O sztuce, wilkach i galaktycznej bransoletce

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie po drodze mi z zamykaniem sztuki w galeriach. Z barykadowaniem jej murami recenzji i zachwytów ekspertów, z okładaniem jej mądrymi słowami, blichtrem, trendami i całym tym hałasem, który może kusząco wygląda, ale w środku jest pusty jak cholera.

Czuję, że sztuka niewiele ma w sobie z takiego zamkniętego stworzenia, ograniczonego wąskim światem patrzącym na nią ludzi.

Jeśli miałabym do czegoś porównać tworzenie, to przede wszystkich – do krwi.

Do krwi, która wyznacza rytm życia organizmu. Do krwi, która łączy całe ciało w jedno, wszystkim częściom nadając jeden bieg. Do krwi, która pcha serce do przodu i pompuje ożywcze powietrze.

Gdzie tu miejsce na piedestał, zimne galerie i uczony bełkot krytyków?

Dlatego kocham opowieści, które czyta się przez pół nocy pod kołdrą, a potem drugie pół płacze.

Kocham muzykę, która ciągnie do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne, ale Lisa Gerrard czy Florence Welch śpiewają o tym najlepiej.

I to jest sztuka, którą chciałabym tworzyć.

Sztuka, której potrzebujemy jak powietrza do oddychania, a nie do wystudiowanego palenia papierosa.

***

Tak, dużo myślę ostatnio o tym, kim jestem i gdzie właściwie zmierzam.

Ze zdziwieniem – bo będzie mnie to dziwiło zawsze – stwierdzam, że siedzą we mnie te mityczne dwa wilki. Jeden wyje swoje opowieści do księżyca, macha łapami, opowiadając o tym, jak tworzy uniwersum, jak odkrywa, jak śni mu się to wszystko, jak jedzie na różowym jednorożcu przez galaktyki inspiracji.

A drugi – pewna tego jestem – jest jak księgowy. W krawacie chodzi, bo tam może sobie zawsze wpiąć długopis. Excela odpala wilczą łapką, pazurem rysuje wykresy i uczonym, acz wilczym pyskiem patrzy na bieg narysowanych ścieżek, wróżąc z nich z powagą giełdowego maklera. Pomysły spisuje, wątki porządkuje, a w jego mózgu zamiast szarych komórek są żółte, zielone i różowe fiszki.

Życie jest pocieszne, gdy ma się w głowie takie dwa wilczyska. Gdy jeden jest inspiracyjnym żywiołem, a drugi systematycznym taranem, tworzenie od razu staje się weselsze.

***

No więc, w tym myśleniu, kim jestem, mam już jakąś spójność. Gdzie zmierzam, to też jestem sobie w stanie odmalować. Nie ciągnie mnie blichtr, nie bawi mnie męcząca rozrywka, ja chciałabym tworzyć good, old-fashioned miejsce dla dusz, które czasem lubią uciekać do tajemniczych światów.

I kiedy już mój wewnętrzny wilk-księgowy łapką klepie ten wykres, a wilk-szaleniec patrzy na to, jak na ekscytującą mapę, to wtedy się wkrada on. Ten trzeci.

Kompleks fantasty.

Gdyby moje pisarskie życie było stołem na weselu, to kompleks fantasty byłby pijanym wujkiem Tadziem, Zdzisławem albo innym Marianem. Takim, co to przez całą imprezę włóczy się na podwórku, sępi o szluga, zajmuje się skrupulatnie łojeniem wódki i nękaniem ludzi za pomocą nieśmiesznych dowcipów. A kiedy przychodzi Ten Jeden Moment, on wygłasza Tę Jedną Uwagę i wtedy rozwala imprezę całemu towarzystwu.

Na wujka Tadzika nie ma łatwej rady, kompleks fantasty zawsze musi się odezwać.

A tym, kto z reguły daje mu w pysk, jest moja osobista, wewnętrzna czytelniczka.

