawienia swoich, ja chwyciłem za flet, cisnąłem melodię ataku, a szczurza duszność bez wahania chwyciła za mnie. I w jednej chwili z piedestału runąłem w krwawe odmęty szczurzego kłębowiska – a głos z ciemności wyśmiał mnie pogardliwie, bo jednak okazałem się taki sam jak ludzie.

Szczurzygraj zwyzywał mnie od ludzkiego, zdradzieckiego pomiotu – i dokładnie taki miałem teraz zamysł.

Esster stoi naprzeciw mnie, a ja ważę w myślach to wszystko, co mógłbym uczynić. Nie chciałem. Było mi wstyd. Nie widziałem Szczurzygraja, ale czułem na sobie jego pełen pogardy wzrok. Zasłużyłbym na tę pogardę bez dwóch zdań.

Ale naokoło mnie szarawa fala przelewa się przez miasto, które kochałem. Szarawa fala wyparła stąd ludzi, których kochałem, a ponura śmierć wisiała nad ich głowami. Gdzieś w pochodzie Szczurzygraja tańcuje Animede i wszyscy pocieszni mieszczanie, którzy zginą, nie wiedząc nawet o własnej śmierci.

Nie wiem, czy godność i honor jednego człowieka są dobrą ceną za życie całego miasta – ale wiem, że są moją jedyną walutą.

*

Ostatnie takty melodii są głośniejsze, ostro odbijają od kamiennych ścian i bruku – a kiedy Mosa odejmuje od ust drewniany flecik, szepcze niemal bezgłośnie zdrętwiałymi wargami:

– Wiem, gdzie oni są. Mam sposób. Jest kurewski, Esster. Ale potrzebuję twojej pomocy.

– Tego jednego, parszywego dnia – Anneir Esster jest ponury jak śmierć i noc – możesz mnie prosić o wszystko.

*

Ze zdumieniem patrzę, jak to ryże utrapienie, które stało się moim ostatnim towarzyszem w tej eskapadzie zniszczenia, we własnych dłoniach wyczarowuje świetliste pasma magicznego Przejścia między przestrzeniami.

Cyrulik pieprzony, myślę z nieoczekiwanym zachwytem, bo i ja, i Animede wiedzieliśmy, że Esster tylko podaje się za medyka z dalekiego Morleadu, choć w rzeczywistości jest dzikim żywiołnikiem – urodził się z magicznymi mocami, ale nie szkolił ich w cechu, a dla szkolonych magików jest niewdzięcznym obiektem zagrożenia. I teraz Anneir Esster stoi naprzeciw mnie, spomiędzy jego dłoni świetliste pasma wyłaniają się z lekkością, a on układa je i czaruje, wprawia w ruch i w przepływ, aż wreszcie zamykają się między jego dłońmi w kształt świetlistych wrót.

Ciemność, która pojawia się między jaśniejącymi pasmami, ma dla mnie kolor nadziei.

– Jeśli mówisz, że powiódł ich na wzgórze Kanter, to właśnie otwieram ci drogę do Kanter – mówi Esster, uśmiechając się szelmowsko. – Nie musisz o tym później pamiętać.

Rozumiemy się bez słów – Esster i ja, dziki żywiołnik i szczurołap, anomalia i wybryk.

Dalej mam ochotę przetrącić jego gębę, ale teraz ten zarozumiały uśmiech wkurwia mnie jakby mniej.

Nie skupiam się jednak na tym – ujmuję flet, choć palce i usta odmawiają mi posłuszeństwa, a kolejna melodia, którą gram, nie jest już wolna i hipnotyzująca. Nie kryje nas. Nie chroni nas. Kolejną melodią znów wabię i kuszę, znów trącam najczulsze struny szczurzych serc, znów odmalowuję przed nimi zbawienie i szczurzy raj. I gram jak wariat, bo wiem, że na końcu tego wszystkiego czai się moje nieszczęście i moje potępienie – ale melodia przejmuje mnie w zupełności i po krótkiej chwili ja pierwszy żyję jej rytmem.

A zaraz po mnie – rytm poczyna przejmować ruchy szczurzej fali.

