O namiotach, balkonach i wyspach na horyzoncie

Przez prawie cały miesiąc dozowałam sobie internet jak najpyszniejszą, acz szkodliwą bezę.

Moje zdrowie mnie dopadło i musiałam się zatrzymać – zadbać o siebie i doleczyć ostatecznie to, co było niedoleczone. No więc zatrzymałam się, włączyłam tryb odpoczywania i im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że to świat, w którym chciałabym żyć w przyszłości. Nie jarają mnie technologiczne utopie, samochody jeżdżące bez paliwa, androidy o intelekcie większym niż połączone zdolności umysłowe połowy małego miasteczka – zacznijmy lepszą rzeczywistość od tego, że normalnym będzie odpoczynek i równowaga zamiast dzikiego zapierdolu.

I mówię to ja – osoba, która jeszcze parę lat temu chronicznie nie lubiła się zatrzymywać.

Zrobiłam więc sobie kokon z tabletek, dziennika, farb i otwartego worda. Gapiłam się na kota, który liże łapkę i na kwiaty, które rosną. Łapałam myśli i zapisywałam je, a nad tymi notatkami jak srebrna mgła unosiła się myśl, która jednocześnie mogła być uczuciem: no przewspaniała jest ze mnie dla siebie samej towarzyszka.

A poza tym zatrzymaniem, zdarzyła mi się Szkocja.

***

Gdybym była Zbigniewem Wodeckim, piosenka „Lubię wracać tam, gdzie byłem”, odnosiłaby się do Szkocji.

Swojej własnej piosenki o niej nie umiem wymyślić. Wszystkie moje myśli w temacie Szkocji skupiają się w zdaniu: „to niemożliwe, że coś takiego istnieje”, a te sześć słów to jednak za mało, jak na piosenkę.

Pojechałyśmy tam z koleżanką (wiem, że to przeczytasz :D) bo wymyśliłyśmy sobie tę podróż dwa lata temu. Dwa lata temu miała się ona wydarzyć 29 kwietnia, ale – o ile tylko rachujecie szybciej ode mnie –  2022 minus 2 daje 2020, a wszyscy wiemy, co się wtedy wydarzyło.

Zamiast podróży i szlajaczki z namiotem po najbardziej odludnym szlaku Wielkiej Brytanii zostało nam smętne kasowanie rezerwacji w rytm pikających newsów o pandemii koronawirusa.

Teraz jednak zebrałyśmy siebie i plecaki wypchane campingowym pierdoletem, i ruszyłyśmy na szlak. Fun fact – końcem kijka nie ruszyłyśmy tego najbardziej odludnego szlaku. Zrobiłyśmy z niego pięć kilometrów, zmokłyśmy tak, jak tylko w Szkocji można zmoknąć i zawróciłyśmy.

A ja byłam z nas, z siebie dumna jak matka niemowlaka, który właśnie zaczyna chodzić, bo – omamusiu! – ile wody w rzekach i po moim karku musiało spłynąć, żebym ja się nauczyła odpuszczać.

Ale nauczyłam się i reszta wyjazdu minęła nam na zacnych aktywnościach. Spanie pod namiotem. Spanie przed namiotem. Gapienie się na niebo. Gapienie się na góry. Piwo na pikniku. Piwo w knajpie. Łażenie po plaży i zbieranie muszli. Łażenie po plaży i niezbieranie muszli. Dziennikowanie z widokiem na przestwór oceanu. Spacerowanie z widokiem na koronkę gór i wysp nad morzem – tę koronkę, która sprawia, że moje włóczykijskie serce dostaje kręćka.

Poznałyśmy na pamięć menu jednego baru w Mallaig i menu kawiarni na promach CalMacBrayne, a sztukę elastyczności doprowadziłyśmy do mistrzostwa. Ta sztuka elastyczności sprawiała, że raz na dwa dni złaziłyśmy spod namiotu, kierunek wybierałyśmy, kierując się prognozą pogody, a ja po raz kolejny zrozumiałam, że jeśli wszystko w życiu będzie mi tak wychodziło, jak szukanie noclegów na pałę w Szkocji, to będę ustawiona. Gdy mój mąż dojechał do nas z samochodem, zyskałyśmy nieco więcej rozmachu i wylądowałyśmy na Hebrydach Zewnętrznych, na polu namiotowym, które rozkładało się nad lazurową plażą.