To z kolei taka persona, która na rodzinne wesele przyszłaby w sukience w koty, ze złotym wisiorem z lumpeksu i z marzycielskim uśmiechem. Która śledziłaby wszystkich zza szkieł okularów, ale myślami błądziłaby po jednym albo kilku światach. Ale to ona, gdy przychodzi co do czego, sprząta syf po wystąpieniach wujka – kompleksu fantasty.

Dziewczyno, sama czytałaś poruszające opowieści. Laska, sama płakałaś na zakończeniach książek. Giiiiirl, Blanka Lipińska jakoś nie miała rozterek, gdy wydawała romanse o włoskich mafiosach, które na mózgi pozamieniały się  z pornosem. Pisz dalej!

To wszystkie książki, które ja przeczytałam, przypominają mi, jak bardzo ludziom potrzeba opowieści.

***

Ciągnę więc twórczy wózeczek przed siebie. Niepewną ręką rysuję swoje ścieżki, a sukienka księżniczki z kosmicznej galaktyki czasem mnie martwi swoim blaskiem. Ale potem – potem zdarzają się momenty, w których mogę o pisaniu mówić, a wtedy energia wygrywa ze strachem.

Pod tym względem maj i czerwiec był zupełnie szalony.

W maju zebrałam wszystkie swoje powieściowe wykresy i opowiadałam dziewczynom na platformie Iskra o tym, jak budowałam swój powieściowy świat. Ja może i mam drugie serce do strachu, ale zdecydowanie mam też drugą gębę do gadania, a do gadania o swoim świecie, to już zupełnie trzecią. Opowiedziałam więc o swojej drodze, a wieści o tym, komu dałam ognia do pieca, dostawałam przez kolejne pół tygodnia.

A potem, w czerwcu – w ramach zakończenia Szkoły Pisania Powieści – czytałam fragmenty swojej książki na żywo.

***  

Czarne jak noc kamienie, upstrzone lśniącymi drobinkami, jakby były galaktyką – tak wyglądała bransoletka, którą tego dnia mój mąż znalazł na targu u handlarki biżuterii z kamieniami.

Nie czaiłam się wtedy zanadto. Opowiedziałam pani swoją historię w wersji instant: czytam dzisiaj fragment swojej powieści w kawiarni Cheder, trochę się boję, a trochę chcę, żeby ten moment został ze mną już zawsze i pomyślałam o bransoletce. O bransoletce, która dołączy do innych zdobiących moją rękę i będzie mi przypominać ten wieczór zawsze – nieważne, jak mi na nim pójdzie. Ryzyko było spore, bo moje chore gardło balansowało między niskimi tonami czarnoskórej śpiewaczki, a trzaskami źle nastrojonego radia. Ale czy w gruncie rzeczy nie wszystko w życiu jest ryzykiem?

Pani wydobyła sfatygowany leksykon kamieni i zaczęłyśmy szukać tego, który będzie idealnie pasował do momentu i sytuacji. Zadumałyśmy się nad ametystem, nad kwarcem różowym, nad jeszcze kilkoma innymi tajemniczymi tworami. Ale to mój mąż wypatrzył bransoletkę z kamieni zwanych noc Kairu – a ja przez chwilę zapomniałam, że liczba mojego wieku ma jeszcze 3 na początku i jak podjarana pięciolatka wypaliłam: ON WYGLĄDA JAK GALAKTYKA.

Sami rozumiecie, z jaką biżuterią poszłam do Chederu.

Gdy przyszłam, wystrojona nie w bluzę z kapturem, tylko w złota, czernie i burgundy, w Chederze było już sporo ludzi. To zawsze miecz obosieczny – miło, że tyle osób się zjawiło, ale niemiło, jeśli tyle będzie musiało oglądać Twoją porażkę. Tego dnia jednak zdecydowanie na wierzchu był mój wewnętrzny ekstrawertyk, złakniony publicznych wystąpień, bycia wśród ludzi, pracy z publicznością – i czuję, że ten ekstrawertyk nie zawiódł mnie, gdy przyszło do czytania fragmentu mojej powieści.