Pierwsze zwierzęta zatrzymują się i zarzucają swoje trajektorie, zostawiając szabrowane skarby na ulicach. A gdy kilka szarawych grzbietów podchodzi do moich nóg, ja kiwam powoli głową Essterowi i wkraczam w ciemność przejścia.

I za mną wije się pierwszy nagi ogon i pierwszy obły grzbiet.

*

Poza kamiennymi granicami ludzkiego świata tylko natura jest niemym świadkiem tego, co dzieje się na drodze do Kanter.

Tylko natura – krzewy i drzewa, trawy i kamienie, żywe istoty, którym bogowie oszczędzili otchłani ludzkiego rozumu – widzą ten pochód, który rozlewa się leniwie między łąkami. Oszołomieni ludzie podążają tutaj przed siebie, starzy i młodzi, biedni i bogaci, piękni i brzydcy, każdy z nich ze wzrokiem, w którym nie ma cienia świadomej, jasnej myśli. Toczą się przed siebie jak jedna fala o tysiącu głów, poranne słońce rozlewa się nad nimi tak, jak nad resztą świata, a melodia, prosta melodia, nadaje im rytm i krok.

Tę melodię słyszą wszystkie żywe istoty wokoło – ale nie odmienia ona ich serc.

Ona zaklina tylko myśli i rozum człowieka.

Wzgórze Kanter tkwi tak jak zawsze – wyrasta łagodnie spomiędzy łąk, unosi się obłym grzbietem ku niebu, a na jego płaski szczyt prowadzi droga wznosząca się leniwie przez zbocze. I taki też jest krok pochodu, który staje pod wzgórzem – a melodia, co tnie jasne powietrze poranka, zwalnia jak i ten, co wiedzie pochód ku jego przeznaczeniu.

Szczurzygraj, Człekołap pierwszy wkracza na ścieżkę niosącą się przez cielsko wzgórza.

Za sobą czuje tysiące istot, które dały się uwieść jego melodii. Przed sobą czuje jasność i moc, potęgę i przyszłość – bo piękny jest świat poza veirańskimi kanałami, a on dzisiaj temu światu niesie przyszłość śmigłą i zwinną jak szczur. Melodia wypełnia jego żyły i tłoczy się w jego sercu, gra jak opętany, nie przerywając ani na moment – a bicia serc i szelesty oddechów składają się w jedną symfonię z jego rytmami i śpiewami poranka.

Droga przez wzgórze nie nuży go ni odrobinę i nic nie wstrzymuje jego leniwego kroku. Stąpa po piaszczystej ścieżce i rozgląda się wokoło, po świecie, który zostaje coraz niżej, po polach i łąkach, które kładą się aż po horyzont. Z tyłu na widnokręgu zostaje kamienna skorupa miasta Veira, co właśnie zaczyna nowy czas swojej historii – ale tam Szczurzygraj nie patrzy, on w sercu ma tylko to, co czeka go w przyszłości.

Na płaskim grzbiecie wzgórza staje jako pierwszy, chłonąc moc przestworzy.

I dopiero cicha melodia zdradza mu, że nie jest w tych przestworzach sam.

*

Gdybym mógł, zabiłbym siebie samego w tej chwili.

Ale komu innemu obiecałem śmierć.

Gdy tylko melodia zaczyna się nieść znad drogi, ja od razu zmieniam swoją. Tkwię na kamieniu, w sercu tego nieszczęsnego wzgórza, naokoło mam otwarty świat, a za mną kołyszą się w hipnotycznym tańcu szczury. Są już moje, są już zaklęte – pozbawione Szczurzygraja wpadły w moje sidła jak zawsze, a ja wywiodłem je aż tutaj.

Jak zdrajca. Jak ludzki pomiot.

Gdy pierwsze ludzkie sylwetki wyłaniają się zza zbocza, ja nie od razu dostrzegam tego, kto ich wiedzie. Mierzę wzrokiem tę ludzką ławę – tych wszystkich otumanionych mieszczan, co idą właśnie na nieświadomą śmierć, i wyzbywam się resztek sumienia i skrupułów.