A potem, w myśl elastyczności, zawinęliśmy stamtąd kolejnego dnia, gdy okazało się, że do końca tygodnia nie ma już miejsca na powrotnych promach.

Chyba za to najbardziej lubię Szkocję.

Za to, że pierwszy raz w życiu pojechałam bez żadnego zaklepanego noclegu, za to z namiotem na plecach.

Za to, że sztywne plany mogłam zamienić na leniwe słuchanie rzeczywistości i swoich potrzeb. Pada? Szukamy hotelu. Nie pada? Śpimy pod namiotem. Nie mamy auta? Zrobimy krótszą drogę. Mamy auto? Jedziemy z koksem.

Wtedy przydarzają się kosmiczne i niesamowite rzeczy.

***

Półwysep z latarnią.

Po nim krążyłam jakieś trzy lata temu, a w mojej głowie roiło się od pytań z kategorii: Kim Być i Dokąd Zmierzać. A teraz znalazłam się tam znowu, morze znów tańczyło w objęciach wysp na horyzoncie, a ja już miałam w głowie odpowiedzi na te pytania. Może bardziej na Kim Być, niż Dokąd Zmierzać, ale umówmy się – jak się zna swoją naturę, to łatwiej wyznaczyć dalszą drogę.

Nie czułam tam fajerwerków, nie grał mi w głowie hymn z Rydwanów Ognia.

Po prostu zdałam sobie z tego sprawę i pomyślałam: Sylwuniu, zajebista robota. Idźmy ją robić dalej.

***

Kościół na końcu świata.

Musicie coś o mnie wiedzieć: ja nie mam żadnych obaw w mieście, ale czasem nieswojo czuję się na wsi. Bardziej od natłoku ludzkich głosów płoszy mnie samotność i cisza, a moja miłość do natury pełna jest respektu.

Takiego respektu, jaki się ma przed czymś, co budzi obawę.

Tym bardziej zatem dumna byłam z siebie, że ostatniego dnia poszłam na wieczorny spacer sama. Spaliśmy w małej wsi Kilvater, widok mieliśmy na dalekie morze i pas wysp na horyzoncie, a pogoda – jak to bywa z ostatnimi dniami w Szkocji – była idealna. Poszłam więc główną drogą, potem zboczyłam w mniej główną drogę, a potem w jeszcze mniej główną, aż dotarłam do ruin kościoła.

Z gotyckiego okna widać było morze i pas wysp na horyzoncie, które zbierały już złoto zachodzącego słońca.

Piękniej nie mogła się ze mną Szkocja pożegnać.

***

W sercu będę też zawsze miała Glenfinnan i jego okolice – to miasteczko, w którym porzuciłyśmy nasz Supertrudny Szlak. Zamiast niego po nocy w górskim schronisku wybrałyśmy dwa dni w przytulnym hoteliku w Mallaig, a potem bezczelnie popłynęłyśmy na końcowy punkt Supertrudnego Szlaku, małą wieś na najbardziej odludnym półwyspie i mieszczące się tam pole namiotowe.

Pole zaiste było złotem, z jednej strony miało morze, z drugiej góry, a ja, patrząc na te szczyty, nie żałowałam w ogóle, że to nie z nich przyszłam.

Gdybym z nich przyszła, prawdopodobnie nie miałabym sił nawet na to, by gapić się na morze.

A przecież nie o to chodzi w życiu, by sił zabrakło na to, co najlepsze.

Zamiast wspomnień o dzikiej wędrówce przywiozłam z Glenfinnan serię retrografik z kotami, spalony od leżenia na słońcu nos i kilogram muszel, bezwstydnie przeszmuglowanych w bagażu nadanym Ryanaira.

Nie zamieniłabym tego na żadne kilometry.

No i trzy razy mijałyśmy rozpędzony pociąg do Hogwartu, how cool is that?

***

A żeby współczynnik magii rozpieprzył wszystkie moje magiometry, po przylocie ze Szkocji trafiłam prosto na pierwsze spotkanie kreatywnych dziewczyn z Iskry. I tam znów – niby nic, a jednak wszystko, niby cisza w cieniu drzew, a jednak gwar myśli twórczych stworzeń, łączenie słów, zaklinanie rzeczywistości w obrazach i to niesamowite poczucie, że wrażliwych, kreatywnych stworzeń jest więcej.

I halo, dostałam najpiękniejszy tort urodzinowy w swoim życiu – to tak wspaniałe, jak pociąg do Hogwartu!