Ja bardzo lubię bawić się w tekstach rytmem. Wydaje mi się, że robiłam to zawsze, ale odkąd nazwano mi to, co robię, robię już to bezczelnie świadomie. I teraz wyobraźcie sobie ten ship – z jednak strony tekst, który jest totalnie rytmiczny, jakby stworzony do głośnego czytania. Z drugiej strony ekstrawertyk, który tęskni za występowaniem.

Nawet wszystkie moje kompleksy – włącznie z wujkiem Marianem aka kompleksem fantasty – podejrzewały, że to się musi udać.

Przeczytałam. Bawiłam się rytmem. Słuchałam swojego głosu, a to nie budziło strachu, tylko zaciekawienie, chęć dalszego szukania i odkrywania, zabawy intonacją i reagowania na reakcje publiczności. Żeby było jasne – ja kocham pisać historie. Ale czuję, że równie mocno kocham je czytać i opowiadać – wśród ludzi, w kręgu, w blasku zaintrygowanych oczu.

Zeszłam ze sceny zajarana jak małe dziecko.

***

To takie momenty, w których nie liczy się kompleks fantasty, a dwa wilki tańczą pod rękę do jednego oberka.

Z Krakowa wywiozłam jeszcze więcej wspomnień. Leniwe śniadanie w ogródku pełnym krzaków, które przypomniało mi, że czasem warto się nie śpieszyć. Spacer po zakamarkach Kazimierza, który przypomniał mi, że czasem warto patrzeć w coś innego, niż w ekran. Morze ciepłych słów od moich sióstr w pisaniu, które sprawiły, że za każdym razem roniłam łezkę, dosłownie i w przenośni olewając makijaż. Bransoletkę z kamieni, które wyglądają jak esencja galaktyki i małą broszkę – lśniącego złotem ptaszka z targu staroci. Akwarelkę od Kali Jastrzębskiej, która służyła mi za podkładkę.

I myślę sobie o tym, że to wszystko wydarzyło się w moim życiu przez rok – bo rok temu postanowiłam wyjść z pisaniem na światło dzienne i poszłam na swoje pierwsze warsztaty, na Klub Otwartej Szuflady u Aleks Makulskiej.

A myśl ta rodzi kolejne, zuchwałe myślątka i myśliska.

***

Ostatnio przeczytałam opis książki, gdzie pisarz chwalił się tym, że została ona uprzednio wysłana na solidny roast do innych kolegów-pisarzy. No fajnie, myślę sobie. Może to faktycznie działa, takie wieczne skupianie się na tym, co słabe, dopatrywanie błędów i niedoskonałości, kopanie pod sobą samym dołka.

Ale ja czuję, że o wiele większe cuda dzieją się wtedy, gdy skupiamy się na tym, co już jest dobre. Gdy rozwijamy to, co już umiemy. Gdy mówimy innym o tym, co w nich jest mocne.

Gdy pozwalamy latać nieopierzonemu pisklątku i dmuchamy w jego skrzydełka zamiast patrzeć, czy odcień szarości piórek jest na pewno w porządku.

Coś wam podpowiem, perfekcjoniści i kompleksy.

Nigdy nie będzie w porządku.

Zawsze coś się znajdzie, jeśli chcecie, żeby się znalazło.

Dlatego możemy się od siebie odwalić i robić rzeczy, które ciągną do myślenia o miłości albo radości, smutku albo cierpieniu, kosmosie albo wieczności, albo o tym, co zupełnie nieuchwytne i nienazywalne.

Po prostu piękne, wypływające z serca rzeczy.

Jak krew, która w całe ciało pompuje życie.

