Pod namiotem

Albert Gżegżółka wiedział, że z zaproszenia Rodryka nie wyniknie nic dobrego. Rodryk – zwany teraz Ryszardem, Rysiem, pysiulkiem, szwagrem albo mordo-ty-moja-kiedy-ostatnio-piliśmy – był kiedyś potężnym germańskim magiem, tak jak Albert. Ale Albert postawił na rozsądek. Przed swoimi wrogami skrył się w ciele szynszyli i teraz z godnością, którą może mieć w sobie tylko stworzenie trzymane w pionie przez ogon, pełnił obowiązki rektora Wyższej Szkoły Mediów, ucząc młodych ludzi, jak pełnić ten wymagający zawód.

Bycie medium to przecież nie w kij dmuchał.

A Rodryk wybrał o wiele gorszą ścieżkę.

Rodryk ukrył się przed swoimi magicznymi wrogami w ciele białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści.

Rodryk miał głupawą żonę, wkurwiające dzieci, dom na kredyt i samochód od – skądinąd – Niemca, a tuje rosły przycięte tak równo na jego trawniku, jak równo niegdyś były przycinane głowy jego wrogów. Rodryk chodził na wesela, komunie, zjawiał się w pracy i miał w zasadzie wszystko, czego biały, heteroseksualny mężczyzna może pragnąć w życiu.

Nie miał tylko jednego.

Poczucia sensu.

Dlatego zabrał Alberta na męski wypad do lasu. Rozstawił namiot, rozpalił ognisko wśród drzew i pieprzył przez pół nocy o kredytach, tujach i wełnie-mineralnej-na-dach-znów-podnieśli-cenę-skurwysyny, a Albert siedział przed nim, tarł łapką szynszyle oczka i nie mógł się nadziwić, co mu się porypało we łbie, że przyjął te zaproszenie.

A potem było jeszcze gorzej.

Potem Rodryk wyciągnął wódkę.

– Pij, Albert – wymamrotał, a jego łysina zdawała się świecić od taniej lampki z Decathlonu.

– Kurwa, jestem szynszylą – burknął Albert, a R jak zawsze słabo mu wyszło przez przednie zęby – Gwint mi nie wlezie do pyszczka.

– No to zmień postać – parsknął Rodryk – Stary, ze mną się nie napijesz?

– Nie jestem twoim szwagrem, żeby słuchać takich rzeczy – obruszył się Albert, bo choć w samotności pijał tanie wino z butelek po drogiej whisky, to jednak lubił dbać o pozory. No i przede wszystkim: do wina miał swoją słomkę, wielorazową słomeczkę w różowe flamingi, bo za życia germańskiego mściciela nigdy nie widział tych słodziaków na żywo.

Zalane tłuszczem i nieszczęściem przedmieści oczy Rodryka błysnęły przebiegle.

– Rozumiem stary. To proste, że się boisz. Nie musisz tego robić, jeśli strach jest od ciebie większy. W sumie strach zawsze jest większy, gdy jesteś szynszylą.

Albert przypierdoliłby mu w sam środek ryja, gdyby nie to, że jego łapka była cienka jak zapałka.

– Wiesz, że mnie znajdą – odparł jednak tylko, siląc się na wyżyny ogłady. Tkwił przecież przez stulecia w ciele szynszyli, by kryć się przecież przed swoimi wrogami.

– Tutaj? W tym lesie? Chuja, a nie Ciebie znajdą. Zmieniaj postać, żaden jeden się nie dowie.

Rodryk odkręcił korek w butelce i gryzący zapach alkoholu poniósł się w namiocie. Albert zamrugał szynszylim oczkiem, spojrzał na udręczonego białego, heteroseksualnego mężczyznę z przedmieści i na wódkę, na mężczyznę i na wódkę, a potem wymamrotał z rezygnacją pradawne zaklęcie.

Buchnęło wtedy w powietrzu, huknęło, zapach pradawnej germańskiej magii wypełnił namiot,  a lampka z Decathlonu na chwilę zgasła.

Gdy zapaliła się na nowo, na karimacie siedział blondwłosy, postawny mężczyzna w szarawej tunice i tylko podejrzanie równe żęby mogły zdradzać, że chwilę temu był szynszylą.

Ale Rodryk nie był zachwycony.

Rodryk wypuścił z ręki butelkę, a wódka polała się smętną strugą na karimatę.

Na żółtej płachcie namiotu widać było dwa cienie.

I tylko jeden z nich należał do Alberta.

***

– Rusz się – wybełkotał Rodryk, jakby już się napierdolił – Rusz się, Albert!