***

Przyznaję więc sama sobie medal z odpuszczania i zatapiam się w dalsze rewiry kuracyjnego lipca. Dalej będę patrzeć na to, jak kot liże łapkę (skubany robi to na milion sposobów!), jak kwiaty rosną na balkonie (niby sama je sadziłam, a każdego dnia wyglądają inaczej!) i na to, jak czas przeze mnie płynie chwila po chwili, jak moja własna krew.

I choć w zasadzie poza Szkocją prawie nie ruszyłam się z balkonu, to o matko, te dni na balkonie budzą moją największą ekscytację.

To nie do końca jest kwestia miejsca. Że dalej kocham podróżować, nadal uwielbiam poznawać światy, a pasmo wysp na horyzoncie działa na mnie jak kocimiętka na kota. Ale nie mam ochoty już na zaliczanie zabytków, na dzikie biegi, szalone szlaki. Zamiast tego – cały dzień w kawiarni i gapienie się na ludzi. Cały dzień nad morzem i gapienie się na wodę. Znajdowanie miejsc, w których lepiej robi mi się na sercu nawet, jeśli nie piszą o nich w żadnym przewodniku.

Dlatego będę wracać powoli do życia. To czas eksperymentów i szukania tego, co nowe, a ja mam drugie serce do bycia poszukiwaczką.

Więc będę tu.

Mam w zanadrzu teksty, które czekają grzecznie od czerwca i nie zawaham się ich użyć.

***

Jest we mnie taka część, która nie dowierza. To ta część, która kiedyś czerpała energię z bycia w stu miejscach na raz. Z dzielenia uwagi. Ze stania dwiema nogami w dwóch różnych rzekach.

Druga część zaś odkrywa właśnie, że czasem nie trzeba być wszędzie. Że wystarczy ułożyć swój świat tak, by mieć wokoło siebie wszystko.

A sekret leży w definicji słowa “wszystko”.

Kartografka Nieistniejących Oceanów

Poznałam Nieistniejące Oceany tak dobrze, że zapomniałam, czym jest dobrze znany ląd. Gdy dzień otwierał podwoje nad moją pracownią, ja otwierałam swoje mapy. Gdy noc rozsypywała gwiazdy na czarnym obrusie nieba, ja składałam swoje lśniące cuda i zapadałam w sen, który mijał szybko jak błyskawica. Byle do rana, byle do świtu, byle do momentu, gdy mapa Nieistniejących Oceanów otworzy się po raz kolejny.

A kiedy chciałam na własne oko zmierzyć się z tajemnicą, wyciągałam z piwnicy łódź i wypływałam na Ocean.

Nie umiem powiedzieć, czy to lubię – bo to tak, jakby lubić albo nie lubić oddech, krążenie krwi czy bicie własnego serca. Ja spędzałam miriady chwil i nieprzebrane ułamki sekund w swojej pracowni, na szczycie latarni, która snopem światła oświetlała fale Oceanu. A Nieobecni tam byli – jeszcze nie urodzeni i jeszcze nie stworzeni, nie czekali na mnie, ani na nikogo, ale gdy wypływałam między fale, śpiewali mi swoje pieśni.

Moje mapy nie były zwykłymi mapami, moje kompasy czy lunety nic wspólnego nie miały z marynarskimi sprzętami, a Ocean wokoło mnie tylko pozornie utkany był z wody. Wiedziałam o tym, czułam to, oddychałam tym – ale dopiero, gdy w małej łupinie wypływałam między oceaniczne fale, każda komórka w moim ciele przypominała mi, kim ja jestem i co się kryje w falach.

Ja byłam Kartografką Nieistniejących Oceanów.

Ocean był przestworem przyszłych chwil.

Wśród białogrzbietych fal wyłapywałam szumy przyszłości, łowiłam cuda niedokonanych czasów i w głębokich toniach widziałam to, co jeszcze szykowały krótkie chwile albo długie wieki. Mój kompas wyznaczał mi kierunek, moje koło sternicze kilkoma zamachami wyprawiało mnie w drogę, a moje mapy czuwały nade mną jak czułe przyjaciółki, przekazane przez pokolenia poprzednich Kartografek. A potem wracałam do swojej latarni, brałam w dłoń papier, ołówek i linijkę, wszystkie trybiki mechanizmów mojego kartograficznego świata i pływy przyszłości układałam na mapach tak, jak pisarz kreśli swoje słowa.