Kartografka Nieistniejących Oceanów

Poznałam Nieistniejące Oceany tak dobrze, że zapomniałam, czym jest dobrze znany ląd. Gdy dzień otwierał podwoje nad moją pracownią, ja otwierałam swoje mapy. Gdy noc rozsypywała gwiazdy na czarnym obrusie nieba, ja składałam swoje lśniące cuda i zapadałam w sen, który mijał szybko jak błyskawica. Byle do rana, byle do świtu, byle do momentu, gdy mapa Nieistniejących Oceanów otworzy się po raz kolejny.

A kiedy chciałam na własne oko zmierzyć się z tajemnicą, wyciągałam z piwnicy łódź i wypływałam na Ocean.

Nie umiem powiedzieć, czy to lubię – bo to tak, jakby lubić albo nie lubić oddech, krążenie krwi czy bicie własnego serca. Ja spędzałam miriady chwil i nieprzebrane ułamki sekund w swojej pracowni, na szczycie latarni, która snopem światła oświetlała fale Oceanu. A Nieobecni tam byli – jeszcze nie urodzeni i jeszcze nie stworzeni, nie czekali na mnie, ani na nikogo, ale gdy wypływałam między fale, śpiewali mi swoje pieśni.

Moje mapy nie były zwykłymi mapami, moje kompasy czy lunety nic wspólnego nie miały z marynarskimi sprzętami, a Ocean wokoło mnie tylko pozornie utkany był z wody. Wiedziałam o tym, czułam to, oddychałam tym – ale dopiero, gdy w małej łupinie wypływałam między oceaniczne fale, każda komórka w moim ciele przypominała mi, kim ja jestem i co się kryje w falach.

Ja byłam Kartografką Nieistniejących Oceanów.

Ocean był przestworem przyszłych chwil.

Wśród białogrzbietych fal wyłapywałam szumy przyszłości, łowiłam cuda niedokonanych czasów i w głębokich toniach widziałam to, co jeszcze szykowały krótkie chwile albo długie wieki. Mój kompas wyznaczał mi kierunek, moje koło sternicze kilkoma zamachami wyprawiało mnie w drogę, a moje mapy czuwały nade mną jak czułe przyjaciółki, przekazane przez pokolenia poprzednich Kartografek. A potem wracałam do swojej latarni, brałam w dłoń papier, ołówek i linijkę, wszystkie trybiki mechanizmów mojego kartograficznego świata i pływy przyszłości układałam na mapach tak, jak pisarz kreśli swoje słowa.

Tak było do momentu, w którym napotkałam Wyspę.

***

Czy spodziewałam się tego? Nie. Czy liczyłam na to? Nigdy. Czy jakakolwiek fala zdradziła mi jej istnienie? Wszystkie milczały.

Ale już tego dnia, gdy wyciągałam z piwnicy łódkę, mrużąc od słońca oczy, podskórnie czułam, że coś będzie nie tak.

Wsiadłam jednak do łodzi. Moja dłoń dotknęła kompasu i koła, moje oczy popieściły mapy. Ruszyłam przez spokojne jak nigdy fale, czując, że pruję przez płaszczyznę swojego królestwa, opisanego przez pokolenia Kartografek. Będę pamiętała już zawsze biel grzbietów, turkus zawirowań i słony smak wody – te wszystkie cuda, które towarzyszyły tego dnia moim pewnym siebie myślom.

A potem – zobaczyłam Wyspę.

Najpierw nie dowierzałam, że to ona. Daleko na horyzoncie zobaczyłam przecież tylko szary ślad, lekkie muśnięcie, wznoszące się nad fale, nic szczególnego i nic niezwykłego. Moje mapy milczały, moje mapy w tym miejscu wskazywały ogrom wody i pusty czas, a ja im przecież zwykłam ufać najbardziej.

Ale ona tam była.