A potem rozpoznaję sylwetkę utrapienia z ciemności i moja melodia przez chwilę drży.

Szczurzygraj, Człekołap jest rzeczywiście taki sam jak ja.

Na czele ludzkiego pochodu idzie niewielka istota – prawie dziecko, na pewno młodzieniec, niski i przygarbiony. Wyglądałby jak człowiek, gdyby nie zmarszczona skóra twarzy, która przechodzi w płaty szczurzych uszu. Byłby bardziej ludzki, gdyby nie unosił się za nim nagi i zręczny ogon. Łatwiej byłoby mu spojrzeć w twarz, gdyby nie miał czarnych okrąglutkich oczu i gdyby jego nos nie układał się jak nos zwierzęcia.

Ta istota kroczy między światami zupełnie tak jak ja – z jasnym fletem u pomarszczonych ust.

Na mój widok przystaje, a razem z nim staje też pochód i ja dziękuję bogom, że nie ma w tej pierwszej ławie nikogo, kogo kocham, bo muszę być teraz zimny i rozmyślny. Wypluwam z siebie pierwszy rytm. Jest ostry i nieprzyjemny, jest rytmem śmierci i zniszczenia. Podciągam go, nasilam, wyostrzam – świdruję już ze wszystkich sił i już czuję, że masa szczurzych ciał za mną przejmuje moją muzykę.

Nie mam litości – rozlewam nad nimi dźwięki śmierci i zabijania, opowiadam im historię o żądzy krwi i rozdzieranym ciele, skazuję ich na głód i objawiam zaspokojenie, a kiedy szczury szaloną ławą rzucają się przede mnie, mam ochotę gnać z nimi, bo i mnie te dźwięki przejmują aż do głębi.

Widzę, jak fala obłych grzbietów dopada Szczurzygraja. Widzę, jak zalewa go morze kosmatych ciał, a jego czarne oczka – czarne i nieludzkie – są ostatnim, co znika pod zalewem buroszarej sierści. Do ostatniej chwili są wymierzone we mnie – a ja wiem, że on niczego nie zrobi, że będzie tak tkwił, zaskoczony tym, co napotkało go na wzgórzu, bo on nie przywykł do braku lojalności. On zginie jak król, nawet jeśli to ja zakląłem do zdrady i śmierci jego poddanych.

Jak zdrajca. Jak ludzki pomiot.

Moja własna melodia zagłusza mlaskania i odgłosy rozrywanego ciała – a świat usuwa się spod moich stóp w tej samej chwili, gdy pod szczurzą falą usuwa się Szczurzygraj.

Gdy toczy się ku mnie jasny flecik, jestem pewien, całą mocą gasnącego umysłu, że to jego ostatnia pokusa.

Dla zdrajcy, ludzkiego pomiotu i wyrzutka.

*

We własnym łóżku Animede obudziła się ze strzępami obrazów w głowie – obrazy drogi, wzgórza, świateł poranka nad miastem tańczyły w jej myślach do spółki z dwoma melodiami. Jedna z nich była groźna i zła, druga brzmiała jak głos przyjaciela, ale żywiołnica nie umiała złączyć tego w jeden obraz.

Na dobre zadziwiła się jednak, gdy stanęła w drzwiach własnego saloniku.

Na zielonej kanapie leżał Lakeri Mosa. Spał zwinięty i sponiewierany, w jednej dłoni kurczowo trzymał własny flecik, ciemny i drewniany, w drugiej miał podobny, tylko że większy i jasny. Na ziemi, oparty o kanapę i kolana Lakeriego, spał Anneir Esster – a jego blada, arystokratyczna twarz układała się przez sen w wyraz znużenia.

Nie wiedziała, co musiało się stać, by doszło do takiej komitywy – a chwilę później jej myśli odwrócił łomot do drzwi.

Znajome wrzaski obwieściły straż.

Na ten dźwięk Mosa i Esster obudzili się w jednym momencie – Mosa zerwał się, rzucił się w stronę drzwi, ale zatrzymał się po chwili i zmierzył wzrokiem jasny flet.

– Mosa, ja nie radzę… – głos Esstera był czujny i ostrożny.