Tak było do momentu, w którym napotkałam Wyspę.

***

Czy spodziewałam się tego? Nie. Czy liczyłam na to? Nigdy. Czy jakakolwiek fala zdradziła mi jej istnienie? Wszystkie milczały.

Ale już tego dnia, gdy wyciągałam z piwnicy łódkę, mrużąc od słońca oczy, podskórnie czułam, że coś będzie nie tak.

Wsiadłam jednak do łodzi. Moja dłoń dotknęła kompasu i koła, moje oczy popieściły mapy. Ruszyłam przez spokojne jak nigdy fale, czując, że pruję przez płaszczyznę swojego królestwa, opisanego przez pokolenia Kartografek. Będę pamiętała już zawsze biel grzbietów, turkus zawirowań i słony smak wody – te wszystkie cuda, które towarzyszyły tego dnia moim pewnym siebie myślom.

A potem – zobaczyłam Wyspę.

Najpierw nie dowierzałam, że to ona. Daleko na horyzoncie zobaczyłam przecież tylko szary ślad, lekkie muśnięcie, wznoszące się nad fale, nic szczególnego i nic niezwykłego. Moje mapy milczały, moje mapy w tym miejscu wskazywały ogrom wody i pusty czas, a ja im przecież zwykłam ufać najbardziej.

Ale ona tam była.

Zobaczyłam ją, gdy podpłynęłam bliżej – skalny ząb wyrastający z lekko falującej tafli oceanu, twardy kamień rozdzierający suknię wody, tak brutalny i namacalny, że nic innego to być nie mogło. Złapałam za mapy i kompas, wstrzymałam sternicze koło, a pustki Oceanu nagle zakrzyczały do mnie najstraszliwszym śpiewem.

Ale to śpiewało tylko w mojej głowie, bo dzisiaj nie było tu Nieobecnych. W mojej głowy coś zawyło i zapłakało, a serce roztrzaskało mi się na kawałki tak drobne, jak skalny pył na plaży.

W tym miejscu nie mogło być Wyspy.

***

Nie wierzyłam w nią nawet, gdy postawiłam stopy na rozgrzanym kamieniu, a mięśnie tępo bolały od wspinaczki przez skały. Nie wierzyłam, gdy krążyłam po ścieżkach między czarnymi zwałami kamienia, które piętrzyły się jak zrzucone skóry przedwiecznych bestii. Nie wierzyłam, gdy przysiadłam na rozgrzanym głazie i gdy moje łzy pociekły na jego chropowatą powierzchnię.

Mapy, które zostały w łodzi, nagle wydały mi się zdrajcami, kompas najgorszym kłamcą, a pokolenia Kartografek – podstępnymi widmami, których pazury wyrysowały mi klęskę.

Wszystko mi mówiło, że tu jest pustka i przestwór, że tu fale tańczą z wiatrem i nie rośnie żadna wyspa.

A ona jednak tu była i to jej głazy oddawały mi teraz swoje ciepło, przyjmując w zamian łzy płynące z serca potrzaskanego świata.

I nawet promienie słońca, które hojnie rozlewało swoje blaski, nie mogło ugasić tych łez.

***

Tego samego wieczora przed latarnią rozpaliłam potężne ognisko. Nie żałowałam drewna na zimę, bo żadnej zimy nie miało już przecież być. Płomień rozgorzał jak dziki, przyćmił sobą latarnię i wszystkie kolory zachodzącego słońca, które rozlewało złoto i krew na roztańczone fale.

Jedną ręką wrzuciłam do ognia kompas i słuchałam, jak trzaska kruche szkiełko.

Drugą ręką wrzuciłam do ognia mapy i patrzyłam, jak żarłoczny pysk ognia pożera czuły papier pełen rysowanych przez pokolenia ścieżek.

A potem wzięłam swoją łódź – ja, Kartografka, ja, zaklinająca pływy przyszłości w rozrysowanych planach i popłynęłam przed siebie.

W przestwór nocy, fal i oceanu.

A mojej drogi po raz pierwszy nie wyznaczał żaden plan ani żadna mapa.

Żeglarka Nostalgicznych Mórz

Nigdy nie pomyślałam, że się odważę, a jednak siadłam za sterami Statku Wspomnień. Nie powiem, była to ciężka decyzja – tym bardziej, że do jej podjęcia zmusiły mnie:

  1. dwa wypchane żbiki ze strychu mojej babki,
  2. faun z lekko zbereźnego obrazu,
  3. moja własna prababka, którą poznałam tylko dzięki temu, że miała taką samą wadę wymowy, jak moja babka, matka i pół ciotek.