Zobaczyłam ją, gdy podpłynęłam bliżej – skalny ząb wyrastający z lekko falującej tafli oceanu, twardy kamień rozdzierający suknię wody, tak brutalny i namacalny, że nic innego to być nie mogło. Złapałam za mapy i kompas, wstrzymałam sternicze koło, a pustki Oceanu nagle zakrzyczały do mnie najstraszliwszym śpiewem.

Ale to śpiewało tylko w mojej głowie, bo dzisiaj nie było tu Nieobecnych. W mojej głowy coś zawyło i zapłakało, a serce roztrzaskało mi się na kawałki tak drobne, jak skalny pył na plaży.

W tym miejscu nie mogło być Wyspy.

***

Nie wierzyłam w nią nawet, gdy postawiłam stopy na rozgrzanym kamieniu, a mięśnie tępo bolały od wspinaczki przez skały. Nie wierzyłam, gdy krążyłam po ścieżkach między czarnymi zwałami kamienia, które piętrzyły się jak zrzucone skóry przedwiecznych bestii. Nie wierzyłam, gdy przysiadłam na rozgrzanym głazie i gdy moje łzy pociekły na jego chropowatą powierzchnię.

Mapy, które zostały w łodzi, nagle wydały mi się zdrajcami, kompas najgorszym kłamcą, a pokolenia Kartografek – podstępnymi widmami, których pazury wyrysowały mi klęskę.

Wszystko mi mówiło, że tu jest pustka i przestwór, że tu fale tańczą z wiatrem i nie rośnie żadna wyspa.

A ona jednak tu była i to jej głazy oddawały mi teraz swoje ciepło, przyjmując w zamian łzy płynące z serca potrzaskanego świata.

I nawet promienie słońca, które hojnie rozlewało swoje blaski, nie mogło ugasić tych łez.

***

Tego samego wieczora przed latarnią rozpaliłam potężne ognisko. Nie żałowałam drewna na zimę, bo żadnej zimy nie miało już przecież być. Płomień rozgorzał jak dziki, przyćmił sobą latarnię i wszystkie kolory zachodzącego słońca, które rozlewało złoto i krew na roztańczone fale.

Jedną ręką wrzuciłam do ognia kompas i słuchałam, jak trzaska kruche szkiełko.

Drugą ręką wrzuciłam do ognia mapy i patrzyłam, jak żarłoczny pysk ognia pożera czuły papier pełen rysowanych przez pokolenia ścieżek.

A potem wzięłam swoją łódź – ja, Kartografka, ja, zaklinająca pływy przyszłości w rozrysowanych planach i popłynęłam przed siebie.

W przestwór nocy, fal i oceanu.

A mojej drogi po raz pierwszy nie wyznaczał żaden plan ani żadna mapa.

Żeglarka Nostalgicznych Mórz

Nigdy nie pomyślałam, że się odważę, a jednak siadłam za sterami Statku Wspomnień. Nie powiem, była to ciężka decyzja – tym bardziej, że do jej podjęcia zmusiły mnie:

  1. dwa wypchane żbiki ze strychu mojej babki,
  2. faun z lekko zbereźnego obrazu,
  3. moja własna prababka, którą poznałam tylko dzięki temu, że miała taką samą wadę wymowy, jak moja babka, matka i pół ciotek.

Tak, to nie była zwyczajna noc.

***

Tej nocy wracałam z baru krokiem bardziej niż mniej chwiejnym. Moje życie zdawało mi się bez sensu: byłam samotna, zmęczona pracą i poszarzałym światem. I nawet wypity alkohol nie był w stanie dodać temu wieczorowi wystarczającego uroku.

Dodał mi jednak odwagi do śpiewania, więc trochę sobie śpiewałam. Przez chwilę szła nieopodal mnie dziewczyna w białej sukience, co miała asymetryczną czerwoną plamę na piersi, jedyna istota oprócz mnie na pustej, nocnej ulicy. Jej obecność nie powstrzymała mojej śpiewaczej ekspresji. Potem ktoś z balkonu zaklaskał na moje nucenie. Tym lepiej, woda na mój muzyczny młyn. Tylko policjant pogroził mi palcem, gdy przechodziłam obok zaparkowanego przy bloku radiowozu, ale to nie zrobiło na mnie wrażenia. Nie zna się, dupek, pomyślałam, nie ma nic lepszego niż „Don’t Stop Me Now”, śpiewane przez alt skropiony solidnie irlandzkim piwem.