– Kurwa, Rodryk – Albert skorzystał z ludzkiej żuchwy, by wyartykułować przekleństwo – Mieliśmy pić, a nie grać w twistera pod namiotem.

Rodryk nie odpowiedział. Patrzył się martwo w punkt nad Albertem, a jego pełne wargi zaczęły miotać bezgłośne przekleństwa. Widział wyraźnie cień Alberta – a ta druga smuga, która wznosiła się od ziemi aż po szczyt namiotu, nie mogła należeć do żadnego człowieka. Przez myśl Rodryka – tudzież Ryszarda, tudzież misia-pysia albo szwagra – przemknęły wszystkie znajome legendy i opowieści, wszystkie artykuły z gazet o zwyrodnialcach i gwałcicielach, a na końcu tego kołowrotka myśli pojawiła się ta najstraszniejsza.

Kurwa, faktycznie znaleźli Alberta.

Albert tymczasem odwrócił się i Rodryk miał wrażenie, że postawna sylwetka skurczyła się od razu. Patrzył długo na nieruchomy cień. Ruszył jedną ręką. Widmo się nie ruszyło. Ruszył drugą. Smuga pozostała w bezruchu. Wstał w namiocie, strzelił głową w sufit i zaklął, usiadł.

Smuga cienia nadal wisiała ponuro, nieruchoma i groźna jak obietnica śmierci.

– Znaleźli mnie – głos Alberta wydał się nagle zimny i obcy, jakby rozbrzmiał przed wiekami i dopiero teraz go dopadł – Znaleźli mnie. Jesteś gotów na to, by umierać? – obrócił się w stronę Rodryka, a w jego niebieskich oczach lśniło coś, czego Rodryk nie widział do stuleci.

Żaden z jego kolegów – białych, heteroseksualnych mężczyzn z przedmieści – nie patrzył na świat w taki sposób.

Było to spojrzenie istoty ruszające na ścinanie łbów swoich wrogów.

– Albert, ja mam kredyt – zajęczał Rodryk – Żona sama nie spłaci hipoteki, a zajęcia dzieci…

– Pierdol dzieci – rzucił Albert nieobyczajnie – On wypruje im flaki i powiesi sobie na szyi, jak się zorientuje, że ich ojciec pił ze mną. Czy jesteś gotów, by umierać?

Rodryk poczuł nagły ucisk serca i pęcherza.

– Nnnnie… – wyjęczał, paląc się ze wstydu jak niewierne wioski w 1345 – nie mogę teraz umierać.

Spojrzenie Alberta było nieodgadnione.

– No to nie wyłaź chociaż z namiotu.

***

Gdy Albert otworzył wejście do namiotu, zapach mokrego lasu uderzył go w nozdrza. Ale poza gryzącą wonią śmierci i paproci, było tam coś jeszcze – nieuchwytny zapach magii, który Albert wyczuwał zawsze, gdy obok niego się znajdował.

To od niego uciekał przecież od stuleci.

Wziął głęboki oddech i pomyślał, że to pewnie ostatni ludzki oddech w jego życiu. Spojrzał w gwiazdy, które lśniły nad czarnymi kształtami świerków. Przypomniał sobie najsroższe zaklęcia – te, o których nawet nie myślał na osierszczonym fotelu dyrektora szkoły mediów i wyszedł z namiotu.

A widmo już tam było.

Potężne, wysokie jak świerk, ciemne jak noc, z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa. Ptaki ucichły, wiatr ustał i słodkawy zapach zwłok wisiał w powietrzu jak cisza, która zalega w przestworzach przed burzą. Albert spojrzał na nie od góry do dołu, zmierzył wzrokiem nieruchomą posturę, pomyślał z żalem o przytulnych zakamarkach szkoły mediów, wziął głęboki oddech i rzucił hardo:

– Więc przychodzisz, by mnie zabić, widmowy skurwielu?

Nieruchoma do tej pory postura drgnęła. Wstrząs przeszedł przez strunowate ciało widma i Albert sam zadrżał. Co ten skurwiel szykuje? Jakie zaklęcie jest tak potężne, że rusza całe ciało widma? Co on do cholery chce odjebać?

Zimna strużka potu spłynęła mu przez całe plecy, zostawiając gryzące igiełki na kręgosłupie. Ręce mu zadrżały i nagle Albert zorientował się, że powietrze mu zalega w piersiach, a serce zaczyna łomotać w przyspieszonym rytmie.