Chłopak spojrzał na niego znad instrumentu, a zdumiona Animede spostrzegła na jego twarzy wątły uśmiech.

– Spokojnie, Esster – powiedział bez najmniejszych awantur. – Ja nie zamierzam.

Zatknął sobie ciemny flecik za pas tak, jak robił to zawsze. Jasny ujął w dłonie, przyjrzał mu się bacznie, lekceważąc straż i jej groźby za drzwiami – i pewnym, zdecydowanym ruchem przełamał instrument na pół. Oba kawałki cisnął w stronę Esstera. Anneir złapał je, a Mosa tanecznym krokiem poskoczył do drzwi.

– A cóż to za grobowe miny? – parsknął śmiechem w twarz zdezorientowanym strażnikom. – Domyślam się, że jaśnie pan książę ma ze mną do pogadania; na jego szczęście ja także dzisiaj chętnie utnę sobie pogawędkę.

Strażnikom dał się wyprowadzić bez najmniejszego zająknięcia.

– Esster? – na tyle było stać zdziwioną Animede, gdy drzwi zamknęły się za szczurołapem. Anneir wstał i rozsiadł się na kanapie. Dwa kawałki flecika schował do kieszeni z ostrożnością większą, niż zwykle, ale zamaskował ją zwykłym, arystokratycznym uśmiechem.

– Pan Mosa postanowił wrócić do domu – westchnął – To najważniejsze, co powinnaś wiedzieć o tej nocy.

Nie teraz

Gdy staję na brzegu strzelistego dachu, nie ma wokół mnie towarzystwa. Jestem ja i przestrzeń, która kończy się w szarych mgłach horyzontu. Ja i mozaika dachów, które sterczą z tkanki ziemi jak rachityczne zęby bestii. Ja i misterna plątanina ulic, która rozściela się u moich stóp jak zagadka do rozwiązania.

Ale ja nie przychodzę tutaj, by rozwiązywać łamigłówki.

Ja przychodzę tu na pocałunek śmierci.

Włażę na dach prastarej Kawerny zawsze wtedy, kiedy jestem kurewsko zły. To nie jest tak, że życie w moim mieście niesie korowody radości. Że karmi pysznymi pieczeniami sukcesów i poi najlepszym winem wygranych. Miasto Veira potrafi być potężnym kurwiskiem. A czasem nawet – wykidajłą, co z kijem stoi przed drzwiami burdelu i w Twoich oczach rozpoznaje tę samą pustkę, którą masz w portfelu.

W moim mieście ludzie nie rozumieją moich słów. W moim mieście ludzie nie lubią mojego towarzystwa. Ludzie mojego miasta śnią inne sny niż moje, a ich ciała żyją w innym rytmie niż te ciało, w którym ja utkwiłem. A jednak ja kocham do nich mówić, ja grzeję się w cieple ich ciał, ja opowiadam im sny, którym nie widziałem, tak proste i zgrzebne jak ich wizje.

A moje ciało i jego rytmy – cóż, czasami udaję, że ono nie istnieje.

Dlatego przychodzę tu na pocałunek śmierci.

Najpierw wchodzę do prastarej Kawerny. Wiem, jak to jest przemykać się pół-bezgłośnie, umiem się przecież zamieniać w kota i cisza jest moim powiernikiem. Służba nie widzi mnie, jeśli im nie pozwalam. Inni ludzie modlą się do bogów i nie ma tam miejsca na strapienia innych istot. Idę dalej – skręcam przy ołtarzu Kreatora. Znikam w schodkach, które dla większości prowadzą donikąd, ale dla mnie wiodą do mojej osobistej świątyni, do ołtarza śmierci i pojednania się ze światem. Aż wreszcie wchodzę po schodach starej wieżycy. Nie ma już tam pajęczyn, nie ma tam kurzu na poręczach, ja już wyznaczyłem ścieżki na wąskiej, zatęchłej klatce schodowej.