Weszłam między bloki i zatrzymałam się koło śmietnika. Brodaty menel krzyknął na mnie wtedy, żeby się poszła odlać jak dama, ale ja udowodniłam mu w trzech słowach, że żadną damą nie jestem. Przy śmietniku walał się niski stolik, dwie paprotki, a dębowa szafa otwierała swoje drzwi przetrącone jak skrzydła. Przyjrzałam się każdemu z bibelotów na tyle, na ile mogłam przez filtr irlandzkiego piwa, rozejrzałam się, czy menel został odpowiednio spłoszony moją demonstracją soczystych przekleństw i już miałam dyskretnie ściągać spódnicę, gdy nagle usłyszałam:

– ANIMISIĘWAŻ.

Rozejrzałam się strachliwie, ale nadal byłam sama.

– KOPNĘCIĘRAMĄWTENTYŁEK – głos znów się rozległ, gdy tylko położyłam dłonie na biodrach.

Zaczęłam szukać.

Zajrzałam do szafy i pod stolik, w doniczki dwóch paprotek i już miałam nurkować do śmietnika, gdy pojęłam nagle, kto do mnie mówi.

– COSIĘGAPISZJAKBABANAOBRAZ – burknął głos, a ja zbaraniałam.

– Bo ja jestem babą? – wybąkałam – a Ty jesteś obrazem?

Długowłosy faun, lekko przepasany złotą szatą na piersi poprawił liście figowe na swoim kroczu i wyszedł z obrazu, który stał tuż obok śmietnika. Zgłupiałam doszczętnie. Serce mi strzeliło jak armata, a irlandzkie piwo zniknęło jak moje szanse na emeryturę w liberalnej Polsce.

A to był dopiero początek.

***

Chciałam uciekać gdy faun zaklaskał w dłonie i zza krzaków wyszły dwa żbiki – wypchane, a jednak poruszające się z resztkami kociej gracji. Pamiętałam je. Stały u mojej babki i za dzieciaka bawiliśmy się w to, kto pierwszym trafi cukierkiem do ich pyska. Kto trafiał ostatni – przegrywał i zjadał cukierek, a razem z nim całą tonę chemicznego paskudztwa, które czaiło się w pyskach wypychanych bydląt.

Gdy je zobaczyłam znowu, brzydkie jak środek styczniowej nocy na blokowisku, zaniemogłam potężnie. Ale największa niespodzianka jeszcze na mnie czekała.

Pojawiła się nagle na niebie, zasłaniając sobą gwiazdy. Wpłynęła nad śmietnik majestatycznie, a jej cień kładł się na blokowisku jak grudniowa chmura. A kiedy zza jej burty – tak, do chuja, to miało burtę – spłynęła lina i zjechała po niej kobieca postać, potrzebowałam chwili, by przypomnieć sobie, jak się mówi.

– Prababcia Klotylda?

***

Żeglarz Nostalgicznych Mórz, tak się nazywała jej widmowa łajba, która szybowała po niebie każdej nocy. Oczywiście, prababcia była martwa i łajba była martwa, a nikt z zabieganych ludzi nie mógł jej zobaczyć. Faun – zwany Żorżem – robił za bosmana, choć nie było tam żadnej załogi, a dwa żbiki, gdy było trzeba, polowały na Rekiny Niepamięci i odgryzały im ogony, albo prały je łapkami po pyskach.

To powiedziała mi moja prababcia tej nocy, stojąc pod widmem statku przy śmietniku, za którym chwilę temu jeszcze chciałam się wysikać.