Tak, to nie była zwyczajna noc.

***

Tej nocy wracałam z baru krokiem bardziej niż mniej chwiejnym. Moje życie zdawało mi się bez sensu: byłam samotna, zmęczona pracą i poszarzałym światem. I nawet wypity alkohol nie był w stanie dodać temu wieczorowi wystarczającego uroku.

Dodał mi jednak odwagi do śpiewania, więc trochę sobie śpiewałam. Przez chwilę szła nieopodal mnie dziewczyna w białej sukience, co miała asymetryczną czerwoną plamę na piersi, jedyna istota oprócz mnie na pustej, nocnej ulicy. Jej obecność nie powstrzymała mojej śpiewaczej ekspresji. Potem ktoś z balkonu zaklaskał na moje nucenie. Tym lepiej, woda na mój muzyczny młyn. Tylko policjant pogroził mi palcem, gdy przechodziłam obok zaparkowanego przy bloku radiowozu, ale to nie zrobiło na mnie wrażenia. Nie zna się, dupek, pomyślałam, nie ma nic lepszego niż „Don’t Stop Me Now”, śpiewane przez alt skropiony solidnie irlandzkim piwem.

Weszłam między bloki i zatrzymałam się koło śmietnika. Brodaty menel krzyknął na mnie wtedy, żeby się poszła odlać jak dama, ale ja udowodniłam mu w trzech słowach, że żadną damą nie jestem. Przy śmietniku walał się niski stolik, dwie paprotki, a dębowa szafa otwierała swoje drzwi przetrącone jak skrzydła. Przyjrzałam się każdemu z bibelotów na tyle, na ile mogłam przez filtr irlandzkiego piwa, rozejrzałam się, czy menel został odpowiednio spłoszony moją demonstracją soczystych przekleństw i już miałam dyskretnie ściągać spódnicę, gdy nagle usłyszałam:

– ANIMISIĘWAŻ.

Rozejrzałam się strachliwie, ale nadal byłam sama.

– KOPNĘCIĘRAMĄWTENTYŁEK – głos znów się rozległ, gdy tylko położyłam dłonie na biodrach.

Zaczęłam szukać.

Zajrzałam do szafy i pod stolik, w doniczki dwóch paprotek i już miałam nurkować do śmietnika, gdy pojęłam nagle, kto do mnie mówi.

– COSIĘGAPISZJAKBABANAOBRAZ – burknął głos, a ja zbaraniałam.

– Bo ja jestem babą? – wybąkałam – a Ty jesteś obrazem?

Długowłosy faun, lekko przepasany złotą szatą na piersi poprawił liście figowe na swoim kroczu i wyszedł z obrazu, który stał tuż obok śmietnika. Zgłupiałam doszczętnie. Serce mi strzeliło jak armata, a irlandzkie piwo zniknęło jak moje szanse na emeryturę w liberalnej Polsce.

A to był dopiero początek.

***

Chciałam uciekać gdy faun zaklaskał w dłonie i zza krzaków wyszły dwa żbiki – wypchane, a jednak poruszające się z resztkami kociej gracji. Pamiętałam je. Stały u mojej babki i za dzieciaka bawiliśmy się w to, kto pierwszym trafi cukierkiem do ich pyska. Kto trafiał ostatni – przegrywał i zjadał cukierek, a razem z nim całą tonę chemicznego paskudztwa, które czaiło się w pyskach wypychanych bydląt.

Gdy je zobaczyłam znowu, brzydkie jak środek styczniowej nocy na blokowisku, zaniemogłam potężnie. Ale największa niespodzianka jeszcze na mnie czekała.

Pojawiła się nagle na niebie, zasłaniając sobą gwiazdy. Wpłynęła nad śmietnik majestatycznie, a jej cień kładł się na blokowisku jak grudniowa chmura. A kiedy zza jej burty – tak, do chuja, to miało burtę – spłynęła lina i zjechała po niej kobieca postać, potrzebowałam chwili, by przypomnieć sobie, jak się mówi.

– Prababcia Klotylda?