Pora umierać, pomyślał z godnością dawnego germańskiego wojownika. Szkoda tylko, że nikt nie pochowa mnie w obrzędzie ognia i wody, bo ten debil Rodryk zaraz też zginie.

I wtedy widmo zrobiło kolejny ruch. Następny wstrząs. I jeszcze jeden, i drugi.

A Albert patrzył na to zastygnięty i własnym oczom nie wierzył.

Widmo nie ruszyło do walki.

Po widmowym pysku trupa zaczęły płynąć łzy.

***

Gdy Albert z powrotem wlazł do namiotu, Rodryk był już w połowie siwy. To znaczy – tak mu się wydawało, że osiwiał, bo gra cieni na płachcie namiotu była najgorszą rzeczą, którą oglądał, gorszą, niż przegrana polskiej reprezentacji i jubileuszowy odcinek Klanu, oglądany z pięcioma koleżankami żony.

Ale zrozumiał, że pierdoli – i że dopiero teraz osiwieje naprawdę, gdy za Albertem do namiotu zaczął się wciskać ktoś jeszcze.

Potężne, ciemne jak noc widmo z twarzą zniekształconą jak twarz leżącego w ziemi trupa.

– Przepraszam najmocniej – wymamrotało widmo, próbując upakować swoje strzeliste kończymy w namiocie-trójce z Decathlonu – Jestem widmem białego, heteroseksualnego mężczyzny z przedmieści i nie mogę znaleźć za grosz poczucia sensu. Czy panowie mają może wódkę?

Zajrzyj także na Spotify, by poznać wersję czytaną tekstu:

Rytuał Alberta Gżegżółki

Albert Gżegżółka, rektor Wyższej Szkoły Mediów, niechętnie zasiadał do wieczornego rytuału. To nie końca znaczyło, że rektor Gżegżółka nie lubił rutyny – wręcz przeciwnie, Albert Gżegżółka pasjami kochał przewidywalność i spokój, nawet jeśli sam z natury był hipochondrykiem i panikarzem, który topił strachy w tanim winie, pitym z butelki po drogiej whisky.

W końcu Gżegżółka w Wyższej Szkole Mediów uczył ludzi, jak być medium i słyszeć głosy z zaświatów, a to przecież poważny zawód.

Powagi temu zawodowi nie odbierał fakt, że Albert Gżegżółka był szynszylą. To znaczy, kiedyś w zamierzchłych czasach Albert był germańskim wojownikiem, ale skrył się w ciało gryzonia i tak już sobie radośnie pozostał na wieki. Mały może więcej, mamrotał zawsze, zgrzytając zębami, gdy ktoś się pytał o powody tej decyzji.

Ale teraz nikt o nic nie pytał Alberta Gżegżółki.

Teraz Albert Gżegżółka otwierał starą księgę z pomocą nieporadnej szynszylej łapki. Ogonkiem zmiótł kurz, zazgrzytał zębami, widząc nadgryzione brzegi starego manuskryptu, a potem wskoczył na rozłożone karty i zaczął czytać.

Miał na dzisiaj wielkie cele.

Jutro czekała go wizytacja Urzędu Skarbowego. Dzisiaj musiał wywołać Widmo Golema Gniewu.

Pora nie była najlepsza ku temu. W gabineciku Alberta tlił się tylko jeden, malutki kandelabr, wiszący nad biurkiem. Okna zasłonięte były zawsze czerwonymi, zamszowymi zasłonami – Albert wiedział doskonale, że studenci Szkoły śmieją się, że jest to czerwień rodem z burdelu, ale on to zdecydowanie lekceważył.

Chodził do burdeli, gdy genotypy rodzin tych studentów krążyły jeszcze w galaktycznym pyle, mogą mu chujki naskoczyć.

Pogrążył się w lekturze manuskryptu, ale dopisek na brzegu, ustylizowany na średniowieczne monstrum, powiedział mu więcej, niż cały uczony opis. Zapamiętaj medium młode, czerwień krwi lej najpierw w wodę – przeczytał, a lata alchemicznych szkoleń stanęły mu jak żywo przed oczami.

Zeskoczył z księgi i podreptał w kąt gabineciku, gdzie miał przenośne, miniaturowe laboratorium. Wskoczył na niski blacik, rozejrzał się dookoła, po miseczkach, alembiczkach, rureczkach i słoiczkach z substancjami. Woda już tam stała w małej, cynowej balijce – Albert wydobył ze szkatuły niewielki nożyk, dostosowany do szynszylej łapki i raz jeszcze spojrzał na przyrządy. Musiał zamówić je w sklepie z zabawkami, specjalnym, rzemieślniczym i drogim jak cholera. Ale wciąż miał przed oczami minę rzemieślnika, któremu jeden z nauczycieli Szkoły – oczywiście z Albertem w wykładanej pluszem klatce – tłumaczył, że chce zestaw małej alchemiczki dla swojej córeczki. Żebyś ty widział, przygłupie, co ja z tym do tej pory zrobiłem, pomyślał chełpliwie Albert, bo jego duma była jak dobre wino: im starsza, tym w lepszej kondycji.