Gdy lina ze statku przysunęła się do mnie jak kot, ja spojrzałam na nią i pozwoliłam się jej opleść.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

***

– Wyobraź sobie wspomnienia – powiedział Żorż, gdy stałam już na pustym pokładzie widmowego statku – Wspomnienia tak samotne, że szybują po świecie i wyją za oknami. Wy na to mówicie: duchy, zjawy, upiory. A my wiemy, że to zgubione okruszki przeszłości, które chcą wrócić do swojego świata.

– Nie dziw się, że na Ciebie padło – powiedziała prababka Klotylda, biorąc się pod bok jak najprawdziwszy pirat – do stu fur beczek dynamitu, jesteś moją potomkinią i płynie w Tobie moja krew. Powiedz, czy ty czasem widzisz rzeczy? – machnęła nogą w koronkowych galotach, jakby chciała zatańczyć kankana, poprawiła sobie pirackiego kapelusza i wydobyła zza pasa lunetę.

Czy widzę? Kurwa mać, ja im chwilę temu śpiewałam, pomyślałam o dziewczynie z asymetryczną plamą na piersi.

– My też widzimy – odezwały się żbiki, a moja zdolność do zdziwienia skończyła się w tym momencie – rozpoznajemy człowieka, który słyszy inne głosy. Człowieka, który będzie Żeglarzem Wspomnień. A do tego: wyczyści nam czasem fantomową kuwetę i sypnie księżycowej karmy.

Przysięgłabym, że gadziny wyszczerzyły krzywe pyski w uśmiechu.

***

Od tamtej pory nie lubiłam fantomowej kuwety, ale musielibyście poznać tę technologię, żeby ją zrozumieć. Nigdy jednak więcej moja noga nie postała na ziemi.

Od tamtej pory ja byłam Żeglarką Wspomnień i szybowałam z moją prababką po Nostalgicznym Niebie.

Wtedy dopiero zobaczyłam przerwane ludzkie historie. Krążące po ziemi pytania kobiet, które same nie rozumiały siebie i snujące się bezpańsko nad ludzkim światem odpowiedzi ich babek, które już przekroczyły progi wszelkiej wiedzy. Zbolałe serca, które zapomniały o swoich naturach i echa tych natur które nie mogły odnaleźć swojego miejsca. Smutki na twarzach kobiet i wspomnienia najpiękniejszych chwil, które samotnie błąkały się pod księżycem.

Prababka mi wszystko pokazała.

Łowiłam je, łączyłam je, zszywałam srebrnymi nićmi snów i otulałam czerwoną płachtą uczucia. A kiedy noc się kończyła, kobiety budziły się szczęśliwe – w objęciach chwil, o których zapomniały, z pamięcią o babkach, z odpowiedzią na wiele, najbardziej krwistych pytań.

Czy kiedyś to zrozumiałam?

Nie.

Czy kiedyś żałowałam?

Zupełnie.

Stanęłam na granicy świata ludzi i zjaw, z moją babką i gromadą postrzelonych istnień u boku. Stworzyłam się i urodziłam na nowo, a wdzięczne wspomnienia czasami odwiedzały mnie i grzały się w światłach naszego żeglowca.

I tak żyję, tak łączę serca z chwilami, a jeśli mnie kiedyś spotkacie….

Nie musicie mieć oczu szeroko otwartych, gdy czaicie się obok śmietnika. Ja jestem Żeglarką Wspomnień i poznam wszędzie serce innej Żeglarki – zmysły tak czułe na przeszłość, że w noc niepamięci jaśnieć mi będą najcieplejszym światłem.

Kiedy rzucę Wam linę, nie bójcie się ująć ją w dłonie.

Świat potrzebuje Żeglarek, które dopowiedzą zbłąkanym sercom ich najważniejsze historie.

Tekst stworzony podczas pisania na żywo u Aleks Makulskiej.