Gdy dochodzę do kawernalnych okien – potężnych, przebitych na wylot światłem – zmieniam postać na tę drugą, na zwierzęcą, na tę kocią. Misterny kanty zadaszenia Kawerny łatwiej mi pokonać na czterech łapach, choć wiatr zawsze szarpie mnie za ogon i świszcze swoje groźby w nadwrażliwych uszach. Ale gdy wychodzę na dach, gdy pnę się po stopniach dachówek na ostatnią platformę, gdy wskakuję tam, gdzie resztki budowli dzielą mnie od niewidocznych gwiazd, zawsze powracam do ciała człowieka.

W ciele człowieka strach krąży inaczej. Jest bardziej świadomy, niestłamszony ręką instynktów. Strach w ciele człowieka smakuje jak alkohol i ja – na dachu, wśród przestworu – upijam się nim, pozwalam, by krążył w mojej krwi i zaślepił mi oczy. Przy pierwszym zachłyśnięciu robię krok do przodu. Wtedy nie widzę czubków mojego buta na tle szkarłatnego dachu. Czerwień dachówek zamienia się na rysy miasta. Wicher bije we mnie, słońce mnie oślepia, a ja stoję. Chwieję się. Tętnię od upijanego strachu, a potem – gdy już nie wiem, czy jeszcze jestem wichrem, czy już może człowiekiem – otwieram szeroko oczy.

I wtedy widzę przestrzeń, która kończy się w szarych mgłach horyzontu. Mozaikę dachów, które sterczą z tkanki ziemi, jak rachityczne zęby bestii. Misterną plątaninę ulic, które rozścielają się u moich stóp, jak zagadka do rozwiązania.

Potrzebuję odległości jednego prastarego budynku i szkarłatnego koloru mojego własnego strachu, by spojrzeć na ten świat czułym okiem. Wtedy widzę ludzkie drobiny w tkance miasta. Te, które nie rozumieją moich słów, ale i samych siebie, bo krążą bezradnie jak mrówki po ulicach. Te które nie lubią, mojego towarzystwa, a jednak wszystkie są teraz pod moim okiem. Te, które śnią sny inne niż moje, a jednak teraz stają się moją własną wizją.

Łatwiej mi ich pokochać, gdy widzę ich bezradność.

Łatwiej mi siebie pokochać, gdy widzę, że mogę się stracić.

Łatwiej mi myśleć o sobie dobrze,  gdy czuję chłodny pocałunek śmierci na moim karku i chłodny pazur rozłąki – ten najgorszy, bo ze swoim życiem – na przegubie ręki.

***

Czasem jest tak, że gdy schodzę, pod Kawerną czekają już moi przyjaciele. Animede zawsze wtedy pyta, jak minął mi dzień, a ja odpowiadam zgodnie z prawdą: to było ciężkie popołudnie. Potwornie mnie wymęczyło to popołudnie. Ona śmieje się wtedy, a ja śmieję się z nią, bo jej śmiech leczy wszystkie moje smutki.

Ale ona nie wie, o co mnie pyta. Nie wie, że nie pyta o sprzątanie kawernalnych zakątków, nie wie, że ja wcale nie dorabiam tam na służbie i nie ma pojęcia, gdzie kończą się moje kroki.

Ale jeśli jest z nią Esster, to ostrożniej się śmieję pod ostrzałem jego zielonych oczu. I on ostrożniej się ze mną wita, gdy spotykamy się w takim momencie.

Obydwaj wiemy, co wydarzyło się pewnego poranka.

Obydwaj wiemy, że pewnego ranka spotkaliśmy się obaj na dachu Kawerny. Nie witaliśmy się i nie kłóciliśmy się, nie awanturowaliśmy i nie biliśmy się po pyskach. Spojrzeliśmy tylko po sobie – on na mnie, ja na niego i rzuciliśmy sobie dwa słowa.

Nie teraz.

Nie wiem, od czego on wtedy uciekał.

On nie wie, przed czym uciekałem ja.

Ale „nie teraz” zostało w nas obu i niesiemy je razem jak milczący, przeklęty skarb.

I za to jednak kocham mój świat i moje miasto. Zazwyczaj gdy staję na brzegu prastarego dachu, nie ma wokół mnie towarzystwa. Ale raz, gdy stanąłem na brzegu życia i śmierci, to jednak nie pozostałem tam sam.