***

Żeglarz Nostalgicznych Mórz, tak się nazywała jej widmowa łajba, która szybowała po niebie każdej nocy. Oczywiście, prababcia była martwa i łajba była martwa, a nikt z zabieganych ludzi nie mógł jej zobaczyć. Faun – zwany Żorżem – robił za bosmana, choć nie było tam żadnej załogi, a dwa żbiki, gdy było trzeba, polowały na Rekiny Niepamięci i odgryzały im ogony, albo prały je łapkami po pyskach.

To powiedziała mi moja prababcia tej nocy, stojąc pod widmem statku przy śmietniku, za którym chwilę temu jeszcze chciałam się wysikać.

Gdy lina ze statku przysunęła się do mnie jak kot, ja spojrzałam na nią i pozwoliłam się jej opleść.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

***

– Wyobraź sobie wspomnienia – powiedział Żorż, gdy stałam już na pustym pokładzie widmowego statku – Wspomnienia tak samotne, że szybują po świecie i wyją za oknami. Wy na to mówicie: duchy, zjawy, upiory. A my wiemy, że to zgubione okruszki przeszłości, które chcą wrócić do swojego świata.

– Nie dziw się, że na Ciebie padło – powiedziała prababka Klotylda, biorąc się pod bok jak najprawdziwszy pirat – do stu fur beczek dynamitu, jesteś moją potomkinią i płynie w Tobie moja krew. Powiedz, czy ty czasem widzisz rzeczy? – machnęła nogą w koronkowych galotach, jakby chciała zatańczyć kankana, poprawiła sobie pirackiego kapelusza i wydobyła zza pasa lunetę.

Czy widzę? Kurwa mać, ja im chwilę temu śpiewałam, pomyślałam o dziewczynie z asymetryczną plamą na piersi.

– My też widzimy – odezwały się żbiki, a moja zdolność do zdziwienia skończyła się w tym momencie – rozpoznajemy człowieka, który słyszy inne głosy. Człowieka, który będzie Żeglarzem Wspomnień. A do tego: wyczyści nam czasem fantomową kuwetę i sypnie księżycowej karmy.

Przysięgłabym, że gadziny wyszczerzyły krzywe pyski w uśmiechu.

***

Od tamtej pory nie lubiłam fantomowej kuwety, ale musielibyście poznać tę technologię, żeby ją zrozumieć. Nigdy jednak więcej moja noga nie postała na ziemi.

Od tamtej pory ja byłam Żeglarką Wspomnień i szybowałam z moją prababką po Nostalgicznym Niebie.

Wtedy dopiero zobaczyłam przerwane ludzkie historie. Krążące po ziemi pytania kobiet, które same nie rozumiały siebie i snujące się bezpańsko nad ludzkim światem odpowiedzi ich babek, które już przekroczyły progi wszelkiej wiedzy. Zbolałe serca, które zapomniały o swoich naturach i echa tych natur które nie mogły odnaleźć swojego miejsca. Smutki na twarzach kobiet i wspomnienia najpiękniejszych chwil, które samotnie błąkały się pod księżycem.

Prababka mi wszystko pokazała.

Łowiłam je, łączyłam je, zszywałam srebrnymi nićmi snów i otulałam czerwoną płachtą uczucia. A kiedy noc się kończyła, kobiety budziły się szczęśliwe – w objęciach chwil, o których zapomniały, z pamięcią o babkach, z odpowiedzią na wiele, najbardziej krwistych pytań.

Czy kiedyś to zrozumiałam?

Nie.

Czy kiedyś żałowałam?

Zupełnie.

Stanęłam na granicy świata ludzi i zjaw, z moją babką i gromadą postrzelonych istnień u boku. Stworzyłam się i urodziłam na nowo, a wdzięczne wspomnienia czasami odwiedzały mnie i grzały się w światłach naszego żeglowca.

I tak żyję, tak łączę serca z chwilami, a jeśli mnie kiedyś spotkacie….

Nie musicie mieć oczu szeroko otwartych, gdy czaicie się obok śmietnika. Ja jestem Żeglarką Wspomnień i poznam wszędzie serce innej Żeglarki – zmysły tak czułe na przeszłość, że w noc niepamięci jaśnieć mi będą najcieplejszym światłem.

Kiedy rzucę Wam linę, nie bójcie się ująć ją w dłonie.

Świat potrzebuje Żeglarek, które dopowiedzą zbłąkanym sercom ich najważniejsze historie.

Tekst stworzony podczas pisania na żywo u Aleks Makulskiej.