Teraz chciał robić rzeczy równie wspaniałe.

Skupił się. Szynszylim pyszczkiem wymamrotał inkantację i wkurwił się jak zawsze, gdy „R” wyszło mu chujowo przez przednie zęby. Odśpiewał Starożytną Pieśń Umarłych od tyłu, sypnął księżycowego proszku na taflę wody, chwycił w pazurki suszonego żabiego płodu i zanurzył go do wody.

A potem złapał w pazurki nożyk, odgarnął sobie futerko i delikatnie, bardzo delikatnie, naciął skórę przy łapce.

Kropla szynszylowej krwi spłynęła na taflę wody, a uderzenie zmiotło Alberta Gżegżółkę na drugą stronę pokoju.

Padł w kąt i nakrył się własnym tyłkiem. Wygrzebał się spod niego akurat wtedy, gdy czerwony kłąb wzbijał się w powietrze. Formował się z rozmachem jak atomowy grzyb – najpierw węzły mięśni na ramionach, potem potężne, gruzłowate piersi, dwie kolumny nóg, aż wreszcie głowa. Wielka głowa z czarnymi dziurami oczu i rozwartym szeroko pyskiem zatrzęsła się jak łeb lwa. Pięści widma ścisnęły się, jakby już czuły pod sobą szyje wrogów, a pysk rozwarł się jeszcze szerzej.

Nakurwiaj, Golemie Gniewu, pomyślał mściwie Gżegżółka.

Rozpierdol ten urząd w cholerę.

Idź i wchłoń ich w swoje trzewia, zalej rozpaczą i napełnij lękiem serca ich wszystkich, bo jesteś…

– CZERWONYYYY JAK CEEEGŁA! – zawyło widmo z entuzjazmem i wygięło widmowe ciało w pozie godnej piosenkarza – ROZGRZANY JAK PIEEEEC…

Albert Gżegżółka zaklął.

***

Następnego dnia na korytarzu woźna Lucyna pierwsza zagadała do rektora, gdy zmierzał na zajęciach po balustradzie eleganckich schodów.

– A co to tak śpiewało przez pół nocy rektorze? – woźna oparła się o szczotkę gestem, który Albert uznałby za zalotny, gdyby nie był szynszylą.

– Absolutnie nic.

– Ja słyszałam, rektorze. Najpierw Czerwony jak cegła, potem Lady in Red, była też sekcja piosenki patriotycznej w postaci Czerwony Maków, polski pop i Czerwone Korale, a nawet…

– To Poskrobko jest na rauszu – rzucił zdawkowo Albert, wykrzywiając pyszczek w półuśmiechu diabolicznym nawet jak na szynszylę.

– To brzmi, jakby ktoś wyczarował Widmo Golema Śpiewu – oboje usłyszeli głos Romana Poskrobki, nauczyciela wabienia zmarłych, za swoimi plecami.

Roman schodził po schodach lekkim krokiem, a Albert znów zaklął pod szynszylim nosem, ponure myśli śląc pod adresem autora starego manuskryptu.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu. – oświadczył zimno i już miał ruszać dalej, gdy pijackie wycie znów poniosło się po korytarzu szkoły.

Red, red, wine – śpiewał znajomy głos widma, ale oprócz niego słychać było trzy zapijaczone alty i jeden rozedrgany sopran.

– Niezłe te Widmo – dodał Poskrobko – Nie wiem, skąd się wzięło, ale zdążyło rozpić wizytację, wciągnąć je na karaoke i nikt nie siedzi z nosem z papierach. Czy coś rektorowi o tym wiadomo?

W swoim szynszylowym sercu Albert zmienił osąd sytuacji.

– Nie znam żadnego Widma Golema Śpiewu – powtórzył i uśmiechnął się tajemniczo – Ale znajomy znajomego ma manuskrypt, który potrafi jego sprowadzić. Wiecie, gdzie mnie szukać, jeśli ten potwór będzie kiedyś jeszcze potrzebny.

Powlókł się w górę balustrady z godnością, a wszyscy, którzy go później spotykali, zgodnie twierdzili, że dla rektora musiał to być dobry dzień.